Kino | niegłupie filmy na wieczory z winem.

Znawcą nie jestem, ale obejrzeć co nieco lubię.

Nie jestem znawcą kina, przynajmniej za taką osobę się nie uważam, ale lubię dobre kino. Nie zawsze odnajduję w filmie tę głębię, którą reżyser chciał przekazał, ale – jak chyba każdy – odbieram filmy na swój sposób.

Później często do nich wracam i za każdym razem wyciągam z nich więcej. Zasada jest jedna - żeby do filmu wrócić ponownie coś musi zaskoczyć już na początku.

Przygotowałam moją listę tych filmów, do których wrócić warto (według mnie). Zamierzam je obejrzeć raz jeszcze zimą, gdy zakręcona w koce będę marzyć tylko o ciszy i kieliszku wina, ewentualnie o naturalnym śniegu. 

Poniższą listę ułożyłam od 1 w dół, ale wszystkie z tych filmów uważam za wartościowe i dobrze zrobione. I powiem tak... Mój WordPress od tyłu wygląda jak klocki. To co napisałam w jednym bloku mogę przenosić góra-dół. Wierzcie, że nie zliczę, ile razy ustawiałam tę kolejność. 

Ten post zaliczam do tych bez zakończenia, dlatego po prostu przypinam go na górze bloga. Będzie aktualizowany po każdym nowym filmie, który uznam za warty uwagi.

Żródło (The Fountain) | Darren Aronofsky (2006)

Ten film jest pierwszym, który mną prawdziwie potrząsnął tak, jakby ktoś chwycił mnie za fraki i rzucił mną o ścianę. Pierwszym, który sprawił, że zaczęłam się zastanawiać nad życiem, pomijając etap, na którym byłam. Jestem z nim już od 11 lat, rzadziej lub częściej, ale zawsze wracam. I za każdym razem potrząsa mną tak samo. 

Źródło / The Fountain

Źródło (2006) - Film opowiada trzy historie. Pierwsza dzieje się w XVI wieku. Hiszpański konkwistador Tomas Creo z polecenia królowej, na punkcie której szaleje, poszukuje...

Opowieść jest po miłości tak wielkiej, że gdy pojawia się sytuacja nie do przeskoczenia, miłość ta jest większa od tego, co staje na drodze. Większa pomimo tego, że tego czegoś nie da się przeskoczyć. Można to tylko zaakceptować.

W finalnym podsumowaniu ten film jest chyba właśnie o tym... O akceptowaniu rzeczy, na które nie mamy kompletnie żadnego wpływu, a które na siłę próbujemy kontrolować, mimochodem tracąc radość z tego, co jeszcze nam zostało. 

Dzięki temu filmowi pokochałam (wszystkie) role Rachel Weisz, dzięki temu filmowi poznałam Hugh Jackmana i jego kilka wcieleń.

To jeden z pierwszych filmów, który udowodnił mi, że przez film możesz się poryczeć jak bóbr (bo trzęsie Tobą od środka; bo się z tym fizycznie identyfikujesz na kilku poziomach)  i możesz dzięki temu zacząć myśleć o tym, kim jesteś. Ten obraz coś we mnie otworzył i od tego czasu to coś jest stale otwarte. To coś chłonie zachłannie to, co zostało mi dane w życiu, pomimo porażek i przeszkód. 

The Fountain to film, który uczy, że to co dostajesz na ekranie nie musi być byle jakie. Dzięki niemu przestałam oglądać byle co.

Clint Mansell.

To pierwszy film, który sprawił, że muzyka z filmu wyszła poza obraz i została ze mną na stałe na karcie pamięci, przenosząc się z telefonu na telefon. Zawsze ze mną, zawsze w zasięgu, w zasięgu jednego kliknięcia.

Odpowiedzialny za to Clint Mansell zrobił naprawdę cudowną rzecz. Nie potrafię pojąć, jak ktoś na podstawie obrazu potrafi stworzyć takie coś, jak muzyka TAKA filmowa. To jest naprawdę niesamowity, cudowny dar. My, którzy mamy okazję z niego korzystać, powinniśmy to doceniać za każdym razem. 

