Kalifornia (usa) | pustynia | niezmącona cisza i kolory.

Człowieka nikt tutaj nie zaprasza.

Są na świecie miejsca, które wprost idealnie radzą sobie bez człowieka.

Nie zapraszają go, nie ułatwiają mu życia, wręcz je komplikują. Zabijają go w ciągu kilkunastu godzin, nie dając mu ani pożywienia, ani wody, albo cienia. Nie dają mu nic.

A mimo to człowiek, głupie, uparte stworzenie bez pokory, od zawsze próbuje je zdobyć mierząc się z myślą, że jest PANEM tego świata.


Zabieram Was dzisiaj na pustynie Kalifornii. W miejsca kosmiczne, bo nie przeznaczone dla człowieka.

Nas tam nie chcą, ale mamy szczęście i możliwość tamtędy przejechać. Za samo to jestem mojemu życiu niezmienie wdzięczna.

Wdzięczność to trzeci podróżnik w naszej dwuosobowej grupie. Z każdą kolejną podróżą mamy jej w sobie coraz więcej.

Wyobrażenie kontra rzeczywistość.

Jaka jest Wasza pierwsza myśl na słowo „pustynia”?

Jakie jest Wasze pierwsze wyobrażenie na słowo „pustynia”?

Co widzicie?

Co czujecie?


Moja pierwsza myśl to upał.

Moje wyobrażenie to scena z filmu „Królowa Pustyni” Wernera Herzoga.

Nicole Kidman przemierza piaszczyste wydmy na wielbłądzie, słońce łagodnie kładzie się na wszystkim co może rzucić jakikolwiek cień, czasem chusta owinięta wokół szyi zawiruje na lekkim wietrze, który równocześnie lekko wzrusza piasek…

Jakież to cholernie romantyczne!

Nie zmienia to faktu, że w 100% się z tym identyfikuję. Pozwólcie mi tylko nie martwić się o rzeczy podstawowe (tak do minimum 3-4 poziomu piramidy potrzeb Maslowa, bo poziom 5 mam wrodzony), a będę tam, gdzie Nicole Kidman w tym filmie, dobrowolnie. Nawet jutro. Byle nasza dwójka znalazła się w gronie tych szczęśliwych podróżujących, którzy martwią się jedynie o cele wyższe.


Opuszczając Yosemite, Kings Kanyon, Sequoia Park i otaczające je górskie, zalesione szczyty (które mają wyraźny koniec i początek), Ty, naiwny europejski człowiek myślisz, że pustynia to konkretny, wyznaczony obszar znajdujący się gdzieś poniżej. Najlepiej z tablicą mówiącą „za tą tablicą zaczyna się pustynia”.

Nic bardziej mylnego.

Co więcej, pustynia to nie tylko kadr z "Królowej Pustyni". Pustynia to nie tylko piach. Pustynia ma milion twarzy, a pokażę Wam dzisiaj tylko niektóre z nich.

Którędy pojedziemy?

Nie, tym razem nie pokażę Ci gotowej mapy. Spędziłam nad tym postem tyle czasu, że wymagam Twojego aktywnego zaangażowania w to, co czytasz i czego chcesz się dowiedzieć. Nie bądź leniwym turystą, który cieszy się na rozwiązania podane na tacy. Nie na tym to polega.

Otwórz Google Maps i znajdź Sequoia National Park. Teraz spójrz na zachód i odnajdź drogę 198, później Fwy 65, a jeszcze później Hwy 155, która każe się nam wspinać na wzgórza Alta Sierra, aż do Lake Isabella. Dojeżdżając do Lake Isabella skręć w lewo, w kierunku Kernville, zawróć w stronę Hwy 178, później Fwy 14 na północ, dalej Hwy 395, aż do Lone Pine. Teraz lekko zawrócimy i dalej pojedziemy Hwy 190, aż do Hwy 127 na południe, 178, 372 i 160, już w kierunku Las Vegas.

Las Vegas pomijamy, bo nie ma tam nic ciekawego, o czym można by napisać z wykorzystaniem jedynie cenzuralnych słów (choć, jeśli wyczerpią mi się bardziej interesujące tematy, napiszę o tym, dlaczego nie warto sobie nim zawracać głowy).

Teraz Fwy 15 uciekamy w stronę Los Angles i w Mountain Pass skręcamy w lewo, w kierunki Cima i Kelso. Za Kelso wracamy do Fwy 15 i jedziemy do Barstow.

To jest nasza trasa.

Nie będę Kalifornii nazywać stanem. Będę ją nazywać krajem, bo tym w rzeczywistości jest.

Jest krajem tak zróżnicowanym pod kątem ukształtowania terenu i temperatury, jak nikt z nas na podstawie filmów i seriali nie jest w stanie sobie wyobrazić.

