Dolina Asco (fr) | kosmos pośrodku morza.

23 sierpnia 2017 | Kraków. Myślami jestem gdzieś daleko…

Napisałam pół innego posta, ale ewidentnie dzisiaj nic z niego nie będzie. Może dlatego, że to post o ludziach i o winie. Nie lubię o ludziach i winie pisać byle jak, więc na tę chwilę odpuszczam.

Właśnie zarezerwowałam zimowe narty w Austrii, ale nie mam też ochoty na pisanie postu na podstawie researchu z Internetu, więc Austrii dzisiaj też nie będzie.

Koncepcję mogę ocenić na żadną. I z tego należy się cieszyć, bo brak koncepcji to całkiem dobry punkt wyjścia. Co wejdzie do głowy to się napisze.

Załóżmy więc, że jadę sobie samochodem.

Nie, nie wyjechałam z domu, bo ewidentnie jestem teraz na Korsyce. Paweł wymyślił, że zawiezie mnie na północne i wschodnie wybrzeże, bo nasza plaża na Costa Verde mu się nie podoba. Jest taka polska, jak w Łebie. Nie ma lazuru, na który liczył, a i piasek się nie mieni bielą jak z reklamy Travel Planet.

Czy mi się te plaże podobają? Nie wiem, bo dopiero odkrywam uroki morza, a że moje wymagania są często ograniczone do minimum, wiele nie wymagam. Dla mnie to po prostu morze, biorę je takim jakim jest. Cieszę się, że siedzę na jego brzegu, i że szumi tak jak szumi. Po prostu szumi pięknie.

Jedziemy więc do Calvi, do mekki nadmorskiego bogactwa, które mnie interesuje tak samo jak każde inne miejsce, w którym na próżno przelewa się pieniądze nie adekwatne do tego, co się dostaje w zamian.

Nie bardzo mnie bogactwo rusza i kręci, żeby nie rzec, że jest mi kompletnie obojętne. Dziw, że na co dzień generuję przychód dla najdroższego hotelu na Zanzibarze. Czasem nie mogę pojąć jak to jest możliwe, ale w jakiś dziwny sposób od trzech lat się to udaje. Jak widać przeciwności się przyciągają, albo posiadam magiczną umiejętność odseparowania się od tego, co innych kręci, a mi wydaje się po prostu puste.

Najpiękniejsze arcydzieła tworzy natura, nie będzie więc o Calvi. Dolina Asco.

To nie Calvi znajduje się teraz w mojej głowie na pierwszy miejscu. Zabieram Was w najcudowniejsze góry, jakie kiedykolwiek ukazały się moim oczom. W miejsce tak kosmiczne, jakby ktoś mi je narysował, namalował, opowiedział i wyrzeźbił naraz, za podkład muzyczny dodając cudowną ciszę.

Zabieram Was w miejsce, o którego istnieniu nie miałam pojęcia, bo przybywając na Korsykę nie miałam na jej temat wiedzy. Mając w głowie Sardynię (toż to ukochane Włochy przecież...) Korsykę mniej lub bardziej świadomie zignorowałam, na co ona się nie zgodziła.

Pokazała mi swoje piękno cierpliwie, ucząc mnie, że ma wiele do zaoferowania. Żeby mnie do siebie przekonać pokazała mi najpierw Dolinę Asco.

Zaglądam do przewodnika, znowu po powrocie do domu. Sprawdzam co napisano o obrazach, które mam teraz przed oczyma i stwierdzam, że niewiele się pomylono.

Przewodnik nie opowiada mi o miejscach, które mam poznać, ale o tych, które już przynajmniej raz w życiu widziałam na oczy. Czytanie cudzych słów przed podróżą wydaje mi się zbędne i niepotrzebnie buduje nastrój oczekiwania, również na określone wrażenia. A te nie muszą się pokrywać z tym, co sama będę odczuwać będąc tam gdzieś w świecie. Rozczarowanie to niedobre uczucie. Omijam je kiedy tylko mogę, nie nastawiam się więc na nic.

