Korsyka (fr) | korsykańskie wino, człowiek i słońce.

9 sierpnia 2017, środa, Kraków, 22:24 | Napiszmy coś.

Są takie posty, które piszę miesiącami. Zaczynam i nie kończę, bo brakuje mi słów, żeby przebrnąć przez pierwsze 3 akapity.

9 sierpnia kliknęłam ikonę WORD z myślą, że właśnie nastał ten dzień, w którym będę pisać. Otworzyłam folder ze zdjęciami z Korsyki, żeby przypomnieć sobie dwa z siedmiu dni i porzuciłam pisanie po kilku zdaniach. Myślałam wtedy, że ten post opublikuję we wrześniu, że się uda, że przez ten czas w głowie się ułoży opowieść. Nie ułożyła się.

Bardzo wtedy chciałam, żeby pierwszy post z Korsyki był o ludziach, ale nie był. Był o górach, bo one przyjmą wszystko, a nie wymagają zaangażowania (zaglądnij tutaj). Góry dają, niczego nie oczekując, człowiek  zaś wymaga uwagi i nie można o nim, kimkolwiek jest, napisać ot tak, bo też nikt z nas nie jest byle jaki.

Dzisiaj więc, w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia 2017 roku, po raz pierwszy od pół roku wypoczęta, z kieliszkiem francuskiego wina w dłoni, po prostu skończyłam tę opowieść, o człowieku, którego zapewne spotkałam pierwszy i zapewne ostatni raz. Jasne, że jest tu jak zawsze kilka wątków, ale też nikt z nas nie jest płaski, ani żadne wspomnienie takim nie jest, więc myśli i wspomnienia również się w tym poście przeplatają.

Będzie o słońcu wiszącym nad winnicą i o dumie, mojej własnej z siebie samej, której to nikt przenigdy mi nie zabierze, choć może nie wylewa się ona wprost z ułożonych tutaj zdań.

O winie oczywiście też będzie, bo Korsyka to wino i Korsyki bez wina nie ma. Tak samo jak bez wina nie ma Italii, tak samo Korsyka, kiedyś włoska, a dzisiaj francuska, jest winem.

Wino jest wszędzie, a robią je ludzie, najważniejszy tego wina element.

Jak dla mnie klimat panuje tu idealny.

Mówią, że Costa Verde, czyli wschodnie wybrzeże Korsyki, to idealnie miejsce do życia na tej wyspie. Zieleń jest prawdziwie zielona, nie czuć (aż tak bardzo) upału, który nawiedza zachodnie wybrzeże, nie wieje też mistral.

Wschodnie wybrzeże przypomina mi polskie morze. Woda ma ten sam kolor, a piasek nie jest biały, tylko taki… polski. Nawet krzaki nad brzegiem morza bardziej przypominają te, które rosną w naszym klimacie.

Hmm… Może porównam do czegoś co znam lepiej, niż polskie morze… Costa Verde jest trochę jak Piemont, tylko, że z dostępem do morza. Tak, zdecydowanie jest bardziej jak Piemont, niż Łeba. Z resztą tego też porównania użyłam, gdy rozmawiałam na ten temat po raz pierwszy z Pawłem.

Klimat Costa Verde, gorący, ale nie męczący, jest idealny do uprawy winorośli. Gdy czytałam w przewodniku, że tutaj winnice schodzą niemalże do morza, nie wierzyłam. To było tak nie realne, że aż niewyobrażalne. Moja wyobraźnia naturalnie odsunęła winorośle kilometr w głąb lądu, bo to przecież bardziej naturalne. Szybko jednak przekonałam się, że osoba, która napisała te słowa dosłownie opisała to, co zobaczyła wcześniej.

Co najlepsze, tego widoku nie trzeba specjalnie szukać. Moim oczom szybko ukazały się ciągnące się kilometrami winnice, za którymi niespełna 100 metrów dalej była już tylko woda, horyzont i myśl, że gdzieś tam za wodą też jest ląd.

Jeśli coś się planuje i o czymś się marzy, należy do tego dążyć, a przynajmniej spróbować.

Nie lubię pierwszego tygodnia urlopu, ponieważ jestem wtedy jeszcze zbyt zmęczona, by cieszyć się nowym miejscem. W pierwszej kolejności muszę odpocząć od pracy, a później od dwóch dni spędzonych w samochodzie. Mniej więcej drugiego dnia pobytu zaczynam czuć, że mogłabym gdzieś się ruszyć, a trzeciego dnia jesteśmy już w drodze.