Proste ćwiczenie z zakresu geografii.

Żeby pomóc w zrozumieniu jaka pogoda i ile klimatów możemy tutaj spotkać proponuję zrobić proste ćwiczenie i przesunąć palcem po mapie świata, lub jeszcze lepiej po globusie.

San Francisco ma dostęp do oceanu od zachodu i znajduje się na 37 równoleżniku północnym, co po naszej stronie półkuli odpowiada położeniu takich miast jak Seul, Ateny, Sewilla, Pjongczang czy wybrzeża Tunezji.

Pogodę w San Francisco można swobodnie porównać do pogody w Lizbonie, która również mając dostęp do oceanu od zachodu leży na 38 równoleżniku północnym i również ma zatokę na wejściu do miasta. Jest podobnie kapryśna, ale potrafi tam być tak samo upalnie. Zależy jak kapryśny będzie ocean.

Jaki wniosek? Lecisz do San Francisco, więc spakuj się jak na pobyt w nadmorskich miastach Portugalii.

Teraz, trzymając palec na Lizbonie, spójrz na wschód. Co widzisz?

Podpowiem. Hiszpańskie pustynie, Sewillę, Kordobę, Murcję. Wnioski przenieś na Kalifornię, powinny być takie same. Jeśli byłeś w Sewilli (a jeśli nie byłeś to post znajdziesz tutaj), to wiesz już jaka pogoda jest w Kalifornii kilkaset kilometrów na wschód od San Francisco.

Na wschód od tych dwóch miast położonych tysiące kilometrów od siebie zaczyna się piekło, tak po naszej, jak i ichniej stronie globu.

W Hiszpanii Góry Kastylijskie i Kantabryjskie sięgające 2000 m.n.p.m. wystarczą, aby zmienić klimat w leżących za nimi regionach Castilia-Leon, Castilia-La Mancha i Estremadura.

Z kolei Kalifornia na wschodzie jest ograniczona górami Sierra Nevada sięgającymi 4100 m.n.p.m. (Mount Whitney), a na zachodzie górami Santa Ynez piętrzącymi się na samym wybrzeżu.

Skąd góry zaraz nad morzem?

Proste. U wybrzeży Kalifornii stykają i stale ścierają się płyty tektoniczne Pacyficzna i Północnoamerykańska, w skutek czego powstały góry. Na naszym kontynencie popatrz na Włochy: góry są tam, gdzie ściera się płyta tektoniczna Afrykańska z Euroazjatycką, stąd trzęsienia ziemi, tak jak w Kalifornii.

Nie będzie tutaj o kalifornijskich trzęsieniach ziemi, więc ciekawskich odprowadzę jedynie do krótkiego artykułu o uskoku San Andreas i o tym, czym wkrótce zapewne jego istnienie będzie skutkować. Jeśli chcecie poczytać więcej, to zapytajcie również wujka Google.

Nas teraz interesuje to co powstało w dolinach pomiędzy górami, czyli pustynie.

Teraz, skoro już wszyscy wiemy gdzie jesteśmy i o czym mówimy, mogę zacząć tę wyprawę jeszcze raz.

Dolina Centalna

Zaczynamy wyjeżdżając z Sequoia National Park trasą 198 i 65. To co oglądamy na trasie z Yosemite to jeszcze nie pustynia, a raczej sawanna. To co ukazuje się naszym oczom po zjechaniu z gór to nie pustynia, ale jej przedsmak.

Nie ma granicy pomiędzy górami, a pustynią. Pomiędzy jest Dolina Centralna, która, gdy ją tylko zobaczysz przypadkiem zerkając przez szybę, każe Ci się zatrzymać, wyciągnąć aparat i pstrykać zdjęcie za zdjęciem. W takiej chwili możesz sobie powiedzieć jedynie „szczęściara ze mnie, że to widzę”.

 

Zanim jednak ujrzysz Dolinę Centralną, ciągnącą się od Sacramento do Bakersfield, ujrzysz Lake Success, które ze słowem "success" nie ma nic wspólnego, ponieważ jezioro przegrywa z upałem i jest marną namiastką tego, czym było, lub czym być może jest w porze deszczowej, o ile taka nawiedza tę krainę.

Do przejechania zostało  jeszcze 250 mil, więc nie zatrzymujemy się zbyt często, ale dolina stale nam towarzyszy. Jest tak długa, że co jakiś czas widzimy ją, gdy tylko odkrywają ją coraz to niższe wzniesienia.

Dolina Centralna ma dwie twarze. W części północnej mieni się, jako zielona oaza o powierzchni setek hektarów, a wystarczy nieco wznieść się nad jej poziom, żeby dookoła zaczynało się żółcić. Jest rolniczym sercem Kalifornii. Uprawia się tutaj wszystko to, co do uprawy potrzebuje ogromnej ilości słońca i sprawnie działającego systemu nawadniania. Dolina ma i jedno i drugie, ale  im bliżej Bakersfield, tym bardziej jej kolory się zmieniają.