The Fountain Soundtrack @ 432

Uploaded by Mariac 432 on 2017-01-18.

Nie potrafię na ten temat więcej napisać. Po prostu obejrzyjcie. I posłuchajcie. Ze zrozumieniem. Może to z Wami zostanie, a może nie. To akurat zależy jedynie od Was samych.

Polecam do wina, gdy jest w Was kompletny spokój. Albo, gdy macie poważny problem i szukacie rozwiązania. Może to rozwiązanie już jest na wyciągnięcie ręki, tylko go nie zauważacie... 

Czerwony żółw (La tortue rouge) | Michael Dudok de Wit (2016)

Film, na który udało nam się dostać w ostatniej chwili, bowiem kończył swą kinową podróż.

Jako film animowany zupełnie niepotrzebnie został wpisany w repertuar wszystkich dostępnych krakowskich kin na godzinę 10:30 lub 11:30, tak w dni wolne od pracy, jak i w dni robocze. Nasze szczęście, że wrześniowe soboty mamy wolne i 10:30 to godzina taka, jak każda inna. 

Czerwony żółw to długometrażowy film animowany, który uspokaja od pierwszej minuty, choć rozpoczyna się od burzy. Jest historią, którą można interpretować wielotorowo i różnorako.

Myślę, że każdy z nas, będąc na danym etapie życia, może ją zrozumieć kompletnie inaczej.

Przepraszam, za zwiastun, ale lepszego nie znalazłam. Cóż powiedzieć... Jak na taki film zwiastun jest po prostu kiepski.

Proponuję też nie czytać opisu przed wybraniem się do kina lub uruchomieniem DVD. Nie ma konieczności, wręcz zaburza to odbiór, a wersja polska zwiastunu zagaduje to, co zobaczycie na ekranie. A na ekranie nie pada ani jedno słowo, tym bardziej nie rozumiem tej zbędnej gadaniny. 

Czerwony żółw / La tortue rouge

Czerwony żółw (2016) - "Czerwony żółw" to uniwersalna i poetycka opowieść o cyklach natury i biegu życia. Film skupia się na losach rozbitka, który podczas sztormu...

Morze wyrzuca na brzeg mężczyznę i zostawia go samemu sobie. Co do tego ma żółw?

Nie powiem, bo ten film trzeba obejrzeć i przemyśleć samemu wielokrotnie, najlepiej za każdym razem będąc w innej sytuacji życiowej.

Wydaje mi się, że dopóki coś się u mnie nie zmieni, albo nie zrozumiem czegoś więcej niż to, co zrozumiałam do teraz, nie sięgnę po niego po raz kolejny. Do tej pory w takich chwilach sięgałam po Źródło . Od dzisiaj będę sięgała po obydwa. 

Moja interpretacja tego filmu do jego 1/3 była kompletnie inna niż w jego połowie i później na jego końcu. Nie wiem w jaki sposób reżyserowi i twórcom udało się to zrobić, ale stało się to zupełnie bez mojej wiedzy i woli. Po prostu w którejś chwili zaczęłam go odczuwać inaczej i rozumieć coś innego niż jeszcze chwilę wcześniej.

Najpierw myślałam, że to film o przetrwaniu poza swoim codziennym środowiskiem, poza cywilizacją. Później jeszcze trzy razy wymyśliłam coś innego, Paweł z kolei twierdzi jeszcze coś innego, ale nie podpowiem co to. Każdy widzi go po swojemu i na tym ten akapit zakończę.  

Czysty obraz i obezwładniająca muzyka. Nic więcej.

Jakbyście tej historii nie odebrali i jakiej interpretacji byście nie wymyślili, warto się wybrać na ten film choćby po to, by zobaczyć sam obraz, który nie przytłacza KOMPLETNIE NICZYM. Po prostu opowiada historię. Nic innego poza tą historią nie wychodzi na pierwszy plan. Nic nie przeszkadza. Nic nie separuje od tego, co ktoś właśnie opowiada.