Tak było i tym razem. Po dwóch dniach zaczęłam myśleć, że pewnie uda nam się zobaczyć wszystko to, co zobaczyć należy, ale, że zabraknie czasu na poszukiwanie Piemontu we Francji. Jakże się pomyliłam.

Po przeczytaniu w przewodniku opisów winnych regionów Korsyki liczyłam, że Korsyka również ma tereny podobne do okolic Barolo i Barbaresco. Chcieliśmy te same widoki znaleźć właśnie tutaj na Costa Verde, choć powoli zaczynałam wierzyć, że opuścimy wyspę nie zobaczywszy niczego, co jest związane z winem. Smutne to byłoby uczucie i bardzo męczące. Jedno z tych, które z trudem odchodzi, gdy na coś się bardzo liczyło, ale czego się nie zrobiło z jakiegoś powodu.

Byłoby tym ciężej, że tutaj wszędzie jest blisko, a stacjonując w Valledoro wystarczy wyjechać na jedyną drogę, która prowadzi w stronę Bonifacio i po prostu jechać przed siebie, by te winnice dostrzec.

Jakby to było być tak blisko i nie sprawdzić? Nie poszukać? Nie mogę nawet o tym myśleć... Przychodzi więc dzień, w którym mówimy basta, wsiadamy w samochód i po prostu jedziemy przed siebie.

Wiele nie potrzeba. Już 10 kilometrów za Valledoro pojawiają się pierwsze szyldy oznajmujące, że producentów wina jest tu wielu. Od tego momentu szukać można na poważanie.

A szukać można dwóch rzeczy – wina do zakupu i ludzi, którzy to wino robią. Czasem można trafić na jedno i na drugie, a najlepiej, gdy trafia się przypadkiem. I jeszcze lepiej, gdy oni, Ci przypadkowi ludzie spotkani na Waszej drodze, zaczynają mówić.

W winie i jego historii nie ma nic lepszego.

Jeszcze tyko kilka słów wprowadzenia.

Korsyka zanim stała się francuska należała wcześniej do Włoch.

Jak na każdej ziemi, która a) była własnością dwóch państw, b) była najeżdżana, c) była wykorzystywana w wojnach, jako karta przetargowa, dochodziło na niej do zmian politycznych, gospodarczych, kulturowych i społecznych, ale również językowych.

O języku korsykańskim kiedyś jeszcze zapewne napiszę (jak tylko kiedyś przejrzę wszystko to, co z Korsyki przywiozłam do domu na ten temat), ale o języku włoskim, który przestał być włoskim będzie właśnie w tym poście o winie, choć ciężko mi ten temat poruszyć dogłębnie.

Z korsykańskim spotkałam się na żywo trzy razy i słysząc go poczułam taką fascynację, jaką czuję słuchając portugalskiego. Wiem, że chciałbym to coś umieć i rozumieć, ale wiem też, że zapewne nigdy nie będę tej umiejętności posiadać. Ale słucham uparcie, bo ten język nuci swoją własną piosenkę, gdy nie gra żadna muzyka i nikt nie śpiewa. Im bliżej jestem zwykłych ludzi, tym bardziej i tym czyściej ta muzyka rozbrzmiewa.

12 lipca 2017. Wyruszamy na poszukiwania.

Wychodzimy z domu. To jeden z tych dni, kiedy robi się wszystko i nic po to tylko, żeby po prostu przestać myśleć. Trochę pracy, trochę pisania, nic specjalnego i nic specjalnie angażującego.

Jest za późno, żeby liczyć na znalezienie jakiejkolwiek otwartej winiarni, tym bardziej na degustację, ale co z tego, gdy nad Korsyką powoli zachodzi słońce i kładzie się miękko na wzgórzach, drzewach i wszystkim co napotyka po drodze. Nie ma nic piękniejszego niż winnice w popołudniowym słońcu.

 

Słońce na Korsyce jest cudowne, nie umiem go opisać. Zachodzi za góry i chowa połowę wyspy w półmroku. Przypominają mi się w tej chwili Alpy Zachodnie, gdy przedzierasz się przez góry od strony Cuneo (it), przez Colle San Bernardo, po to, żeby o 16:30 będąc na szczycie mieć wrażenie, że już zbliża się wieczór. Godzinę później, będąc nad brzegiem morza w Albenga wiesz jednak, że dzień potrwa jeszcze bardzo długo.

