Primo (pl) | włoszczyzna za krakowską kładką.

Najbardziej włoskie miasto w Polsce to moje miasto.

Mówią, że Kraków jest najbardziej włoskim miastem w Polsce ze wszystkich, a ponoć sami Włosi nazywają moje miasto polską Wenecją.

Cóż, zgadzam się i nie zaprzeczę, że dzięki temu, że jest tu tak włosko łatwiej mi się tu mieszka i mniej tęsknię za Italią (w której nota bene chyba w tym roku raczej na pewno nie będę, nawet na chwilę ?).

W żadnym innym mieście, poza Krakowem, nie ma tylu Włochów mieszkających na stałe (mówię o ilości Włochów na m2). Nie ma tylu instytucji, w których można uczestniczyć we włoskojęzycznych wydarzeniach, ani nie ma tylu miejsc, w których można zapoznać się z szeroko rozumianą włoską kulturą. Na dodatek mamy w Krakowie niezliczoną ilość włoskich restauracji na naprawdę wysokim poziomie.

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy po powrocie do domu, nie wybrali się do jednej z nich. PRIMO, bo o niej mowa, to miejsce, które odwiedzamy po raz pierwszy. Zachęceni opiniami mówimy "sprawdzam".

 

Cudownie krótka karta. Uwielbiam takie.

Krótka karta ułatwia wybór. Mamy do wyboru kilka przystawek, owoce morza, makarony, które tym razem odpadają w drodze bardzo szybkiej eliminacji, oraz mięsa. Nie trudno jest trafić na swoje smaki i wybrać to na co ma się ochotę.

Przystawki:
Dla mnie tatar z łososia z serkiem i ogórkiem.

Dla niego carpaccio wołowe z rukolą i parmezanem. Klasyka gatunku.

Danie główne:
Dla mnie kaczka w sosie z czerwonego pieprzu z kluseczkami i z dodatkową sałatką.
Dla niego żeberka, na które sama miałam ochotę. Sałatka i frytki są dodawane do żeberek w zestawie.

Napoje:
Średnia karafka białego wina domu, karafka wody i na start limoncello.

Pierwsze wrażenie prawdę Ci powie.

Jakie wrażenia?

Bardzo, bardzo pozytywne. Do nowych miejsc podchodzimy raczej z rezerwą, częściej niż do nowych miejsc chodzimy do tych sprawdzonych. Tym razem zmiana wyszła nam na dobre.

Tatar to mistrzostwo świata. Wydawać się może, że połączenie łososia z serkiem może być mdłe, ale nie w tym przypadku. Delikatne smaki są przełamanie świeżymi plasterkami ogórka i rzodkiewki oraz ostrością czerwonej cebulki, posiekanej bardzo drobno. W momencie, gdy odczuwasz potrzebę przełamania smaku czymś ostrym pojawia się jej smak, a zaraz potem kompozycję dopełnia pieprz.

Porcja sama w sobie jest bardzo syta. Jeśli nie jesteś zbytnio głodny dodaj do tego oliwę, aby całkiem zaspokoić głód i obyć się bez dania głównego.

 

 

Carpaccio jest wyborne. Idealnie zimne i cieniutko pokrojone plasterki wołowiny, ułożone na rukoli i posypane parmezanem chłodzą, choć nikt takiego efektu się nie spodziewa. Jego smak również doskonale dopełnia oliwa, a jeśli jadasz pieczywo, to również podana do stołu focaccia. Ta jest doskonale puszysta, idealnie wypieczona i nie wysuszona. Taka sama, jaką kosztowałam na przykład w Mediolanie.

Bez obaw. Mimo, że porcje przystawek są syte, nie będziesz miał problemu ze zjedzeniem dania głównego. Nikt w PRIMO nie przynosi kolejnego dania zaraz po zabraniu talerzy po przystawkach, masz więc szansę zapomnieć o poprzednich smakach i przygotować się na kolejne.

Danie główne do powtórki przy kolejnej wizycie.

Po około kwadransie pojawiają się talerze.

Kaczka wygląda idealnie. Jest dokładnie taka, jaką lubię. Soczysta, z niezbyt grubą warstwą idealnie przypieczonej skórki, pod którą nie ma zbędnego tłuszczu. Samo mięso jest doskonale wypieczone, ale nie suche. Wierzę, że istnieją pasjonaci w połowie krwistego kaczego mięsa, ja jednak do nich nie należę. Docenię każdego, kto potrafi je przyrządzić właśnie na ten mój sposób.