Wszystko w tym filmie było malowane ręcznie. Jedyną animacją komputerową jest tytułowy czerwony żółw. Całość sprawia, że żaden zbędny bodziec nie oddziela widza od tego, co na ekranie. 

To czego nie mogę pominąć, to wspaniała, obezwładniająca, absolutnie cudowna, doprowadzająca do łez, zlewająca się z obrazem i widzem muzyka, którą przygotował Laurent Perez del Mar. Tego filmu bez muzyki by nie było, bo bez niej nawet do połowy nie opowiedziałby tego, co opowiedział.

Kto się wychował na muzyce filmowej, ten na sali kinowej po prostu przeniesie się do innej galaktyki.

LA TORTUE ROUGE (Musique du film par Laurent PEREZ DEL MAR)

B.O du film LA TORTUE ROUGE (Studio Ghibli / Why Not Productions) / Festival de Cannes 2016 - Prix spécial du Jury "Un Certain Regard" Ecoutez les 20 meilleurs compositions de Laurent PEREZ DEL MAR sur SPOTIFY / DEEZER : http://spoti.fi/290Y97N / http://bit.ly/293FsAs ↓TRACKLIST↓ 1. Love in the Sky : 00:00 2.

Królestwo niebieskie (Kingdom of Heaven) | Ridley Scott (2005)

Film, który chodzi za mną od lat i od lat też oglądany jest przeze mnie z takim samym niedosytem jak za pierwszym razem. 

Historia poszukiwania wybaczenia, zrozumienia i swojego miejsca w świecie dwóch kłócących się religii, z których żadna nie daje nikomu spokoju. Historia, w której dwie religie zasiadają do wspólnego stołu po to, żeby czynić sobie złośliwości, a na końcu walczyć i odbierać sobie miasta, niczym trofea. 

Królestwo niebieskie / Kingdom of Heaven

Królestwo niebieskie (2005) - Akcja filmu toczy się w czasach wypraw krzyżowych. Po stracie żony i syna, kowal Balian (Orlando Bloom) traci także wiarę w Boga. Jego życie zmieniają jednak...

Niezwykle kolorowa, wymowna i zarazem zmysłowa opowieść o czasach, o których niewiele wiemy i których zapewne zupełnie nie rozumiemy.

Opowieść zmysłowa za sprawą Evy Green (Sybilla Jerozolimska; jak dla mnie najlepsza i najbardziej profesjonalna z jej ról), której towarzyszy Orlando Bloom (Balian z Ibelinu; wybaczcie, ale nie przepadam za tym panem), oraz wspaniała rola Liama Neesona (Godfryd z Ibelinu), który zagrał jak zawsze, czyli fenomenalnie.

I Edward Norton jako król Baldvin IV, cały czas w masce, niemniej jednak wymowny jak bez niej, mimo, że nikt nie ujrzał na jego twarzy ani jednego grymasu. 

I raz jeszcze Sybilla... Magiczna, kolorowa, cudowna, wyniosła i kusząca. Taka, jakim był dawny świat islamu, bo taka była kultura. Ukryta za warstwami materiału, ale pełna zmysłowości (w granicach domu). Nie wierzycie? Po raz kolejny odsyłam do Ildefonso Falconesa i 'Ręki Fatimy'. Ukazuje islam, ten dawny, z zupełnie innego punktu widzenia.

Jasne, że film Ridley'a Scotta wliczyć można w sagę (tak, to ten film na który czekaliśmy po Gladiatorze), ale moim zdaniem udało mu się nie zrobić 'gorszej kopii pierwszego rozdziału'. Jak dla mnie Królestwo Niebieskie, pełne krwi i bólu, jest dużo lepszą produkcją.

Być może dlatego, że zamiast skupiać się na losach jednej osoby, skupia się mimochodem na losach całego narodu. Naród jest tłem i choć to słowo nie jest moim ulubionym, bo nie znoszę żadnej formy patosu, tutaj jest on ukazany jak coś w zupełności naturalnego.

