Kraków (pl) | włoska kuchnia w moim mieście | część 1

Włoska kuchnia. Kilka słów wstępu.

Włochy to nie tylko język i kultura, ale przede wszystkim jedzenie, a włoskie jedzenie można kochać nawet wtedy, jeśli się nigdy we Włoszech nie było. Nie wiem jak się to robi, ale ponoć to możliwe.

Co jednak jeśli ktoś już sporo we Włoszech zwiedził, sporo zjadł i robi się wybredny? Czy takiego kogoś zadowolą włoskie dania w spolszczonej wersji? Wierzcie mi, a mówię na własnym przykładzie, że nie.

Włoskiego jedzenia nie da się podrobić, tym bardziej nie da się wmówić komuś, kto tę kuchnię zna, że podróbka to oryginał, i że tak to właśnie powinno smakować, jak zostało nam przyrządzone i podane.

Włoskie smaki nas otaczają. Proponuje się nam je w Lidlu i Biedronce, ale umówmy się co do jednego… Jedzenie w folii to nie jedzenie, tylko produkt spożywczy. Zwracam uwagę na słowo produkt. Żadna Włoszka (mamma!!) nigdy nie nazwałaby swojego jedzenia produktem. Żadna też nie dosypałaby do obiadu tego, co dosypuje Lidl do tego, co sprzedaje.

Jedzenie się gotuje, smakuje, przyrządza, podaje rodzinie. Jedzenia się nie produkuje. Jedzenie się celebruje, najlepiej w gronie rodzinnym lub z najbliższą osobą. 

Jedzenie pachnie. Jedzenie kusi. Za nim się tęskni i ma się wspomnienia z nim powiązane. Gdy o nim myślisz masz przed oczyma konkretne obrazy, sytuacje i niejednokrotnie emocje. Jedzenia nie wyciąga się z plastikowego kubeczka, albo z opakowania (chyba, że to masło).

Jaki z tego wniosek?

Po włosku albo gotuje się samemu w domu, albo na włoskie jedzenie chodzi się do miejsc, które to jedzenie gotują i podają, po włosku.

Gdzie się jada w Krakowie po włosku? O tym poniżej. Czy wszędzie jest prawdziwie po włosku? Zależy jak na to spojrzeć. 

#1. Ti Amo Ti – Karmelicka 10

Z polecenia, wśród swoich, czyli dobrze.

Jakoś tak się złożyło, że ulica Karmelicka (i jej przecznice) stała się ulicą, wokół której zebrało się wszystko co kocham i czego potrzebuję do życia. Są tu szkoły językowe (w tym moja), jest tu kultura, jest też prawdziwa włoszczyzna, cokolwiek to znaczy. W wielu miejscach mówi się tutaj po włosku z prawdziwymi Włochami.

Ci, którzy gotują najprawdziwszą włoską kuchnię są w Ti Amo Ti.

Właściciele są Włochami, kucharz jest Włochem, jedzenie jest włoskie i nawet wystrój jest włoski. Należy się tutaj wytłumaczenie dla tych, którzy do Włoch dopiero się przymierzają. Co mam na myśli?

Typowa włoska restauracja to nie wystawna restauracja z wypolerowanymi na błysk kieliszkami, sztywnym jak kołek kelnerem i wystrojem jak w pałacu. Będąc we Włoszech wielokrotnie z takich właśnie miejsc wychodzę, bo to niczego dobrego nie oznacza.

Najlepsze włoskie restauracje to te zaaranżowane na podwórzu domu, często mieszkalnego (na piętrach od pierwszego w górę), gdzie pracuje cała rodzina (w tym dzieci po powrocie ze szkoły) lub przyjaciele domu. Często podwórze to jest tak ogromne, że po wejściu do restauracji mówisz sam do siebie „nigdy bym nie przypuszczał/a, że tutaj może się zmieścić tyle stolików”.

Niemniej jednak nie jest to złota zasada, bywają bowiem (głównie w małych mieścinach) restauracje bardzo kameralne, zaledwie na kilka stolików. Tutaj czujesz się jak na obiedzie u mamy. Takiej włoskiej mamy. Bo we Włoszech jedzenie to część kultury. Codziennej. Tak codziennej jak i mamma.

Na stołach często leżą ceratowe obrusy lub zwykłe bawełniane, przy czym obrusy ceratowe nie są żadną ujmą. Są po prostu takie, a nie inne. Jak w domu.

