Kraków (pl) | po prostu mój dom.

06/08/2017 | Kraków, niedziela, godziny wieczorne.

Dzisiaj w Krakowie jest chłodniej i chyba po raz pierwszy od dawna padał normalny deszcz. Brak burzy, po prostu deszcz.

Od razu lepiej się oddycha, choć trochę obawiam się, że lato powoli zmierza ku końcowi. Pamiętam tamten rok, podobna data, czyli zaraz po powrocie z Hiszpanii… Rok, w którym dokładnie w połowie sierpnia lato po prostu zaczęło się kończyć. Temperatury nagle zaczęły spadać i nic już nie było takie jak w upalnym lecie, nawet powietrze zaczynało pachnieć wilgocią, taką jesienną. Dzisiaj jest tak samo.

Uwielbiam, gdy Kraków tak pachnie. Ten zapach oznacza dla mnie, że jeszcze nie mam na głowie wszystkich swoich typowych obowiązków i tego co mnie napędza, na kursy jest bowiem jeszcze po prostu zbyt wcześnie. Tym samym mam wolne popołudnia, mam wolne całe dwa dni weekendu (bo nie mam o 8:00 rano w sobotę hiszpańskiego) i korzystam z tego, że w moim mieście się dzieje.

Często w tym momencie roku zmieniam perspektywę i stawiam się na pozycji turysty. 

Zaczęłam to zachowanie praktykować w 100% świadomie w momencie, w którym zdałam sobie sprawę z tego, że od kiedy mieszkam w Krakowie, czyli na dzień dzisiejszy od 15 lat, dosłownie nie miałam czasu na to, żeby poznać moje miasto tak, jakbym chciała. Z perspektywy i z dystansu.

Musiałam się nauczyć doceniać to miejsce.

Myślę, że dopiero niespełna 5 lat temu zaczęłam doceniać miejsce, w którym jestem, choć nie ukrywam, że od jakiegoś czasu marzy mi się wybranie się na południe „na urlop” i po prostu pozostanie tam.

Tydzień temu wracając do domu z Sardynii zdałam sobie sprawę z tego, że to co wiozę w bagażniku jest wszystkim co jest mi potrzebne. Pomyślałam sobie, że przecież i tak zapakowałam tylko te rzeczy, w których chodzę na co dzień, wg zasady 20/80 (zasada pareto, główna zasada tego świata – 20% ludzi ma więcej niż pozostałe 80%, używasz 20% rzeczy, które posiadasz i tak dalej).

Zrozumiałam, że moje 20% mieści się w walizce, która zmieści maksymalnie 20kg bagażu, w torbie na laptopa i w skrzynce z butami. Na końcu zrozumiałam też, że mając ze sobą te 20% używałam 20% z nich i naprawdę nie potrzebowałam więcej. Moja piramida potrzeb jest trapezem o dość wąskiej podstawie i zdecydowanie nie kończy się szpicem.

Mając z sobą moje 20% mogłabym w dowolnej chwili zadecydować, że nie wracam i układam sobie życie gdzieś tam, z daleka od Krakowa, specjalnie nie zmieniając niczego poza miejscem, bo praca może ze mną jeździć wszędzie. Mogę być na Karaibach, nikogo o tym nie informując, oby to co jest moim (dowolnie wybranym) obowiązkiem było zrobione.

Wszystko to nie zmienia faktu, że wiem i doceniam to, że moje miasto jest obecnie jednym z niewielu, które człowiekowi, który lubi się nad sobą zastanowić, może dać dużo.

Kraków wibruje i na szczęście nie chce przestać.

To miasto żyje non stop. Wibruje, daje możliwości, mieszankę kultur i języków, nie pozostawia niespokojnej głowy bez bodźców. Jest miejscem, które dzięki ludziom staje się lepsze, choć nie będę zaprzeczać, że wiele jeszcze można zmienić. Nie mogę jednak zaprzeczyć jednemu, że w poprzednią niedzielę usłyszałam od mojej koleżanki, że Kraków w porównaniu do Poznania ma dużo więcej, na przykład pod względem gastronomicznym.