Gdzieniegdzie widać, że ziemia walczy o wodę, ale nie daje rady. W tej części Kalifornii jeziora nie nawilżają ziemi - po prosu z wody wystaje skała lub piach, na których nic nie ma czasu wyrosnąć. Słońce pali wszystko.

Gdy dojeżdżasz do Exeter w drodze do Porterville masz wrażanie, że jesteś w złotej krainie. I faktycznie, gdzieniegdzie można zauważyć napisy Golden Valley, choć miejsce o takiej nazwie w Kalifornii nie istnieje (nie znalazłam takowego). Golden Valley, bo trawa nie jest tutaj zielona, a złota. Wysuszona na wiór. Jak w Estremadurze, gdzie zielone są jedynie liście różaneczników zasadzonych w pasach oddzielających lewy pas jezdni od prawego.

Tutaj różaneczników jednak nie ma.

 

Jedziemy dalej. Skręcamy na wschód na 155, żeby raz jeszcze wspiąć się do góry i znów zjechać w dół, ale z drugiej strony, do Lake Isabella.

Lake Isabella, pomimo, że znajduje się blisko gór, nie sprawia cudownie, że dookoła niego jest zielono. Dookoła jest tak samo sucho, jak w Golden Valley. W słońcu jezioro wygląda jak plama rtęci, która odbija cały błękit bezchmurnego nieba. Niesamowity widok.

 

Jeśli jest zielono to tylko dlatego, że góry są tutaj wysokie i ostro opadają w dół dając dolinie cień, co pozwala się drzewom zazielenić. Wystarczy jednak skręcić w prawo za Kernville na drogę do Weldon, żeby upewnić się w przekonaniu, że na poziomie jeziora i dalej drzew już nie będzie.

Tutaj zaczyna się pustynia. Wzdłuż drogi numer 14 zaczynają pojawiać się kaktusy i Joshua Trees, które od tego momentu będą nam towarzyszyć w podróży.

 

Highway 395. Droga do piekła.

Droga 395 to taka droga, która wydaje się kompletnie nierealna, zwłaszcza wtedy, gdy jedziesz nią wieczorem przed burzą.

Po lewej jadąc w kierunku Lone Pine widzisz całe pasmo Sierra Nevada, w którym spędziłeś kilka wcześniejszych dni. Kłębi się nad tymi górami, jak w kotle, para schodzi do doliny wijąc się jak wąż i snując się po wzgórzach. Gdyby nie to, że to góry a nie morze, pomyślałabym, że to film "The Fog" Johna Carpentera.

Para napotyka na opór gorącego powietrza i burza gotowa. Chmurzyska sięgające od ziemi do kosmosu wydają się być trąbą powietrzną, która zaraz Cię wessie, uniesie do góry i rzuci Tobą o najbliższą skałę.

Tak granatowych chmur nie widziałam, jak żyję.

Z kolei po prawej widzisz teren płaski jak stół i ciężki do zmierzenia wzrokiem, bo tak daleko sięga, że aż opiera się gdzieś tam o pasmo Beveridge i o Death Valley.

Stoi na tej płaszczyźnie kilka niewielkich osad (jak z westernu) i przyczep mieszkalnych (też jak z filmu). Wiatr i deszcz smagają ziemię, którą na dodatek w tej właśnie chwili atakują miniaturowe trąby powietrzne. Unoszą pustynny pył do góry i co chwilę rzucają nim o ziemię, jak w złości z bezsilności. Pewnie za chwilę to wszystko, zamieszane i skotłowane, wedrze się gdzieś tam do Death Valley. Dopiero wtedy się zacznie…

Wrażenie jest niesamowite... Będąc tu po raz pierwszy w życiu (i być może ostatni) cieszysz się, że możesz tę burzę zobaczyć i możesz jej doświadczyć, ale równocześnie boisz się pojechać dalej. Wolisz ją trzymać na dystans, ale... jednak jedziesz. Nic innego przecież zrobić nie możesz, bo dookoła i tak nic nie ma. Nie ma się gdzie schować.

Liczysz, że jednak nic Cię nie uniesie do stratosfery, a strach zabijasz żartami, przez które nie możesz opublikować filmu bez skasowania oryginalnej ścieżki dźwiękowej (uśmialiśmy oglądając to nagranie w oryginale jak na najlepszej komedii, ale komentarze ani trochę nie nadają się do publikacji).