Cuneo - Colle San Bernardo - Albenga

Zdjęcia robione pod słońce i winnice schodzące do morza.

Podobnie jak wygląda Colle San Bernardo popołudniu, wygląda popołudniowy świat na Korsyce. Jedziemy więc z Valledoro w stronę Aleria.

Paweł zawsze mi mówi, że nie po to kupił nam świetny aparat, żebym robiła zdjęcia pod słońce. Problem w tym, że ja te zdjęcia właśnie kocham najbardziej, właśnie te zrobione nie według zasad. Te zdjęcia pokazują mi moje wspomnienia takimi, jakimi widziały je moje oczy w danej chwili. Jeśli słońce mnie raziło w oczy w tym momencie, to razi mnie też zdjęcie. I tak ma być. Tak jest dobrze.

Już po dwudziestu minutach spędzonych w samochodzie oczom naszym ukazują się hektary winnic. Winnice po horyzont. Winnice po morze. Winnice oblane żółcią, pomarańczą i czerwienią późnego popołudnia. Widok, który uwielbiam najbardziej na świecie, który mnie odpręża w jednej chwili, choćbym jeszcze dźwigała na barkach cały ciężar (swojego) świata.

Zatrzymujemy się za pierwszą tablicą z nazwą winnicy, nieistotnie jakiej i przepadam na całego. Wchodzę pomiędzy równo posadzone rzędy winorośli i znikam.

Co jest najdziwniejsze i najfajniejsze w tym wszystkim?

To, że, gdy już mamy dość spacerowania wśród winnic wracamy na główną szosę, skręcamy w pierwszą lepszą drogę w lewo w kierunku morza i po 5 minutach siedzimy w restauracji na plaży, za nami szumi morze, a na stole pojawiają się mule.

Cudowności! To prawie jak obiad w winnicy nad morzem. Takie cuda tylko na Korsyce!

14 lipca 2017. Znajdujemy ludzi.

Po jednym dniu stwierdzamy, że winnic nam za mało. Winnica bez degustacji to nie to. W winie najważniejszy jest człowiek, ten kto winorośle hoduje, troszczy się o nie cały rok, zbiera winogrona, przetwarza je, rozlewa do butelek i sprzedaje z miłością temu, kto to wino zrozumie (lub też nie).

Jedziemy więc znowu na południe.

Po kilkunastu kilometrach przystajemy, bowiem chyba trzeci raz przejeżdżamy obok sklepu z winem stojącym tuż przy drodze, który kusi otwartymi drzwiami.

Na ganku snuje się kot, wita się z każdą wchodzącą osobą ocierając się o kostki i mam wrażenie, że to on tu rządzi. Wchodzimy więc, bo jak tu takiemu odmówić.

 

Można tutaj kupić wszystko, od dojrzewającej szynki, przez korsykańskie likiery (mirto, limonello), na orzechach i winach kończąc.

Wita nas sprzedawczyni, która bez ogródek pyta „Che volete?”. Czego chcemy? Wina chcemy. Myślę sobie, że dobrze jest, mówią tu po włosku, damy więc radę.

„Parli italiano?” – pyta mnie kobieta.

„Si si, parlo italiano. Vogliamo assaggiare e comprare i vini” – odpowiadam.

Po mojej odpowiedzi kobieta odpowiada coś po „włosku”, chyba nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że miesza włoski z francuskim we wspaniale uroczy sposób. Niesamowita jest ta mieszanka, chciałabym ją nagrać.

Gospodyni udaje się do lodówki, wyciąga dwie butelki wina białego, rozlewa do kieliszków nawet ich nam nie podając, później sięga po dwie butelki wina czerwonego stojące na stoliku, nalewa również do degustacji, po czym... Wraca do swojej krzyżówki jakby nigdy nic. Wraca do swojego świata.

Róbcie co chcecie.

Snujemy się więc po sklepie dobre pół godziny, szukamy, sprawdzamy, czytamy. Coś na pewno stąd zabierzemy ze sobą, bez dwóch zdań. Nie ma możliwości, żebym kawałka Francji nie przywiozła ze sobą do domu.

Po chwili pytam:

- Possiamo assagiare un altro vino? (czy możemy spróbować innego wina?)

- Fate che volete. (róbcie co chcecie) – odpowiada nie podnosząc głowy znad krzyżówki i dodając do tego w gratisie wszystko mówiące machnięcie ręką.