Nie ma zastawy czekającej w gotowości po lewej i prawej stronie talerza. Często talerza nie ma wcale, ewentualnie jest mały. Sztućce leżą w koszyku, zawsze jest pełna copperta, czyli chleb i oliwa, a talerz na stole pojawia się wtedy, gdy przynoszą Twoje danie.

Przystawka prawdę Ci powie. A jak skłamie, wyjdź.

Wyobraziłeś sobie to, o czym opowiadam? Mam nadzieję, że tak, bo właśnie tak jest w Ti Amo Ti.

W porządku… Może poza copperta, ale to rozumiem w 100%. Polacy ten temat (wagi max. 2 euro na głowę) ciężko przeżywają, więc u nas copperty nie ma, żeby nie wzbudzać awantur nie wartych świeczki.

Ti Amo Ti jest jak włoskie podwórko, na którym czujesz się jak u siebie w domu. Jest właściciel, kręcący się gdzieś blisko, ale nie będący na widoku. Słyszysz go, ale nie zawsze widzisz. Tak jak we Włoszech.

A co tu dają jeść? Same dobroci.

Na starcie proponuję carpaccio. Wiecie dlaczego, prawda? Nie wiecie? To Wam powiem dlaczego.

Po carpaccio poznać można, że restauracja jest prawdziwie włoska, a nie spolszczona. Bo wiecie… Są restauracje (i o tym też w tym poście będzie), które niektórym udowadniają, że powinno być tak, a nie inaczej. Obłożą się certyfikatami, ale włoszczyzną to to nie jest. Nie taką prawdziwą. Albo udają, bo "turysta nie wie”. Ale, żeby nie przynudzać, idziemy dalej…

W Ti Amo Ti carpaccio jest bezbłędne. Jadłam je wielokrotnie i zawsze było DOKŁADNIE TAKIE SAMO. Zawsze ten sam świetny smak, idealne, czerwone, niemal krwiste mięso. Zawsze to samo podanie, zawsze zachwyt milion, a rozczarowania zero.

Do tego płatki parmezanu, sól, oliwa, pieprz i kilka listków rukoli. Nic więcej nie potrzeba. Tak wygląda prawdziwie włoskie carpaccio, tak też tutaj smakuje. Tego smaku oczekiwałam po tym miejscu od samego początku, a przyszłam tutaj pierwszy raz z moją lektorką włoskiego, po skończeniu poziomu A2, na koniec semestru. Ten smak dostałam. Wielokrotnie identyczny.

Danie główne?

Dla mnie zawsze mięso, co tym bardziej stawia restauratora przed nie lada wyzwaniem, kuchnia włoska bowiem to wiele dań opartych na mące. Zadowolenie kogoś, kto przyszedł tylko na danie mięsne lub rybne nie jest więc proste.

Ale tutaj wiedzą jak sobie ze mną poradzić.

Danie główne w dwóch wersjach. Obydwie dobre.

Zamawiam polędwiczki wieprzowe w sosie serowym, choć nie powinnam, z racji na ser. Nie jadam ziemniaków, zamieniam je więc na sałatę i nie mam z tym najmniejszego problemu. Paweł wybiera wersję tego samego dania z pieczonymi ziemniakami z rozmarynem i widzę, że są takie, jakie powinny być.

Karafka wina? Oczywiście, że jest. Litrowa za 60 zł. Cena robi różnicę w porównaniu do innych restauracji w Krakowie, również włoskich, zdecydowanie zbyt drogich (choć zauważam, że powoli zaczyna się to zmieniać – może ktoś powoli zauważa symbiozę dwóch narodów).

Z resztą zdziwiłabym się, gdyby restauratorzy nie widzieli tego, że ich wino jest zbyt drogie. Może i jedzenie wydają, ale jeśli wina nie sprzedają, to coś jest bardziej niż nie tak, wino jest bowiem nieodłącznym elementem włoskiego posiłku. Wszędzie i zawsze. Jeśli goście nie zamawiają wina, to jest to jedynie oznaka, że ktoś coś w tej restauracji zaplanował źle i tak samo źle to policzył.

A w Ti Amo Ti wino jest takie jak we Włoszech… Wino domu, czyli wino stołowe, jest takie jakie powinno być do domowego obiadu, ani za mocne, ani za słabe. Rozpływam się na samą myśl.

Mięso jest idealne. Tak rozpływających się polędwiczek nie jadłam od dawna. Struktura mięsa cudowna, smak pełny, niczym nie stłumiony.