Królestwo niebieskie | Co jeszcze na ten temat?

Co jeszcze? Lubię ten film za spojrzenie (inne, autentyczne) na islam. Nie jestem osobą religijną, ale nie mam równocześnie nic przeciwko temu, że ktoś wyznaje swoją wiarę w sposób, który mi niczego nie narzuca.

Na co dzień pracuję z muzułmanami i nie znam ich w wersji agresywnej, ani w wersji nieprzyjemnej, niegrzecznej. Tak jak katolicy chodzą do kościoła, tak muzułmanie modlą się pięć razy dziennie. Ten film pokazuje idealnie, że był czas, gdy wszyscy, tak muzułmanie jak i katolicy, żyli razem na jednej ziemi, i że żyło im się normalnie. 

Nie wierzycie? Czekajcie na post o Granadzie, a wszystko Wam wyjaśni i zrozumiecie, kto sprawił, że te dwie religie już nie funkcjonują obok siebie w spokoju. Myślę, że już post o Alcazarze daje tego nikły obraz. Sporo czytałam zanim go opublikowałam. 

Kingdom of Heaven OST | Recording Sessions | Disc1

The first of the five parts of the extended soundtrack of the film. Composed by Harry Gregson-Williams. Tracklist : #1 France 1184 #2 Crusaders #3 Burning The Past #4 I Am Your Father #5 I Am Your Father Alt #6 Priest Death #7 After Godfrey #8 After Godfrey Alt1 #9 After Godfrey Alt2 #10 Murder #11 Swordplay #12 Swordplay Alt1 #13 Swordplay Alt2 #14 Ambush #15 Eyes Wide Shut And...

Królestwo Niebieskie to dla mnie bardzo ważny obraz, choć może nie wszyscy zrozumieją (czego też ani nie chcę, ani nie oczekuję), dlaczego uświadomił mi całkowicie, że wolę być ateistką, zamiast wyznawcą religii, która ma kogokolwiek krzywdzić. Dla mnie jest logiczne, że godząc się na to, żeby religia określała mnie, godzę się na to wszystko, co ta religia czyni. A nie się godzę ani na pedofilię, ani na terroryzm, ani na wielożeństwo, ani na całkowite wyzbycie się siebie w imię ideologii, jakiejkolwiek.

Jeśli szukacie swojego miejsca w świecie religii, to polecam ten film. Warto z nim spędzić kilka wieczorów, bo jednorazowy seans zapewne nic nie wniesie. 

Właśnie oglądam go chyba 15 raz. Za każdy raz na nowo, bo za każdym razem jestem już innym człowiekiem, starszym i rozumiem więcej. 

'Przejawem świętości jest prawość. Twoje czyny sprawią, czy będziesz dobrym człowiekiem'. Ten cytat oddaje moją filozofię, może dlatego cenię ten film tak bardzo. 

"Zbierasz co zasiejesz". 

Co byście nie powiedzieli, prawda jest jedna. Jak długo rozmawiasz, tak długo wszystko możesz zmienić.

To tylko koniec świata (Juste la fin du monde) | Xavier Dolan (2016).

To tylko koniec świata / Juste la fin du monde

To tylko koniec świata (2016) - Po 12 latach nieobecności uznany pisarz Louis wraca do domu. Ma zamiar powiadomić rodzinę, że umiera. Powitanie odbiega jednak od jego wyobrażenia. Jego matka, młodsza...

Xavier Dolan bez przerwy mnie zaskakuje. Jest dla mnie niepojęte to, że chłopak młodszy ode mnie robi tak dobre kino, w dodatku w sposób, którego jego dużo starsi koledzy z branży nie opanowali przez lata.

„To tylko koniec świata” to cudowna, choć nie łatwa, opowieść o tym, że nie wszyscy muszą Cię rozumieć i akceptować. Że często tylko wydaje Ci się, że czyjeś akceptujące skinienie głową jest Ci potrzebne.