Storm | Death Valley | Route 396

Storm | Death Valley | Route 396

Gdy już wyjedziesz z tej chmury i wiesz, że tak naprawdę niewiele się stało, za to groźnie wyglądało, cieszysz się po raz kolejny, że miałeś okazję zobaczyć jak w zupełnie obcym Ci miejscu na ziemi kaprysi Natura.

Może zastanawia Cię Owens Lake, które rozciąga się od Olancha do Lone Pine, po twojej prawej stronie?

A jest tu w ogóle jakieś jezioro? Może ono istnieje w porze deszczowej (o ile taka tu istnieje) i może pokazują je Google Maps, ale w lipcu na pewno go tutaj nie ma. To właśnie ono było powodem, dla którego zmieniliśmy miejsce noclegu z Olancha na Lone Pine, bowiem to co z niego zostało to brudny pył, który przy wietrze wiejącym z północy (a z tego kierunku wieje na tej płaszczyźnie) osiada na wszystkim i wdziera się w każde miejsce, w którym nie ma uszczelki.

Jedziemy dalej. Już nocą (zbyt wczesną jak na lipiec w Kalifornii) dojeżdżamy do Lone Pine. Pustynia gdzieś tam jest wokół nas, ale interesuje nas teraz tylko jedzenie i spanie. Nic więcej.

104 mile do gorącej czeluści.

Nie wiem czy ktoś tak zaplanował celowo czy też nie, ale tak z Olancha, jak i z Lone Pine odległość do Death Valley wynosi 104 mile. Tak przynajmniej pokazują znaki.

To jak może być gorąco w tym kawałku świata uświadamia fakt, że tutejsi rangers wielokrotnie odmawiali wjazdu tym, którzy mieli ze sobą zbyt mało wody. Spotkało to szefa naszej znajomej, który wjeżdżał do doliny wraz z synem od strony Las Vegas i miał ze sobą zbyt mało płynów. Zostali zawróceni z drogi i nie wiem czy udało im się wrócić.

Nasz zapas wody na pierwsze 1,5 tygodnia podróży to 24 butelki po 0,7 litra, 24 butelki po 0,5 litra, 2 butelki po 1 litrze i 2 baniaki po 5 litrów. Już w Las Vegas nasze zapasy prawie nie istniały, a takiej ilości płynów jak właśnie w Dolinie Śmierci nie przyswoiłam nigdy.


Lone Pine nocą, a Lone Pine za dnia to dwa zupełnie inne światy.

Góry, nocą schowane w ciemności, są pierwszym co widzisz wychodząc z hotelu. Na ich widok nie możesz powiedzieć nic, bo gardło zaciska się w niemym zachwycie. Mount Whitney z rana to jest to! Nie da się opisać, trzeba zobaczyć – koniecznie z tej strony gór. Od strony Kings Canyon i Sequoia National Park Mount Whitney prawie nie widać.

 

Ale zostawiasz góry i zaraz za Lone Pine skręcasz w lewo na drogę 136.

Po prawej za skrętem znajduje się Visitors Centre, ale dotyczy ono Inyo National Forest, Whitney Portal, Seven Pines, czyli tego co zostawiasz za sobą. Nie ma tutaj żadnych informacji o Death Valley, ale jeśli zamierzasz wrócić i wybrać się w te góry, to znajdziesz tutaj całą masę darmowych poradników. Mam i ja.

Jedziesz dalej przed siebie obserwując to, co wieczorem było niewidoczne.

Dookoła Ciebie znajduje się tylko płaski grunt, pył koloru nieco przybrudzonego wapna, zapewne endemiczne porośla i nic więcej. Za to przed Tobą rozpościera się prosta tafla asfaltu z żółtą linią pośrodku i wzgórza Beveridge majestatycznie broniące bramy do Death Valley. I wszystko jest w porządku do momentu, w którym nie spojrzysz w lusterko wsteczne…

 

Gdy będąc w tym miejscu wysiądziesz z samochodu, ujrzysz majestat całego zostawionego z tyłu pasma.

Z bliska, z Lone Pine, widać jedynie fragmenty i wybrane szczyty, za to z odległości widać jak potężne są to góry. Dociera do Ciebie, że te góry potrafią być tak samo piękne, jak i śmiertelnie niebezpieczne. To jeden z tych widoków, które chciałbyś zamknąć pod powiekami na zawsze i nigdy o nich nie zapomnieć.

Za jakiś czas zaplanuję nam wyjście w te góry od strony wschodniej. Wiem, że wrócimy.

Death Velley | Father Crowley Overlook

Jedziemy przed siebie i jeszcze nie wiemy czym jest Death Valley mimo, że już tu jesteśmy.

Wielokrotnie łapałam się na tym, że czekałam na tę piaszczystą pustynię tak samo, jak mogłabym czekać na napis „Hej, hello! Pustynia jest właśnie tutaj i kończy się tam, za 500 metrów! Patrz, bo zaraz się skończy! Pustynia to właśnie to!”.