Sama nie umiem takich polędwiczek zrobić, nie mam  wręcz odwagi próbować, aby się nie rozczarować moim nieuctwem, za to z rybą mogę powalczyć w przypływie dobrej woli. Najwyżej się nie przyznam, że się nie udało.

Co do polędwiczek wiem, że mi się nie uda tego smaku odtworzyć. Sos serowy z orzechami włoskimi, grillowany bakłażan i cukinia… Jestem w kulinarnym raju.

Im dłużej żyję, tym bardziej doceniam prostotę tak przyrządzenia, jak i podania oraz czystość smaku.

Znowu podglądam. Tym razem zerkam w prawo...

Przy stoliku obok siada chłopak i po chwili zauważam, że mówi tylko po włosku. Później dowiaduję się (jasne, że podsłuchuję, jak zawsze), że to kolega właściciela. Zamawia pizzę.

Nie zebrałam się na odwagę, by wstać i włożyć mu telefon do talerza, żeby zrobić zdjęcie, ale pizza była taka, jaka powinna być. Zdjęcie zrobię kolejnym razem, bowiem Paweł już tę pizzę zaplanował na kolejny obiad.

Jest ciasto - lekko przypalone, bo takie jest włoskie ciasto z prawdziwego pieca opalanego drewnem. Jest mozzarella i sos pomidorowy. Nic więcej. Prawdziwa pizza nie jest sucha, jak to coś, co nam serwują pizzerie z dowozem. Ta prawdziwa zawsze jest choć trochę płynna i ta właśnie taka jest.

Widzę jak kroi ciasto; ser miesza się z sosem pomidorowym, ten owija się wokół ciasta na widelcu jak pajęczyna. Z kolei ser z rozkrojonej pizzy rozpływa się po talerzu i zamienia w sos. Tak to powinno wyglądać... Pizzy nie robi się z żółtym serem. Fuj…

Deser? Jasne. Też nie jadam, ale jak tutaj odmówić sobie tiramisu (on) i panna cotty (ja)? We Włoszech w końcu będę dopiero w październiku, a przetrwać jakoś trzeba.

Smak taki, że szkoda gadać - jak wszędzie we Włoszech. Kawa, kremowe mascarpone, biszkopty. Panna cotta jak galaretka, ale w ustach się tak nie rozpada, tylko się rozpływa.

Wychodzimy zadowoleni, najedzeni, w pełni usatysfakcjonowani. Z poczuciem, że przez ponad godzinę czuliśmy się jak w tej restauracji, którą przypadkowo znaleźliśmy w polach, kilka kilometrów od Volterry. Poczuliśmy się jak na małym włoskim urlopie, a wystarczyła godzina.

Główna zasada włoskich restauracji? Jeśli jedzą tam swoi, to jest tam po włosku.

Kto grzebie we włoskiej kulturze ten wie, jak wielkie znaczenie dla rodowitych Włochów ma jedzenie, i że na półśrodki w tej kwestii się nie godzą. Byle czego nie zjedzą, a do Ti Amo Ti przychodzą.

#2 - Trattoria Mamma Mia - Karmelicka 14

Musiałam zaufać, ale spróbowałam i się nie rozczarowałam.

Kilkanaście metrów od Ti Amo Ti, na prawo, w tym samym ciągu kamienic znajduje się Trattoria Mamma Mia. Restauracja włoska, która na mapie krakowskich restauracji nie jest kompletnie żadną nowością, ale nigdy, aż do ostatniego weekendu w niej nie byłam.

Powód miałam jeden… Swego czasu, gdy robiłam coś zupełnie innego niż to, co robię w  tej chwili, znałam większość restauracji w Krakowie z punktu widzenia biznesu, w którym wtedy tkwiłam.

Wiedząc, że Mamma Mia jest jedną z kilku restauracji należącej do tej samej firmy założyłam (na ówczesny czas dość dobrze i więcej niż trafnie), że jeszcze taki się na ziemi nie urodził, żeby poznał równocześnie kuchnię polską (Miód Malina, Wesele) i włoską (La Campana, Mamma Mia) i żeby jeszcze te dwie robił dobrze (równocześnie).

W czasie, który wspominam w tej chwili, więcej restauracji należącej do tej firmy nie było. Jeśli dobrze pamiętam ówczesną stronę internetową jednej z tych restauracji, na pasku dolnym tej strony pojawiały się tylko 3 rekomendacje pozostałych lokali (ale mogę się mylić).