Tym oto sposobem po wielokrotnej degustacji znaleźliśmy te wina, które jako pierwsze zaczęły z nami podróżować. Tak sobie myślę, że z takim zaufaniem jeszcze się nie spotkałam. Gdybym chciała, zapewne mogłabym stąd wyjść bardziej chwiejnym krokiem, o kilku butelkach ukrytych gdzieś mimochodem nie wspomniawszy.

Butelki wybrane, zapakowane, zapłacone. Do zakupu dodaję jeszcze krótki spacer po winnicy znajdującej się na polach za sklepem, tak samo ogromnej jak wszystkie inne, które nas otaczają. Niezmiennie mnie zastanawia to, ile pracy trzeba włożyć w to, żeby wyprodukować jedną butelkę tego czerwonego trunku i ile trzeba mieć wiedzy na ten temat... To jest dla mnie niepojęte.

Najpiękniej jest, gdy zaczyna się opowieść, o którą nie prosisz, ale która sama się snuje.

Jedziemy dalej, by za kilka minut znowu zauważyć szyld stojący nieopodal jezdni. Nie ma sklepu przy drodze, nic nie wskazuje też na to, by winnica była jeszcze otwarta, ale jednak skręcamy. Jak długo brama jest otwarta, tak długo rozumiem, że nikt nas nie wygania.

Dobrą chwilę jedziemy przed siebie, a popołudniowe słońce razi w oczy odbijając się we wstecznych lusterkach. Po lewej winorośle, po prawej winorośle.

Na końcu dróżki mały domek skąpany w kwiatach dosłownie stoi przed nami otworem. To dom, czy bar? A może jedno i drugie? Nie wiem czy mogę tam wejść, nie lubię nikomu zakłócać prywatności, ale skoro już jestem, to może jednak zapukam i zapytam. Stoliki ustawione na skąpanym i w cieniu i w słońcu tarasie mówią, że jednak jest to miejsce oczekujące gości.

Niewiele muszę czekać, aby mnie przywitano. Ledwo wchodzę na ganek, gdy zza uchylonych drzwi wychyla się mężczyzna z nagim torsem, zlany potem, jakby dopiero co skończył pracę.

Pytam czy możemy spróbować wina i coś kupić. Na odpowiedź nie musimy długo czekać. Zaprasza nas do stolika, zasiadamy więc na ganku, odpoczywamy w słońcu, a właściciel tego miejsca stawia na stoliku kilka butelek wina własnej produkcji. I opowiada, ot tak, sam z siebie…

O tym, że całą winnicą zajmuje się sam (jest ogromna). Że życie sprawiło, że jego dzieci są gdzieś indziej, nie tutaj. Że wino to jego pasja i wiele mu do życia nie potrzeba. Nie robi tego co robi dla pieniędzy, bo wiele nie potrzebuje i wiele nie oczekuje. Najważniejsze, żeby było co jeść, żeby mieć ciszę i spokój, żeby mieć przyjaciół, z którymi można porozmawiać, żeby nie było problemów.

Raz na jakiś czas poluje na dziki (co jest to tutaj nie tyle dozwolone, co wręcz wskazane), jedzenie jest tanie (przede wszystkim poza sezonem – w sezonie wzrasta dwukrotnie), że niestety rząd w Korsykę nie inwestuje.

Pogawędka przy winie, której chyba wszyscy winiarze potrzebują (my też).

Na Korsykę przybywa sporo Polaków, głównie do pracy (wiedzieliście o tym?). Sporo z nich pracuje w turystyce, całkiem sporo w budownictwie (chwali się nas za fachowość), część w rolnictwie.

Na południu wyspy za to rządzi mafia i niewielu udaje się tam utrzymać, więc mniejsze biznesy ulokowane są bliżej Bastii i w centrum lądu, choć jest tam ciężko.

Rozmawiamy pół na pół po włosku i po francusku, choć ja francuskich słów już od dawna nie wyciągam z głowy, gdy ich potrzebuję, za to jeszcze je rozumiem. Po raz kolejny mam wrażenie, że tutaj te języki zlewają się naturalnie i spomiędzy nich przedziera się korsykański, którego nie umiem ani nazwać, ani opisać. Brzmi trochę jak francuski pomieszany z katalońskim, gdzie słowa włoskie też istnieją w swoim pierwotnym znaczeniu. Niesamowite jest to, jak 200 lat potrafi zmienić język...