Nic bardzie mylnego. Coś takiego po prostu nie istnieje.

Pustynia ma milion twarzy, kolorów, zakrętów, wierzchołków, pagórków i dolin. Nie wiem dlaczego w moim umyśle utarł się widok czegoś wyłącznie piaszczystego i z wydmami (jeśli ma piasek) lub czegoś wyłącznie płaskiego (jeśli piasku nie ma). Całe życie myślałam, że pustynia wygląda właśnie tak i nie inaczej. Telewizja ordynarnie kłamie!

Przekonujesz się o tym po raz pierwszy w Father Crowley Overlook, w miejscu jak z Gwiezdnych Wojen, które koniecznie trzeba zobaczyć.

Jeśli będziesz tutaj i nie zatrzymasz się na trasie, to Death Valley się nie liczy. Równie dobrze możesz pojechać na Sycylię i nie wejść na Etnę (o ile ta nie zachowuje się tak, jak dzisiaj).

Father Crowley Overlook to przedsmak Death Valley i jest pierwszym miejscem obowiązkowym absolutnie dla każdego.

W ogóle trzeba sobie uzmysłowić czym są te wspomniane wcześniej 104 mile, bo umysł ludzki ma ogromne skłonności do upraszczania.

104 mile to 167 kilometrów trasy (!!!), a jeśli coś nazywa się „dolina” to oznacza to ni mniej ni więcej, że gdzieś na tej ogromnej przestrzeni są góry. Logiczne przecież...

Co widziałam oczyma wyobraźni zanim tutaj wjechałam? Nie wiem. Myślę, że jakiś dół marsjański. Umysł tak pięknie wszystko spłaszcza, żeby móc zrozumieć...

Father Crowley Overlook przedstawiam na zdjęciach poniżej. Nie opowiadam o tym, bo nie umiem. W ogóle w Death Valley słowa nie mają znaczenia i nie opisują kompletnie niczego, bo są zbyt płytkie.

 

Aha, nie zdziwcie się, jeśli przypadkowo nad Waszymi głowami i 100 metrów nad drogą, przelecą dwa F16. To normalne, bo są tutaj bazy wojskowe.

Nie zmienia to faktu, że można dostać zawału, gdy pojawiają się znienacka w tempie spadającej bomby.

Słyszysz je dopiero, gdy Cię mijają, a dźwięk jaki wydają, gdy przelatują nad samochodem, to dźwięk jaki łączę ze zrzuceniem Little Boy'a.

Przerażające i fascynujące. Ufff....

 

Death Velley | Stovepipe Wells

Narzekałam na brak piasku?

Chyba nie daliście się na brać -  jest i piasek. Dużo piasku. W Death Valley jest wszystko, czego oczekujecie od pustyni. Wystarczy odjechać 45 minut od Father Crowley Overlook i znaleźć Stovepipe Wells.

Czy są tutaj studnie? Wątpię. Nic na to nie wskazuje. Rury? Nie wydaje mi się, ale może gdzieś są. Żeby się dowiedzieć, będę musiała wrócić w marcu, bo w lipcu nie mam na to siły.

Z drugiej strony nazwa jest bardzo bliska temu miejscu - kojarzy mi się z ogromnym hutniczym kominem, który wypluwa w niebo wrzące opary. Nie ma czym oddychać, a te resztki tlenu, które tutaj są, parzą pęcherzyki płucne.

Ale są za to cudowne wydmy jak z mgły, które na pustyni wydają się niezbędne. Z mgły, bo piach paruje jak woda, której tutaj nie ma. Można odnieść wrażenie, że coś się tutaj gotuje.

 

Nie, nie planuj ściągania butów, bo to nie jest dobry pomysł. Jeśli chcesz sprawdzić jak gorący jest piach to miej odwagę po prostu się schylić i wziąć go w dłoń. Wytrzymasz 2 sekundy?

Zakochałam się w tym miejscu. Gdybym tylko mogła tutaj posiedzieć pół godziny i pomyśleć w ciszy...

Death Valley | nie ma śmiechu.

Znowu jedziemy dalej. Nie wiem przez ile kilometrów i dokąd dokładnie. Trzymamy się głównej drogi na wprost, która zgadza się z tym co pokazuje nawigacja. Odliczamy do miejsca, w którym trzeba kupić bilet wjazdu do parku narodowego, a mały ekranik pokazuje, że to jest jeszcze baaaardzo daleko.

Są chwile w Death Valley, w których można poczuć się dość, powiedziałabym, niekomfortowo. Ale zdarza się to tylko wtedy, gdy masz nieczyste sumienie, niepełny bak paliwa, wiele kilometrów przed sobą i nagle zdasz sobie z tego wszystkiego sprawę.