Zmiany, jakie później w tej firmie zaszły (po 2010-2011 roku), to już coś, o czym nie mogę się wypowiadać, bo zmieniłam branżę i wypadłam z tematu, nie da się jednak nie zauważyć, że i restauracji przybyło i kroki całej firmy skierowały się ewidentnie w stronę kuchni włoskiej, tym samym firma zaczęła się specjalizować w niemalże jednym kierunku.

Szczęściem moim jest to, że trafiłam do Mamma Mia wtedy, gdy już nic nie miało szansy mnie rozczarować.

Wybór taki, jakiego oczekiwaliśmy. W sam raz.

Sobota. Z myślą, że idziemy na powtórkę do Ti Amo Ti (na pizzę) przemierzamy Karmelicką. Uwagę moją zwraca menu wystawione w bramie restauracji Mamma Mia.

Szybka wymiana zdań:

- Wchodzimy?

- No dobrze, na pizzę pójdziemy kolejnym razem, ale tylko do Ti Amo Ti.

- Nie ma problemu.

– Super.

Wchodzimy więc do Mamma Mia, do części zlokalizowanej w podwórzu.

Szybkie spojrzenie.

Ogródek jest? Jest. Zielono jest? Jest. Wydaje się, że jest ciepło, pomimo 14 zaledwie stopni i wczesnej jesieni? Tak. Jest dobrze.

Nie mamy rezerwacji, ale znajduje się dla nas stolik narożny. Po chwili, gdy zwalnia się inny, przenosimy się pod ścianę, żeby móc siedzieć naprzeciwko siebie. We Włoszech nikt nikogo nie sadza przy stolikach narożnych... Kochani, proponuję to zmienić, bo ten stolik jest bez sensu.

Ale nikt z naszej prośby nie robi najmniejszego problemu, mimo, że wiele innych osób zrobiło rezerwacje. Kelnerka podchodzi ze słowami:

– Zapraszam Państwa do tego stolika – wskazując miejsce, o które prosiliśmy.

– Dziękujemy.

Dostajemy kartę. Szybkie spojrzenie na listę dostępnych dań i już wiemy, że jest dobrze.

Są pasty, są pizze (na lewo od nas ogień tańczy w opalanym drewnem piecu), są mięsa i typowo włoski (czyli skromny, ale rzeczowy) wybór dań rybnych i owoców morza. Ale dzisiaj jest chłodno i chcemy się rozgrzać, więc musi być zupa, choć przyznam szczerze, że nie pamiętam kiedy jadłam zupę ostatnim razem. Chyba wtedy, gdy wrzucałam na bloga (w tamtym roku) przepis na zupę rybną na wzór tej z Lizbony.

Dania wybrane.

Dla mnie krem z brokułów z wędzonym łososiem i polędwiczki cielęce z szynką parmeńską & dodatkowo insalata mista; bez żywej zieleniny nie umiem niczego zjeść.

Dla niego carpaccio, zupa grzybowa i pasta. Pastę wybieramy razem, bo wybór jest duży i wcale nie prosty. Pada na tagliatelle z szynką speck, cielęciną i sosem pomidorowo-paprykowym, na ostro.

Orgia smaków na talerzu, a prostota przebija wyobrażenia.

Cóż powiedzieć…

Krem z brokułów jest bez śladu jakiegokolwiek posmaku czegoś obcego, a to sztuka, bo brokuł absorbuje wszystko co napotka na swojej drodze, zwłaszcza smaki niepożądane. Tutaj na łyżce masz czysty smak, a na dnie duży plaster wędzonego łososia. Gdyby ktoś mi powiedział, że drugiego dania nie dostanę, wcale bym nie narzekała. Najadłam się przystawką, jak pełnym daniem.

Carpaccio Pawła, które dostało mi się na spróbowanie? Bajka!

Na plastrach soczystego, czerwonego, cieniutko pokrojonego mięsa pieczarki (dla mnie nowość), parmezan, rukola i czarne oliwki. Wszystko według zasad rządzących carpaccio. Do tego pachnące kawałki świeżego, ciemnego, idealnie zbalansowanego chleba; zbalansowanego pod kątem chrupkości skórki i miękkości miąższu, z masłem pietruszkowym (ten akapit prawie napisał Paweł, chleba nie jadłam, ale to prawdziwa relacja).