Popijamy wino, opowiadamy skąd jesteśmy, jakie mamy plany, dokąd jedziemy. Czujemy się tutaj tak dobrze, że nie liczymy czasu. Pomiędzy nogami snuje się kot, w ogóle nie obawia się obcych ludzi. Chyba sporo ludzi takich jak my przybywa tutaj po prostu i posłuchać i poopowiadać o sobie bez zobowiązań.

Dowiadujemy się, że tutaj wino też produkuje się wspólnie, nikt nie musi mieć swoich własnych maszyn. Zebrane winogrona zwozi się do spółdzielni, gdzie każdy z producentów robi wino dla siebie. Gdy wino jest gotowe, by zlać je do beczek, przewozi się je do swojej posiadłości, by tam dojrzewało. Podobnie robią mali producenci w Piemoncie.

I moglibyśmy tak siedzieć tutaj do nocy, gdyby nie fakt, że minęła godzina i chyba nie wypada zajmować temu miłemu Panu więcej czasu, choć ma się wrażenie, że wcale nie przeszkadzamy. Dopiero po tej godzinie dowiadujemy się, że w sumie wtedy, gdy przyjechaliśmy, właśnie miał wychodzić z domu, bo dzisiaj jest przecież 14 lipca, dzień zdobycia Bastylii, jest umówiony ze znajomymi na kolację i już jest spóźniony.

Nie. Wino bez człowieka nie smakuje tak, jak to z historią.

Dziękujemy za to przemiłe spotkanie, zabieramy swoje wina i wracamy do siebie.

Nie może nas opuścić wrażenie, że ludzie żyjący pod równoleżnikami leżącymi bliżej równika są tacy bardziej mili, uśmiechnięci i lubią innych ludzi, nawet jeśli ci są obcy. Przyjmuje się ich u siebie jak znajomych, oddaje się im kawałek siebie i kawałek swojej prywatności, opowiada się o sobie w sposób czasem bardzo osobisty, ale też zwyczajnie naturalny.

I wiecie… Można po wino pojechać do zwykłego sklepu i zabrać je do domu, oczywiście, że tak się da, tylko, że to nie jest to samo. Wino bez człowieka nie smakuje. Wino bez człowieka nie ma historii. Wino bez człowieka nie smakuje tak, jak w miejscu, w którym się go spróbowało po raz pierwszy.

Włoskie winnice nauczyły mnie tego, że to, co się przywozi do domu, a co jest zamknięte w butelce, nie jest niczym specjalnym, jeśli jest tylko winem i z niczym się nie kojarzy. Wielokrotnie złapałam się na tym, że najbardziej smakowały mi te wina, które miały za sobą jakąś opowieść, najlepiej opowieść osoby, która dane wino zna od grona, najlepiej właściciela, kogoś kto tę moją butelkę zakorkował.

Do tej pory w szafce w kuchni stoi butelka Barolo przywieziona z Piemontu w 2015, rocznik 2004. Czeka na nasze nowe mieszkanie, wtedy ją otworzymy.

To w tej piemonckiej winnicy po raz pierwszy na degustacji dosiadł się do naszego stolika właściciel, który opowiadał nam o swojej winnicy pięknie i melodyjnie, tylko, że wtedy jeszcze nic z tego nie zrozumiałam. To również dzięki niemu (pomijając barany i owce) rozumiem już po włosku. Nie ma niczego gorszego niż przepiękna, pełna pasji tworzenia opowieść, z której nie rozumiesz nic.

Wina korsykańskie? Nie ma. Zniknęły, wypiliśmy, ale do tej pory ta późnopopołudniowa opowieść jest dla mnie dowodem na to, że najlepsze wspomnienia przywozi się z miejsc, w których spotyka się ludzi, których się ani specjalnie nie szukało, ani od których niczego się nie oczekiwało, za to którzy dali Ci za darmo coś najpiękniejszego. Wspomnienia pełne ciepła i prywatnego czasu.

Co gra w tle?

Diana di l'alba - Mediterraniu

Typowy przykład korsykańskiej muzyki, oddającej tęsknotę mieszkańców Korsyki za wyzwoleniem wyspy spod francuskiego panowania. Tak kochani, nie tylko Katalonia i część włoskich dzielnic marzy o samodzielności. Korsyka jest tylko jednym z przykładów, w dodatku bardzo żywym.