 

Nie, nie ryzykuj wjazdu do doliny bez pełnego baku. Ja nie miałabym odwagi porwać się na takie wariactwo.

Spalanie paliwa wzrasta im wyżej jesteś, im dalej jesteś i im jest goręcej. To nawet nie są upały, które nawiedzają Europę co sierpień. To są 38-44 stopnie Celsjusza wszędzie dookoła Ciebie i wrażenie, że pali Cię w gardle ilekroć opuszczasz klimatyzowany samochód.

Samochód sobie poradzi? I tak i nie.

Podróżowaliśmy Jeepem Grand Cheeroke w najbezpieczniejszej i najlepszej z możliwych wersji, a wystarczyło mu 10 minut (od wyłączenia silnika), żeby temperatura w środku wzrastała z 21 stopni do ponad 40. Tu nie ma żartów. Kilkukrotnie przy podjazdach wyłączaliśmy klimatyzację, żeby silnik przestał się przegrzewać, bo jego temperatura na podjazdach wzrastała w oka mgnieniu (przy silniku 3,2L!).

A jest gdzie podjeżdżać, bo góry otaczające Death Valley to nie jest Przedgórze Sudeckie.

Nie wiesz o czym mówię? Raz jeszcze otwórz Google Maps i znajdź drogę 190. Teraz znajdź Father Crowley Overlook i przyjrzyj się wszystkiemu temu co widzisz jeszcze raz.

Wszędzie, gdzie widzisz drogę 190 (prawie wszędzie), jedziesz doliną lub pomiędzy wzgórzami. A wszystko co masz dookoła, poza tymi płaskimi plamami, jest albo wzniesieniami, albo górami.

Dalej nie wierzysz? Otwórz Wikipedię tutaj (ten artykuł ma kilka błędów, ale można je łatwo wyłapać) i dowiedz się, że Dolinę Śmierci otaczają majestatyczne pasma górskie - Panamint oraz Amargosa, a najwyższe wzniesienie ma 3368 m.n.p.m. Teraz zdaj siebie sprawę, że niewielu z nas osiągnie tę wysokość  w Europie, chyba, że będąc w Tyrolu wyjedziemy gdzieś na 3600 m.n.p.m... Ale to się z zasady nie liczy, bo warunki zimowe to nie warunki pustynne. Na pustyni nie ma wyciągów.

Przełóż to co widzi twoja wyobraźnia na pustynię… Rozumiesz?

Mi dalej ciężko jest pojąć, że pustynia znajduje się pomiędzy tak wysokimi szczytami. Przypomnij sobie, że to wszystko wygląda tak tylko dlatego, że dwa pasma górskie, nadbrzeżne i środkowe, oddzielają Death Valley od oceanu. Przez te góry nie dochodzi tutaj ani gram wilgoci.

Death Valley | Mesquite Flat Sand Dunes & Furnance Creek

Jedziemy dalej. Dojeżdżamy do Mesquite Flat Sand Dunes, miejsca pośrodku niczego, które może i wygląda jak Visitor Centre, ale nim nie jest.

Jeśli macie dość podróży (co jest zrozumiałe) to proponuję się tutaj zatrzymać, wejść do środka i pospacerować po sklepie z pamiątkami (klimatyzowanym rzecz jasna), żeby rozprostować kości w ludzkiej temperaturze.

 

A jeśli zdarzyło się wam pojechać na ryzykanta i nie zabrać ze sobą pełnego baku paliwa, to to miejsce również jest waszym (jedynym) wybawieniem. Zapłacicie za to ryzyko sporo więcej, ale przynajmniej nie utkniecie gdzieś na bocznym pasie na kilka godzin zanim przyjedzie assistance (bo rzecz jasna macie ubezpieczenie, prawda?).

Visitor Centre, do którego musicie wejść, aby zakupić bilet wjazdu do Parku Narodowego Doliny Śmierci ($30 za samochód) znajdziecie w Furnance Creek, pół godziny drogi od Mesquite Flat Sand Dunes.

 

W Furnance Creek warto zatrzymać na chwilę dłużej, bo pomijając jakże upragniony chłód klimatyzowanych pomieszczeń, najnormalniej w świecie możecie się tutaj dowiedzieć o czym w tym miejscu, zwanym Doliną Śmierci, chodzi.

Jest tutaj mini kino, które wyświetla (co 30 minut) świetny film o Dolinie Śmierci (nie zajmie Wam to więcej niż 20 minut) oraz małe muzeum przekazujące w interesujący sposób informacje o tym, jak przetrwać w Dolinie Śmierci i czego w niej szukać. Warto poświęcić temu czas.

Death Valley | Badwater

Gdzie teraz? To zależy jaki macie plan.