Smak mięsa? Matko moja, nie pytajcie - idźcie i zamówicie to carpaccio w ciemno. Nie jadacie surowego mięsa? Wyobraźcie sobie, że jest marynowane i wędzone. Tak właśnie smakuje. Wybornie! Niepodjęcie próby zmierzenia się z włoskim surowym mięsem to odmawianie sobie 60% przyjemności z włoskiego jedzenia.

Zupa grzybowa? Też - po prostu zamówcie. Smakuje tak, jakby ktoś na bulion z bardzo delikatnego mięsa wrzucił moczone godzinami grzyby, zagotował i zmiksował. Nie ma w tej zupie niczego, czego nie powinno w niej być. Czysty smak lasu.

Przynoszą mi cielęcinę i insalata mista, która została zmodyfikowana na moje życzenie. Czy tę zmianę w składzie czymś uzupełniono? Nie wiem. Jeśli tak, to ten, kto ją dla mnie przygotował mógł tego nie robić. Sałatka to porcja typowo polska, porcje włoskie są zdecydowanie mniejsze. To jedyne spolszczenie kuchni włoskiej, na które nigdy nie będę narzekać.

Mięso? Idealne. Niech mi ktoś powie, jak Włosi to robią (albo jak uczą innych), że mięso jest zawsze doskonałe? Ani jednej niteczki, ani jednego kawałka, który smakowałby źle, albo byłby pozbawiany aromatu.

Więc jak z tym podsumowaniem? Dobrze jest?

Paweł dostaje makaron i widzę po twarzy, że to jest to, czego oczekiwał. Znowu porcja spolszczona, bo makarony włoskie są malutkie, a ten jest nasz.

Nie bez powodu obiad włoski to obiad z pięciu dań – we Włoszech je się długo i każde danie jest małe. My chyba powinniśmy powiedzieć ”na smak”, ale Mamma Mia ma dania „na nasycenie”. Myślę, że to kwestia kulturowa, bo Polak musi się najeść.

Paweł – pasta al dente. Sos pikantny, ale idealnie wyważony, speck i mięso mało wyczuwalne, a w chłodny dzień jedzenie miało nas i rozgrzać i nasycić; tego właśnie oczekiwaliśmy. Gdy pytam czego brakowało mu bardziej dostaję odpowiedź, że jednego i drugiego - mięsa i speck’a. Gdy pytam czy zapłaciłby odrobinę więcej za więcej smaku, którego oczekiwał słyszę, że tak.

Deser? Nie, ja już nie mogę. Dwa dania i mam dość. Cokolwiek postawilibyście przede mną musielibyście mi to zapakować, żebym to mogła zabrać do domu. Ale Pawłowi tiramisu nie zabronię. Ale też nie odmówię, gdy wyciągnie do mnie łyżkę, żebym mogła spróbować i odpowiedzieć na pytanie czy to tiramisu jest prawdziwe, czy też udawane.

Dla siebie zamawiam limoncello (które nota bene we włoskiej restauracji powinnam dostać za darmo na koniec). Nie wierzycie? Przeczytajcie tutaj. Ale mniejsza z tym… Do tego espresso, czyli test włoszczyzny na polskiej ziemi…

Tak więc na szybko.

Espresso - typowo włoska siekiera. Czymkolwiek się upiłeś podczas obiadu te dwa mini-łyki postawią Cię na nogi w mniej niż minutę.

Tiramisu – mogłabym zjeść całe, jedynie wyrzucając z nich biszkopty (zrobicie mi tiramisu bez biszkoptów?).

Limoncello – takie jak to, przywiezione z Sardynii. Nie wiem czy to moje było z Lublina czy nie, ale mam nadzieję, że jednak kupiliście organiczne sycylijskie cytryny i robiliście je sami. Tak smakowało.

Beh ... Ora andiamo a casa. Se ci ritorneremo? Naturalmente si!

Grazie mille a voi!

#3 - Aqua e Vino - Wiślna 5

Nie pisało się przyjemnie, ale jak zawsze napisało się subiektywnie i szczerze.

Ale, żeby nie było zbyt pięknie, są też wyjątki. Zaznaczam, że jest to subiektywne odczucie 4 osób, z których zazwyczaj żadna nie zgadza się z pozostałymi w tej samej chwili.  

Długo zastanawiałam się czy napisać ten fragment. Trzy razy go zaczynałam, żeby trzy razy go porzucić i tyle samo razy do niego powrócić. Ale tu jest zawsze szczerze, więc będzie tak i teraz. Najwyżej się nie zgodzicie.