Poza tym mówiąc całkiem uczciwie, czytając nie masz kompletnie żadnego wyobrażenia o tym, o czym czytasz. Słowa są puste.  Nie zlewają się z obrazami, nie mają więc żadnego kontekstu. Są czyjąś subiektywną opowieścią.

Czytam więc teraz tę subiektywną opowieść kogoś innego i odczuwam moje własne emocje z tamtej chwili. Teraz to ma sens.

 

Korsyka | Przewodnik Ilustrowany Pascal

Napisano tylko jedną stronę, ale może to dobrze… O takich miejscach nie da się napisać więcej, niż to konieczne. Każde kolejne słowo będzie tylko udowadniać, że za nim powinno być kolejne słowo i kolejne i kolejne, i że niepotrzebnie można to wspomnienie utopić w słowotoku.

Niespodzianka.

Z Valle-di-Campoloro wyjeżdżamy około 9:00. Będąc poza domem chyba nigdy nie uda mi się wstać wcześniej niż o 8:00, chyba, że mam przed sobą pierwszy dzień trasy w stronę Włoch lub wizję białego szaleństwa w Austrii kolejnego ranka. Dla tych dwóch wstanę i o 4:00 rano. Zapakuję dobytek do auta, ale zasnę po prawej stronie kierowcy zaraz za bramkami w Balicach, nakrywając się kocem z Ikei, aż po najmniejszy palec stopy.

Ale ten dwuosobowy układ w lipcu nie działa. Nie działa w żadnym raju, do którego już dojechaliśmy. W żadnym miejscu, które jest lepsze od tego, z którego wyjechaliśmy.

Jedziemy więc na północ Korsyki, a nawigacja kieruje nas na lewo. Każe nam skręcić z głównej trasy prowadzącej do Bastii i wić się pomiędzy wzgórzami, żeby ominąć tereny portowe. I ma rację. Korsykańskie drogi na długości 100m potrafią zamienić się z dwupasmowej drogi w jednopasmową, w dodatku bez  krawężników i wijącą się jak wąż.

Za Bastią jest prawie jak w okolicach Trydentu, gdy wspinasz się pod górę na pierwszym lub drugim biegu, coraz wyżej, w Dolomity, żeby przebić się na zachodni brzeg Jeziora Garda. Tak samo jest na Korsyce. Nie ma sensu jechać do Calvi przez Bastię, chyba, że zahaczacie o Cap Corse.

Jedziemy więc wyznaczoną trasą przez 55 kilometrów, po to, żeby znowu skręcić w lewo.

- Po co skręcasz? Nie jedziemy do Calvi? – pytam.

- Czytałem, że tutaj trzeba przyjechać, więc jedźmy. Chciałem Ci to pokazać.

Zawieź mnie dokąd chcesz. Byle było pięknie.

Jedziemy więc.

Kompletnie nie wiem dokąd, nie wiem też, co chce mi pokazać Paweł, ale jakoś ta niewiedza nie stanowi dla mnie problemu. Jedźmy jak zawsze, byle do przodu, byle nie stać w miejscu i byle się nie cofać. Nic nas nie ogranicza, nic nas nie zatrzymuje. Jak długo zamontowana w poprzednim roku w Logroño część sprawiająca, że mamy klimatyzację w samochodzie nadal działa, mogę jechać dokąd chcesz. I byle nie zabrakło benzyny, ale to nie moja sprawa, tylko Twoja.

- A wiesz chociaż co tam jest? – pytam

- Dolina Asco. W przewodniku napisali, że trzeba tam być.

No tak, Paweł przewodniki czyta przed, a nie po podróży, za to przed wyjazdem nie kiwnie palcem. Ja podróże planuję w domu, a on je planuje w trakcie. Gwarantuję łóżko, standard i cenę, on gwarantuje to co widzimy na miejscu i co wspominamy. Perfect match.

Z każdym kilometrem przybliżamy się do gór, jakich się tutaj nie spodziewałam. Ta góra, która wyrasta przed nami przypomina mi Montserrat w okolicach Barcelony. Jest potężna, majestatyczna i zapiera dech w piersiach. Im jesteśmy bliżej, tym bardziej wydaje się nie do zdobycia i tym bardziej nas przytłacza.

I tym bardziej zachwyca.