Chyba nie przesadzam... Co jak co, ale tak zdystansowanej osoby jak Hanka nie znam, więc wszystko ocenia dość ostro, a że mieszkała w Krakowie wcześniej, ma dość dobre porównanie.

Dla przykładu – Hanka od października tamtego roku prowadzi w Poznaniu knajpę. Spełniła marzenie, o którym usłyszałam (w innej formie rzecz jasna, bo pomysł mocno ewoluował) w 2008 roku.

Nie miałam okazji jej jeszcze okazji odwiedzić na miejscu, ale pewne prognozy mówią, że w październiku napiszę wam recenzję z tego, jak zjadłam ogon lub podroby z czegoś, czego do tej pory w życiu nie jadłam.

Jeśli chcecie się dowiedzieć jak one smakują wcześniej ode mnie zapraszam do KRAFT, który ma ambicję nauczyć opornych poznaniaków, że jedzenie to nie tylko poznańskie pyry, i że z szacunku dla zwierzęcia można zjeść je całe – dosłownie. O filozofii Krafta możecie poczytać na ich profilu. 

Kraków nie musi walczyć z takim nastawieniem mieszkańców. Chyba nie spotkałam się z tym, żeby jakieś nowości w Krakowie się nie przyjęły i żeby specjalnie trzeba było kogokolwiek uczyć tego, że jedzenie może być ciekawe. Kraków wszystko absorbuje. 

Głodnego nakarmić, spragnionego napoić. Tutaj karmią i poją dobrze.

A skoro już przy jedzeniu jesteśmy… Z całą pewnością wyróżnia się mój ulubiony Kazimierz. Nie mieszkam na nim (i ponoć kompletnie do życia codziennego się on nie nadaje), ale umówmy się co jednego - do życia kulturalnego, społecznego i gastronomicznego jest idealny.

Jestem tam minimum raz w tygodniu, a od kiedy zaczyna się sobotni hiszpański na pewno co sobotę, na śniadaniu w Nova Resto Bar. Mamy swój rytuał w cenie 17pln na osobę, który sprawia, że nawet w ciągu roku przez moment, w swoim własnym mieście, czujemy się jak turyści. Kończymy zajęcia o 11:20, o 11:40 jemy śniadanie w Nova i dopiero wracamy do domu.

Jak typowi turyści ustawiamy się twarzą do słońca, na stole ląduje jajecznica + mała karafka wina (po włosku) i wszystko momentalnie wraca do równowagi.

Cenię sobie to, że nauczyliśmy się „wyłączać się” w swoim własnym mieście, choć wiem, że gdyby to miasto nie nosiło nazwy Kraków, to po prostu nie dawałoby nam tej możliwości. Po prostu nie.

Nie mogę pominąć wspaniałego Qrudo,

przepysznych Ribs on Fire,

a w okolicy Rynku Głównego restauracji Corleone (kuchnia włoska)

i winiarni/restauracji Winoman (kuchnia wloska)

Do tego należy dodać jeszcze kilka miejsc, w których króluje wino. Naprawdę nie ma się czego powstydzić, a to dopiero początek, bo mam wrażenie, że Kraków dopiero się rozkręca i jest to zdecydowanie początek zmian, o czym można się przekonać na Dolnych Młynów i w Cichym Kąciku

A może by tak wrócić w rodzinne strony? Nie.

Kiedyś ktoś mnie zapytał – skoro pracujesz w domu, to dlaczego nie wrócisz w rodzinne strony? Tam też masz Internet. 

Problem jest jeden, a mianowicie taki, że gdybym 15 lat temu została tam, gdzie byłam, to nigdy nie przeszłabym swojej ścieżki życia i nigdy nie byłabym w punkcie, w którym jestem teraz. Nigdy nie doszłabym do tego, co mam, choć z całą pewnością nie sprowadza się to do stanu posiadania.