Bardzo długo planowaliśmy wizytę w restauracji uznawanej za najlepszą włoską restaurację w mieście. Na to wyjście zaprosiliśmy znajomych zaraz po powrocie z Sardynii. Pełni włoskiego słońca i z milionami smaków w pamięci wyszukaliśmy Aqua e vino, z resztą przez kogoś kilka razy wspomnianą w rozmowie o winie.

Data ustalona, stolik zamówiony.

Wchodzimy do bramy i witają nas obrazy powiązane z włoskim jedzeniem. Wnętrze estetyczne, choć takie… nie włoskie. Nie włoskie bo zimne i nie przytulne, choć na zdjęciach światło wydaje się ciepłe. A nie jest. Poza tym światłem niewiele tam włoskiej atmosfery, poza muzyką.

Nie oczekiwałam kolorów jak u włoskiej mamy, opis lokalu na stronie przygotował mnie na atmosferę jak w typowym lounge, ale takiego chłodu się nie spodziewałam.

Ale akceptuję, bo tłumaczę sobie, że to budynek wymusił taką, a nie inną aranżację lokalu, tylko… Dla chcącego nic trudnego, tym bardziej jeśli właściciel jest Włochem.

Restauracja na styl mediolański? Hmmm… Nie kupuję tego. Niewielu Polaków tak naprawdę wie, że we Włoszech istnieje podział północ/południe. Północ uznawana jest za nowoczesną i goniącą za trendami (to w Mediolanie kreuje się modę i nowoczesny włoski styl). Południe za to jest sielankowe (innych aspektów nie będę tu poruszać) i tak się przez przeniesienie kojarzy całe Włochy.

Dla kogoś, kto nie wnika w tego typu podziały, Włochy to Toskania, Kampania, Umbria, Sycylia, czyli ciepła i słoneczna atmosfera. Dlaczego więc quasi-mediolański styl przenosi się do Krakowa? Nie wiem… 

Kuchnia włoska zaczyna się od wina, nie odwrotnie.

Ale nic. Siadamy, dostajemy kartę.

Wybór win jest bardzo dobry, choć ceny według mnie zbyt wysokie. Nawet w niezbyt lubianym przeze mnie, ale ostatnio obejrzanym filmie Perfetti Sconosciutti, Giovanni Veronese wyśmiewa wino bio za 25 euro za 75cl. Czemu więc wszyscy uparli się, żeby nam wmawiać, że tak jest we Włoszech i te ceny są standardowe dla zwykłego Włocha, więc i dla nas? Nie wiem.

Włosi za dużo wina wypijają, żeby kupować butelki za tyle, za ile się je sprzedaje nam, Polakom. Rozumiem odwieczny włoski kryzys gospodarczy, ale to już przesada, żeby zakładać, że u nas jest tak dużo lepiej. Polska najwyraźniej mieni się Włochom jako kraj dla bogatych ludzi. Bardzo dobre wina można dostać we Włoszech za 5-7 euro. Przywiozłam takich z Sardynii 30 butelek i są wyśmienite.

Tak więc cena litrowej karafki wina domu jest w porządku, ale im niżej spuszczam wzrok… Wybaczcie, ale nie.

Wybór dań. No właśnie…

Może i moja głowa dałaby się oszukać i wmówiłabym sama sobie, że mam jakieś zwidy i że pamięć mnie zwodzi, i że może jednak się nie znam, i że może wydziwiam chcąc zjeść coś, co tylko mi się kojarzy jako danie typowo włoskie, gdyby nie jeden skromny fakt.

Jak wiecie mówię po włosku, rozumiem włoski i jak wiecie podsłuchuję praktykując umiejętność obserwacji włoskiej kultury i zwyczajów.

Przy stoliku obok siadają Włosi, tacy najprawdziwsi z prawdziwych. Nie mówią ani słowa po angielsku, co udowadnia, że bardziej prawdziwsi być nie mogą. Z całą pewnością nie są udawani.

Dostają karty, które wnikliwie przeglądają. Robią to tak długo, że kelnerka dwa razy przychodzi po zamówienie, a oni nadal nie wiedzą co wybrać, więc ją odsyłają.

Wspomnieć muszę, że brak języka włoskiego we włoskiej restauracji to coś, co nie powinno mieć miejsca, przede wszystkim wtedy, gdy wchodzą włoscy goście. Taka moja subiektywna opinia.

Włochowi do Chińczyka niedaleko. Zawsze uzna, że jego jest najlepsze, nawet za granicą.