Bardzo się identyfikuję z tym filmem, bo w sposób porywający serce udowadnia, że niezależnie od sytuacji jesteś sam na świecie, i że zazwyczaj nikt Ciebie o Ciebie nie zapyta. Że ludzie są często tak zapatrzeni w siebie i swoją codzienność, często (nie oszukujmy się) prostą i banalną, że rzeczy, które robisz, często wzniosłe lub po prostu niestandardowe, są dla nich nie do zrozumienia. Nie rozumieją ich tak bardzo, że nawet o nie nie pytają udając, że życie każdego jest takie jak ich własne.

I nie ważne, że przybywasz, żeby powiedzieć im coś ważnego, licząc, że w końcu się zainteresują. Nie zainteresują się i nie zapytają.

Uwielbiam rolę Gasparda Ulliel. Ilekroć go widzę w swojej roli mam ochotę bić przed nim pokłony. Vincent Cassel to ten najbardziej broniący banalnego standardu szarej codzienności. Marion Cotillard, wsadzona w ten standard bezwiednie i próbująca się z niego wyrwać poprzez nieśmiałe zrozumienie, urzeka prostotą swej roli.

Lea Seydoux, najbardziej zmysłowa i idealnie pasująca do swojej roli, do roli pierwszej osoby, która chciałaby uciec z marazmu codzienności, zachęca, żeby obejrzeć inne filmy z jej udziałem.

Mama” (2014) i „Wyśnione miłości” (2010) to inne filmy Dolana, do których wracam choć jeden raz w roku. Z niecierpliwością czekam na premierę „The Death And Life of John Donavan” (2018).

Xavier Dolan jest dobrym pomysłem na jesień i zimę. Fakt, że nie zabiera się za banalne tematy sprawia, że do jego filmów chce się wracać. Oglądam je ilekroć mam okazję i za każdym razem wyciągam z nich coś nowego.

Prosta historia o morderstwie | Arkadiusz Jakubik (2016)

Prosta historia o morderstwie

Prosta historia o morderstwie (2016) - "Prosta historia o morderstwie" to trzymająca w napięciu, pełna zaskakujących zwrotów akcji historia policyjnej rodziny, której losami...

Na kino polskie długo miałam alergię i nie poświęcałam mu czasu. Po latach z goniącym po ekranie Bogusławem Lindą i kilkoma twarzami grającymi stale te same role, przestałam wymagać od rodzimego kina czegokolwiek. Wróciłam do niego, gdy jakość była już na dobrym poziomie.

Arkadiusz Jakubik, jako reżyser, chyba będzie moim ulubionym twórcą #1 (ulubionych twórców może być wielu, ale #1 może być tylko jeden).

W „Prostej historii o morderstwie” nic się nie rozjeżdża. Recenzje opisywały ten film różnie, w tym negatywnie ze względu na „banalną fabułę”. Problem w tym, że banalną fabułę można sobie napisać w głowie po 10 minutach filmu. Pierwszy raz nie byłam w stanie tego zrobić oglądając polski film. Po raz pierwszy od dawna nie wiedziałam kto zabił i z jakiego powodu.

Też po raz pierwszy od dawna nie zawiódł mnie dźwięk. Wielokrotnie powtarzaliśmy sobie zaraz po wyjściu z sali kinowej „znowu podkład muzyczny był głośniejszy niż dialogi”. W „Prostej historii o morderstwie” dźwięk był idealny.

Kinga Preis wspaniała. Podziwiam tę kobietę za umiejętność bycia każdą osobą, którą przyszło jej zagrać. Podziwiam Chyrę, za bycie Chyrą – nigdy go nie lubiłam na ekranie (zbytnio), tym bardziej nie polubiłam jego postaci w tym filmie.

Aktorzy młodego pokolenia, Filip Pławiak i Mateusz Więcławek, byli tacy, jakimi się ich spodziewałam zobaczyć. Życzę im szczęścia w dalszej karierze – ten film udowadnia, że mają na nią wielkie szanse.

Nie opowiedziałam Wam fabuły, więc polecam ten film na wieczór. Może nie na ten, który ma być romantyczny, ale na pewno na ten, który ma być intrygujący.