Bieszczady (pl) | wyłączyć się na moment.

Ilekroć nadrzy się okazja i czas nie przeszkodzi.

Są takie miejsca w moim świecie, do których wracam z radością, pomimo, że prawie zawsze sprawiają mi ból i każą mi walczyć samej z sobą i moimi słabościami.

Jednym z nich są Bieszczady i pomimo, że czasem mnie wykańczają wracam do nich kiedy tylko mogę. Ostatni weekend był takim wyjściem awaryjnym, jednym z niewielu wolnych weekendów jakie mam, głównie tylko dlatego, że #ITMan udał się na firmową imprezę, więc poranne lekcje hiszpańskiego musieliśmy odwołać. Moi rodzice, którzy spędzają każdy weekend albo w Bieszczadach, albo w jednym pasm z Beskidów wyciągnęli mnie ze sobą. I nie żałuję, choć charaktery mamy zgoła inne i czasem się nie rozumiemy. Ale iść można razem zawsze, a góry robią całą resztę. One są uniwersalne.

Początek sezonu jest teraz.

Dzień 1.

Jaka trasa dzisiaj? Smerek – Ferenczata – Jasło – Przysłup. Cała trasa wygląda jak poniżej.

 

bieszczady_fereczata

 

 

16 kilometrów, jedno ciężkie podejście długości 3km, aklimatyzacja na poziomie 800-900 m.n.p.m. i świetna trasa aż do końca. Cisza, spokój, zieleń, zmęczenie, bezdech, oddech, wyciszenie. Idziemy dalej. Podbiegamy, spacerujemy, rozmawiamy, nie mówimy nic. Nic nie trzeba, wszystko można, o ile trzymasz się szlaku. Jak długo się nie gubisz tak długo jest dobrze.

Najpiękniejszy weekend tego lata, niemal jesieni. W każdym radiu trąbią, że to ewenement. A my tu... Czy można trafić na lepszy dzień?

Mówiłam już, że kocham naszą jesień bardziej od lata? Dla mnie sezon dopiero się zaczyna. Sezon na wszystko – na rolki, na rowery, na chodzenie, a jeszcze później na snowboard. Jesień to ten okres w roku, w którym upał mnie nie dusi, w którym mogę oddychać, w którym mogę pisać. Wszystko się zaczyna. I oddycham tak do maja, bo później zasypiam na okres lata, choć w tym okresie ratuje mnie urlop. Od upału nie ucieknę, bo w moich Włoszech i Hiszpanii teoretycznie goręcej niż w blokowisku, ale to już inny upał. To MÓJ upał. Włoski. Teraz też hiszpański.

 

Kończę. Chodźcie ze mną w Bieszczady. Nie będę Wam tutaj więcej pisać, bo i po co? Pięknie jest.

Bieszczady nie potrzebują obróbki w Fotorze. Nigdy. Nie zmusicie mnie.

Dzisiaj zdjęcia bez obróbki. Co wyszło to jest. Kolejność chronologiczna.

P.S. Kocham puchate obłoki na niebieskim niebie. El cielo azul... Prawie jak w Hiszpanii, tylko, że w Polsce.


Nie wyjdź zbyt późno, jeśli masz wielkie plany.

Dzień 2.

No właśnie. Wszystko jest dobrze, jeśli nie byłeś już wszędzie, a gdy byłeś to robi się problem. To nie o mnie, tylko o moich rodzicach, którzy już nie mają zbyt wielu tras, którymi nie szli. Doskonale też rozumiem dlaczego nie chcieli iść na Połoninę Wetlińską lub Caryńską. W takie weekend chyba lepiej wybrać się do Zakopanego, bo tłok taki sam.

Idziemy więc szlakiem na Małą Rawkę, choć dopiero w połowie drogi orientujemy się, że po prostu wyszliśmy zbyt późno.

bieszczady_mala_rawka_pol_trasy

Ale nie żałujemy ani minuty, bo widoki są przepiękne, a takiej ilości krzaków borówek w jednym miejscu jeszcze w życiu nie widziałam. I te kolory, powoli wyłaniające się z liści, walczące z zielenią. Już zaczyna się przebijać czerwień, za chwilę pojawi się żółć w tysiącu odcieniach. Wszytko to zleje się z błękitem nieba i powstanie obraz, za którym będę tęsknić do kolejnej wczesnej jesieni.

Pierwsze podejście wydaje się lekkie, ale według mnie nie jest. Tak przecież jest w Bieszczadach - sporo kroków pod górę, by później iść po przyjaznym terenie. Zawracamy w połowie drogi, ale kolejnym razem dojdziemy aż na sam koniec. Wtedy Wam pokażę jak wyglądają Bieszczady od drugiej strony.

Odwiedzasz moje miasto lub kraj? Zarezerwuj nocleg poniżej. Witam Cię serdecznie!

Booking.com
Please follow and like us:

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.