Mięso kroi się jak wątróbkę, smakuje wybornie i jest kruche. Pieprzowy sos doskonale z nim współgra i przełamuje je w momencie, w którym zaczyna się wydawać zbyt syte, niemal mdłe (cały urok kaczki). Jeśli to za mało, aby zrównoważyć smaki, to zdecydowanie szpinak i/lub blanszowana botwinka, poradzą sobie z problemem.

Podane jako dodatek ziemniaczane kluseczki nasycą tego, komu porcja mięsa wydaje się mała (choć taka wcale nie jest).

 

 

Żeberka... Cóż powiedzieć... O głowę biją kaczkę, choć nie żałuję wyboru. Mięso cudownie odpada od kości, jest odpowiednio tłuste i odpowiednio wypieczone. Jego smak nie jest stłamszony żadnym zbędnym sosem lub marynatą. To po prostu czysty smak.

Danie to idealnie uzupełnia sałatka z czerwonej kapusty i marchewki, doprawiona świeżą kolendrą. Odświeża ona przydymiony smak mięsa, a sama kompozycja jest jak dla mnie idealna. Niczego bym tutaj nie zmieniła.

Kolejny kontrast temu dniu nadają cudowne frytki o smaku ziemniaka pieczonego w ognisku, podane z sosem BBQ. Jak nie jadam frytek, tak tym byłoby mi ciężko się oprzeć, gdyby wylądowały na moim talerzu.

 

 

"Zadowolenie" to nie jest dobre słowo, aby określić uczucie "po". Jest tutaj po prostu smacznie, świeżo, syto. Tego oczekiwałam i nie zawiodłam się.

Słodkości

Deser rzecz jasna musi być, choć gdyby nie intermittent fasting, w życiu nie mogłabym sobie na te słodkości pozwolić.

Wybieramy kawę z trzema deserami mini i jest to zdecydowanie dobry wybór. Do dowolnie wybranej kawy dostajemy sernik, truflę oraz nugat.

Wszystkie trzy są po prostu przepyszne, a co najlepsze (co też mnie pozytywnie zaskoczyło) żadne nie jest zbyt słodkie.

Czekolada jest zwyczajnie mocno czekoladowa, sernik lekko kwaskowaty (ale nie cytrynowy, ma po prostu posmak świeżego twarożku), a nugat palce lizać... Polecam z całego serca.

Są sugestie, ale i pochwały.

Poprawiłabym to co zawsze i wszędzie, a mianowicie obsługę, która jest oczywiście bardzo miła, uśmiechnięta i ustawiona frontem do klienta, ale mam wrażenie, że nieco nieskoordynowana.

To czego się oczekuje w każdej restauracji to to, że wino i woda zostaną podane do stołu tak szybko, jak to możliwe po ich zamówieniu. 10 -15 minut oczekiwania to zdecydowanie zbyt długo.

Czas obsługi w przypadku dań jest według mojej opinii jak najbardziej poprawny.

Jedzenie powinno się celebrować, dziękuję więc, że mnie nie poganiacie, ani nie stawiacie kolejnego dania na stole zaraz po skończeniu pierwszego. Nie zgadzam się tym samym z niektórymi opiniami, z jakimi się spotkałam w internecie odnośnie czasu obsługi. Jeśli ktoś chce jeść szybko nie powinien zasiadać przy stole, a stanąć w kolejce do food truck'a. Taka moja opinia.

Ostatnim minusem jest problem z zarządzaniem salą i podziałem prac pomiędzy kelnerami. Odnosi się wrażenie jakby nie było szefa sali i jakby kelnerzy nie wiedzieli za jakie strefy w lokalu odpowiadają.

Rzecz jasna nie jest to mój problem, co równocześnie niekoniecznie oznacza, że będąc gościem mam ochotę słuchać przepychanek na ten temat pomiędzy kelnerami, reprymend, poleceń i tym podobnych. Jestem gościem, a takie sprawy powinno się komentować na zapleczu lub tak, aby gość tego nie słyszał.

Innym rozwiązaniem jest przeniesienie miejsca rozliczeń w głąb lokalu i postawienie w tym miejscu stolika dla gości.

Czy wrócimy? Oczywiście. Karmicie wspaniale!

Wpisujemy PRIMO na naszą stałą listę miejsc do "bywania" w chwilach, w których chcemy na moment uciec do Italii. Gdy chcemy uruchomić teleport i szybko znaleźć się w innej rzeczywistości. Nic nie radzi sobie z tym tak idealnie, jak jedzenie i smaki niosące ze sobą wspomnienia.

Dziękujemy.