Dolina Asco jest niczym Andaluzja i Piemont w jednym. Skały, piach i zieleń.

Wbijamy się w dolinę i czuję się trochę jak na dzikim zachodzie. Albo jak w Andaluzji. Zieleń zamienia się w brązy, głazy leżą na poboczu, gdzieniegdzie widać, że ktoś się zbytnio rozpędził na wąskiej drodze i jego podróż zakończyła się na ogrodzeniu z siatki. A może to tylko krowy próbowały się przedostać na drugą stronę. Dziwne są te pastwiska bez trawy...

Gdzieś tam na  wzgórzu rysuje się miasteczko. Jak ludzie tam żyją i co tam można robić poza sezonem? Przecież nie produkują białego miodu cały rok...

Im dalej w dolinie tym piękniej. Im dalej tym węższe drogi. Im dalej tym więcej głazów wisi nad dachem samochodu i tym bardziej trzeba się przeciskać do przodu, żeby uciec przed wrażeniem, że na Ciebie spadną.

Pojawia się zieleń. Skąd ona tutaj? Przecież dopiero co było jak w Andaluzji, sucho, a teraz jest jak w Piemoncie, pomimo upału czuć wilgoć.

Dopiero po chwili zdajemy sobie sprawę, że kilkadziesiąt metrów poniżej drogi, którą jedziemy wije się Asco, rzeka, której nie widać z tej wysokości, a która ochładza powietrze i daje mu wilgoć. Nie, nie ma żadnej, kompletnie żadnej barierki, która mogłaby Cię ochronić przed stoczeniem się w dół, gdybyś stracił choć na chwilę uwagę.

Z mojej pozycji pasażera, jadąc w stronę „do” wydaje się bezpiecznie, bo prawie przytulam się do skał i mogłabym ich dotykać, gdybym tylko otworzyła okno i wystawiła rękę. Wracając z powrotem jest już mniej przyjemnie. Wizja dachowania nie nastraja pozytywnie.

Ale może o czymś przyjemniejszym…

Jak ten obraz zabrać ze soba do domu? Jak to wszystko zapamiętać?

Skały i zieleń zlewające się z niebieskim niebem są niesamowite. Nie mogę oderwać od nich oczu. Uwieczniam co się da na zdjęciach.

Zastanawiam się, jadąc, co na poboczach robią samochody… Wyglądają tak, jakby ktoś je porzucił. Dopiero po chwili zdajemy sobie sprawę z tego, że ludzie najnormalniej w świecie przychodzą się tutaj kąpać. 

Ale nie tylko, bo w dolinie Asco można się też wspinać, jest też park linowy. I nie tylko… Jest też góra z centrum narciarskim, ale tam już nie jedziemy. Nie mamy odwagi wspinać się tak wysoko, tym bardziej, że mamy jeszcze inne plany na dzisiaj.

Dojechaliśmy do Asco, miejscowości, która była naszym celem.

Niesamowite, że ktoś tutaj wybudował hotel, że jest tutaj restauracja, i że jeśli ktoś miałby tylko ochotę to można tutaj spędzić urlop. 

To mogłoby być miejsce dla mnie. Gdybym wymyśliła sobie zaszycie się gdzieś w świecie po to, żeby się odciąć, to mogłoby to być właśnie Asco. Podświadomie czuję, że tutaj mogłoby odpocząć nie tylko ciało, ale i dusza.

Do Asco można dojść, jeśli tylko ma się na to ochotę. W tych górach są szlaki, na których można spędzić całe dnie. Można co rano wychodzić z Asco i popołudniami do niego wracać. Mijają nas tacy zapaleńcy. Zmęczeni, mokrzy, ale chyba szczęśliwi, a już na pewno spokojni. To widać na pierwszy rzut oka.

Jest pięknie, ale trzeba wracać, bo realizacja dzisiejszego planu zajmie nam wiele godzin. Chcemy dojechać do Calvi i spędzić tam sporo czasu, a w myśl zasady „nie jeździmy nigdy tą samą trasą dwa razy” chcemy wrócić do Cervione górską drogą, w poprzek wyspy.

Ciekawe co z tego wyjdzie...