Jeśli jedziecie po naszej trasie to zaczniecie od końca, czyli pojedziecie najpierw do Badwater, zawrócicie, a później odwiedzicie Artist Palette (tego nie było w oryginalnym planie), Golden Canyon i wyjeżdżając z doliny odwiedzicie Zabriskie Point.

Badwater to najniższy punkt poniżej poziomu morza w Ameryce Północnej. Do poziomu 0 brakuje mu 86 metrów. Badwater Basin jest słonym jeziorem, ale powiem szczerze, ciężko ujrzeć tutaj wodę, za to soli jest pod dostatkiem. Wielokrotnie mówiono mi „nie wchodźcie poza wyznaczony punkt, bo to niebezpieczne, a ziemia niszczy podeszwy butów”.

Jak tu jest? To zależy, kiedy tutaj przyjdziecie.

 

Najwyższa zanotowana tutaj temperatura to 56,7 stopni Celsjusza. Piszę te słowa o 23:35 w dniu 6 sierpnia 2018 w Krakowie. Włączam Google, wpisuję „Badwater” i pierwszą informacją, którą dostaję jest temperatura 46 stopni Celsjusza / 114 stopni Farenhajta. U nich w tej chwili jest 14:35 i wyobrażam sobie ludzi, którzy na te maksymalnie 10 minut są w stanie właśnie w tej chwil wyjść z samochodu.

Pierwsza myśl – nie chcę tam teraz być.

Podczas naszej wizyty doznaliśmy 44 stopni i to tylko dlatego, że poprzedniego wieczoru była wspomniana burza. Nie pamiętam, żebym (pijąc wodę cały czas) kiedykolwiek zmęczyła się aż tak bardzo przejściem marnych 100 metrów. Te 100 metrów to naprawdę jest coś i nie chodzi mi wcale o wyczyn, jakiego dokonałam.

Chodzi mi o tę cholerną przewagę natury nade mną, której nie jestem gotowa nawet pojąć. Na tej cholernej pustyni czujesz się jak nieistotny w tej grze pionek. Strącają Cię z planszy przy pierwszym popełnionym błędzie.  Wystarczy, że wypiłeś zbyt mało wody.

Badwater jest jak piekło z Dantego. Istnieje. Pozwala tutaj umrzeć głupcom i ich nie żałuje.

Death Valley | Artists Palette Trail

Po naszych 10 minutach zawracamy do samochodu, nawet nie zdyszani, ale przyduszeni. Chciałabym pójść dalej, ale tylko moja własna głupota zmusiłaby mnie do tego, a postanowiłam, że swoją lekkomyślność zostawiam w klimatyzowanym Jeepie. Na zewnątrz wychodzę pokornie i potulnie. Uciekam, gdy krtań odmawia mi posłuszeństwa.

Jedziemy do Artist’s Palette Trail.

To miejsce położone zaledwie kilka kilometrów od Badwater. Jest ograniczone drogą jednokierunkową, więc patrz uważnie na znaki, żeby nie zawracać do wjazdu.

To co tutaj zobaczysz to prawdziwa paleta barw. Miejsce to udowadnia, że geologia jest kosmicznie interesująca, a Ziemia nieziemsko piękna. Przyznam uczciwie, że przez te nasze wojaże, nie ważne dokąd, zaczęłam rozważać studia na kierunku geografia lub geologia. Zobaczymy co z tego wyjdzie (myślę, że decyzję podejmę w 2019).

Nie będę opowiadać, bo zostawiam zdjęcia. Żadne moje słowo nie odda tego, co widziały oczy.

 

Death Valley | Golden Canyon

Golden Canyon. Miejsce ozłocone słońcem, zwłaszcza, jeśli je odwiedzacie po 16:00.

Tutaj my małe ludziki uzmysławiamy sobie, że możemy sobie w życiu stawiać jakiś tam opór, ale skała to skała i zawsze przesunie się w stronę, w którą ją pchnie siła tektoniczna ziemi, a nie nasza wola.

Pchnie ja poziomo? Nie ma problemu. Nam przyjdzie jednie ją oglądać i czuć się w tym miejscu tak bardzo nieistotnymi…

 

Nie dochodzę do końca szlaku, nie mam na to siły. Już po 500 metrach zaczynam jęczeć, że nie dam rady (choć mam wodę), chowam się w cieniu i powoli snuję się w zakamarkach, jak jaszczurka.

Paweł zabiera aparat i idzie gdzieś tam przodem, żeby uchwycić kilka widoków więcej. Gdyby tak szedł i szedł, doszedłby do Zabriskie Point, na drugą stronę wzniesienia. Zanim zawrócił wielokrotnie usłyszał „zawracaj!”. Tutaj nietrudno przecenić swoje siły.