Włosi to naród, który będąc za granicą zawsze jada w restauracjach, i którzy zachowują się w kwestii tak jak Chińczycy.

Nie wiem czy wiecie, ale Chińczycy będąc w Krakowie na obiady jeżdżą całymi grupami do Chińskiego Pałacu na Mackiewicza, a to nie jest centrum miasta - to trzeba zorganizować. Mieszkam niedaleko, więc oglądam ich jedząc kaczkę po chińsku ilekroć tam jestem - mogę nie być na tej kaczce i rok, ale oni zawsze się pojawią po 16:00. Robią to, bo kucharz jest tej samej (lub zbliżonej) nacji, gotuje tak samo jak u nich w domu i wychodzi do gości nawiązać kontakt słowny w języku, który Chińczyk zna, choćby miał wydukać tylko "zoshang hao"

Tak samo robi Włoch, który zawsze będzie szukał a) swojej kuchni, b) swojego języka. Różnica jest taka, że on nie będzie szukał w przecznicach i innych dzielnicach, tylko założy, że najlepsza włoska kuchnia podawana w towarzystwie Włochów jest w sercu miasta, tak jak we Włoszech.

A w Aqua e vino języka włoskiego na sali nie ma… Bo właściciel nie wychodzi do gości, co nie jest we Włoszech normalne, nawet w miejskich restauracjach. Dobrze... Nie musi to być właściciel, ale manager, kelner... Ktokolwiek. Wystawianie typowego, niemieszkającego w Polsce, Włocha na konieczność dukania po angielsku jest nieprzyzwoite. Ja z szacunku dla nich uczę się włoskiego, czemu oni więc we włoskiej restauracji w Polsce nie mówią do Włochów po włosku? 

Jak mam to zrozumieć? 

Szukamy i szukamy.

Wracając do dań… Czuję, że coś tu jest nie tak. Nie ma niczego prostszego we włoskiej kuchni, niż wybranie tego co się chce zjeść, o ile wiemy przynajmniej czy chcemy pastę, czy mięso, czy też rybę.

Przeglądam dalej swoją kartę w poszukiwaniu złotego środka i nagle słyszę z mojej prawej głos nie tyle pełen smutku, co bardziej rozczarowania, a na końcu przeciągłe westchnięcie – Non c'è nessuno tipico Italiano.. Ehhh… – mówi kobieta i spogląda na męża wzrokiem, który mówi wszystko. 

Przez moją głowę przelatuje myśl - Ha! Wiedziałam! Przecież, aż tak się pomylić nie mogłam!  Dopiero co wróciłam z Włoch, więc jestem wyczulona! Czyli to nie tylko ja poczułam, że coś tu nie gra, ale również rodowici Włosi!

W czym jest problem?

Długo się nad tym zastanawiałam i chyba wiem. Teraz według mnie odpowiedź wydaje się prosta - po prostu we Włoszech z jedzeniem aż tak się nie kombinuje, choć niektóre dania np. policzek wołowy z polentą, danie prawdopodobnie lombardzkie, nawiązuje do tego, co w tym regionie można dostać.

Czym są gnocchi z policzkiem wieprzowym nie wiem… Wiele innych dań też mi się nie kojarzy z żadną z widzianych przeze mnie kart. Ale do gnocchi jeszcze wrócimy później.

Gruszki w winie? Nigdy, ale to przenigdy nie znalazłam takiego deseru we włoskim menu. Zaczynając w Turynie, a na Massa Marittima kończąc. 

Tak więc, my też odsyłamy kelnera dwa razy. W międzyczasie na stole ląduje karafka wina (jak już powiedziałam dobra cena za dobre wino), ale co do jedzenia – nie decydujemy się wybrać niczego z karty.

Propozycja dnia jest dużo lepsza, o tym czy najlepsza z możliwych jeszcze się wypowiem. Niemniej jednak decydujemy wszyscy zgodnie, że będziemy jeść same przystawki, ewentualnie później coś dobierzemy.

Dla mnie mule w winie i szparagi. Dla Pawła ośmiorniczki. Dla koleżanki sakiewki z serem i dla kolegi makaron, którego nie udało mi się uchwycić na zdjęciu.

Pierwsze dania lądują na stole.

Nasze dania pojawiają się na stole i pierwsza rzecz, która rzuca się nam w oczy (wszystkim i jednocześnie), to może nie tyle niedopracowane podanie, co przepraszam – potwornie brzydkie talerze, na których nie widzisz co jesz. Nikt nigdy we Włoszech nie podał mi niczego, na tak brzydkich talerzach. Jak się to ma do mediolańskiego wystroju? Nie wiem.

Cóż z tego, że moje muszle w winie były przygotowane poprawnie, choć podane bez obowiązkowej bagietki? Cóż z tego, że ośmiorniczki Pawła były dobre, a sakiewki koleżanki smaczne, skoro ktoś nie pomyślał i zafundował nam poplamioną brązem awangardę, przyćmiewającą to, co jedliśmy.

Ale nie narzekamy. Wino nadal jest bardzo dobrze, a mamy sobie sporo do opowiedzenia – my o Sardynii i Korsyce, znajomi o Albanii i albańskich, nie do końca ucywilizowanych smakach. 

Dobrze, jednak damy im drugą szansę. Zamawiamy drugą turę, tym razem z karty.

Dla mnie jak zawsze carpaccio z rukolą, parmezan wyrzucam. Paweł bierze fussili con salsiccia, kolega gnocchi z policzkiem wieprzowym, koleżanka decyduje się na deser – pada na semiffreddo.

Podsumuję szybko.

Jeśli ktoś mi podaje takie carpaccio to coś jest nie tak.

Po pierwsze, miało być z rukolą i rozumiem, że ta mogła się skończyć, ale powinnam zostać o tym poinformowana. Zamiast tego kilka listków przywiędłej sałaty z paczki przyrzucono (sałata na spodzie? nie rozumiem koncepcji) średniej jakości wołowiną, różowego koloru. Do tego kilka dziwnych oliwek, choć może taki miał być zamysł. Skutek?

Na obrzydliwie poplamionym brązem talerzu podano mi różowe mięso o smaku szynki, z oszukaną rukolą, bez oliwy… Jak danie wygląda widać na zdjęciu. Nie będę przywoływać skojarzeń. W Il Corleone na Poselskiej, w Ti Amo Ti i w Mamma Mia carpaccio to jest prawdziwie włoskie carpaccio. Czerwone jak krew i soczyste jak tatar. A to? Nie wiem co to było.  

Próbujemy drugi raz tego samego wieczoru. Jak wyszło?

Fussili Pawła zostało określone jako dobre, ale według mojej opinii to danie jest nieestetyczne i niedbale podane. 

Gnocchi określono zdaniem „jakbym jadł spaghetti carbonara, tylko, że w kuleczkach”. Ciężko to uznać za komplement, zważywszy na fakt, że gnocchi to ciasto z minimum 60% przetartych gotowanych ziemniaków uzupełnionych mąką do 100%. Lub jeśli ktoś woli po naszemu - jeden kilogram ziemniaków na 1-1,5 szklanki mąki, zależnie od przepisu + jajko i woda. Spaghetti to sama mąka i woda, więc co trzeba zrobić, żeby dwa różne ciasta smakowały tak bardzo podobnie? Na pewno trzeba się postarać... 

Semiffreddo opisano jako smaczne, ale bez zachwytów. 

Wyobrażam sobie jakby te dania smakowały na zwykłych, białych talerzach, które pozwoliłby nam zobaczyć to, co jemy, docenić to i skupić się na smaku, a nie na niwelowaniu złego pierwszego wrażenia.

Co było prawdziwie włoskie? Limoncello na koniec wieczoru, które typowo po włosku rzucono nam niemal na stół na dobranoc, nie zapytawszy czy życzymy sobie rachunek, czyli z sugestią, że mamy o niego poprosić, zapłacić i wyjść.

I zrozumiałabym to, gdyby nie fakt, że to był piątek, 23:13. Niejednokrotnie Włosi budzili mnie w piątki i soboty o 2:00 - 3:00 nad ranem wychodząc dopiero co z restauracji i wracając do domu. A tutaj mnie wyganiają przed północą...

Zapomniałabym - jak nasi sąsiedzi Włosi? Zjedli i wyszli po angielsku. Niezwykle szybko opuścili lokal, zupełnie niezauważeni.

Koniec.

Czy wrócimy? Nie wiem. Nie wiem czy mamy ochotę zostawiać taką kwotę kolejny raz w miejscu, do którego się trzeba przekonywać, a które samo nie przekonuje. Nie ufam mu na tyle, żeby pozwolić sobie na pełen obiad wybrany z menu, bo po prostu nie mam ochoty kolejny raz się rozczarować. Wolę pójść tam, gdzie od samego wejście będzie we mnie zachwyt. 

Co wybrać? Zdecydujcie sami.