Cieszę się, gdy po raz kolejny wracamy do samochodu. Będąc 200 metrów od niego wielbię tego, kto wymyślił uruchomienie silnika pilotem na odległość, co automatycznie uruchamia ostatni zapamiętany tryb, czyli klimatyzację. Otwieram drzwi, ogarnia mnie chłód, który momentalnie ucieka na zewnątrz, zamykam drzwi. Jestem w bezpiecznej kapsule.

Death Velley | Zabriskie Point

Matko moja, jeszcze Zabriskie Point. Wiem, że warto, wiem, że trzeba to kultowe miejsce zobaczyć,  tylko błagam, niech ktoś skręci słońce i ustawi termostat na 30 stopni Celsjusza…

Nikt nie słucha. O godzinie 18:00 temperatura nie spada poniżej 38 stopni.

Zabriskie Point jest kwintesencją tego, co Death Valley pokazała nam do tej pory. Sami zobaczcie.

Kolejnym razem porwiemy się na to, żeby przejść te 5 km z Golden Canyon do Zabriskie Point. Nie wiem jak, ale to zrobimy.

 

Teraz stąd uciekamy. To miejsce wykańcza. Wyciąga z człowieka wszystkie siły, w zamian oferując widoki, których się nie zapomina.

Mojave | kwintesencja spokoju

Za to Mojave to jeszcze inna historia, choć temperaturami dorównuje Dolinie Śmierci. Jest tutaj o wiele spokojniej, pustynia jest równie piękna, góry są wyniosłe, przepięknie brązowe, za to nie mija nas zbyt wiele samochodów.

Jest odludnie.

 

Poza tym cisza jaka panuje na pustyni to cisza najprawdziwsza, świdrująca głowę. W mieście ciszy nie ma nawet w nocy, za to tutaj można to usłyszeć. To coś, czego współczesny człowiek nie zna. Pierwszy raz usłyszałam to w Death Valley i stanęłam w miejscu. Z szoku.

 

Będąc na pustyni Mojave warto zatrzymać się na moment w Kelso, żeby rozprostować kości. Gorąco tu jak w piekle, ale jeśli weźmiecie ze sobą wodę i okryjecie ramiona, to na chwilę pozwoli Wam to wyjść z samochodu, żeby poczytać o historii tego miejsca, które było bazą zaopatrzeniową i przeładunkową w czasach wojny.

Co prawda znajdujące się tutaj Visitor Centre jest zamknięte z powodu zniszczeń, do jakich doszło po nawałnicy (informacje o uszkodzeniu jezdni przez nawałnice wcale nie są czymś rzadkim, są wszędzie), ale całkiem sporo informacji o Kelso jest dostępnych poza budynkiem, właśnie na tablicach informacyjnych.

 

Przez kilometry całe mijamy jedynie lasy Joshua Trees. Nie słychać niczego, poza naszym silnikiem i pociągiem, który raz na jakiś czas nas mija, przewożąc niezliczone ilości wagonów towarowych. W życiu nie widziałam pociągu, który mijał nas przez dobre 5-7 minut. Znajdujące się na Mojave bazy wojskowe muszą mieć niemałe zapotrzebowanie.

 

O tym jak bardzo to zapotrzebowanie jest nieograniczone dowiecie się będąc w Barstow. Wjeżdżając do miasta w pierwszej kolejności zobaczycie dolinę, a później wagony, które jadą do lub z pobliskiej bazy Fort Irwin.

Będąc w okolicy warto również poświęcić kilka godzin i kilka dolarów na odwiedzenie Calico, wymarłego miasteczka zbudowanego tutaj na potrzeby gorączki złota. Ale o tym miasteczku i kilku innych napiszę kiedy indziej. Idzie jesień i zima. Będzie co wspominać.

Czy pustynia jest dla każdego?

Jeśli ktoś Wam kiedyś powie, że na pustyni nie ma nic ciekawego do zobaczenia, to zapytajcie tę osobę, czy kiedykolwiek na którejś pustyni była osobiście.

Wierzę, że są osoby, którym może się tutaj nie podobać, choć ciężko mi znaleźć ku temu argument (poza problemami natury kardiologicznej).

Dla mnie pustynia jest kwintesencją tego, co natura potrafi zrobić z ziemią. Potrafi wyciągnąć spod skorupy ziemskiej tysiące barw i ich odcieni, potrafi zabawić się światłem i cieniem, potrafi dać nieznaną człowiekowi ciszę, a upartego i głupiego człowieka może tutaj zostawić na pastwę losu.

Są na tym świecie siły, które zupełnie się z nami nie liczą i miejsca, które nie są dla nas. I bardzo dobrze. Człowiek nie powinien być wszędzie tylko dlatego, że ma na to ochotę.

 

Podobało się? Udostępnij.