Nie pracowałabym z domu zarządzając czymś zdalnie, bo to miejsce ograniczyłoby mnie do konieczności robienia tego, co było dostępne tam. Ograniczenia tego miejsca ograniczyłyby mnie. Tak to działa. 

Miałabym teraz się przesiedlić? Nie. 

Mój umysł już nie działa tak jak 15 lat temu i nigdy do tego punktu już nie wróci. Ani nie ma odwrotu, ani ja go nie chcę. Kocham każdy etap i element mojego życia i żadnego bym nie zmieniła, jakkolwiek trudnym był każdy z nich. Dopiero teraz doceniam to, że Kraków zawsze na mnie czekał, gdy w środku nocy wracałam z delegacji na Mazurach, w Gdańsku czy innym mieście. Kraków nigdy niczego ode mnie nie chciał, ale zawsze wiele mi dawał, od wolności przez wiedzę.  

Miałabym go opuścić? Wybaczcie, ale jeśli go opuszczę to tylko jadąc trasą Kraków – Gorzyczki - Wiedeń – Brennero - Torino lub Wiedeń - Udine, w zależności od wybranego kraju. A później już tylko na południe Europy, na jeden z dwóch półwyspów. I nie, tym razem nie będę narzekać, że te trasy znam już tak dobrze, że mi się nudzą.

Kraków to miasto dobrych jakościowo kin. Ktoś zaprzeczy?

Co jeszcze ma Kraków, a czego nie doceniałam?

Kina. Mamy naprawdę świetne kina studyjne (nie, Cinema City to nie kino). Moje ulubione kina co roku w sierpniu i wrześniu sprawiają, że moja głowa budzi się z powakacyjnego letargu. W lipcu odpoczywam totalnie, a przez te dwa miesiące powoli się wybudzam.

Ulubione kina mam trzy i nie zamienię ich na żaden kompleks handlowy – KIKA, Agrafka i Mikro. Wszystkie są jak dom.

Znajdę tutaj tylko to co sprawia, że moja głowa nie głupieje. Nieustannie dziękuję im za utrzymanie poziomu i nie obraziłabym się za powtórkę zeszłorocznego cyklu z Xavierem Dolanem. Wszystko to obejrzałabym raz jeszcze spijając każde słowo z ekranu.

Innych młodych twórców przyjmę tego późnego lata i wczesnej jesieni z takim samym zadowoleniem.

Beh, za jakiś włoski cykl też się nie obrażę. Np. kino włoskie lat współczesnych trochę kuleje; tyle dobrych filmów teraz włosi robią, a nie ma ich gdzie obejrzeć. Instytut Włoski stara się nadrabiać straty, ale jednak to nie to. Kino to kino. Chcę włoszczyzny w kinie i w trochę innej atmosferze. 

Muzyka, muzyka i jeszcze raz muzyka.

Co jeszcze… Koncerty. To coś na co nie możemy w Krakowie narzekać, choć ja tę sferę dopiero powoli odkrywam. Powoli się uczę, że to co w YouTube jest świetne, na żywo może być wspaniałe lub lepsze.

Z poprzedniego roku wspominam wspaniale Marię Peszek i Fisza. Ominął mnie Hans Zimmer, ale liczę, że jeszcze zdążę (w głowie myśląc o Linkin Park, na które już się nijak nie wyrobię; moja młodość po prostu stwierdziła, że sama zakończy swój żywot… Powoli przestaję się temu buntować).

Marzy mi się powtórka z Ludovico Einaudi, dzięki któremu czasem nie jestem w stanie w ogóle pisać, pracować lub po prostu się uspokoić, jeśli coś mnie wyprowadzi z równowagi. Marzy mi się takie Experience choć raz w życiu. 

W lutym 2018 zrobię natomiast powtórkę z Depeche Mode, byle Dave znowu nie wylądował w szpitalu. Po ich koncercie w Bratysławie liczę na jeszcze lepszą imprezę w Krakowie. Hintertoux 2018 został właśnie pod ten koncert umiejscowiony w czasie i w kalendarzu.

O innych wydarzeniach wyszukiwanych ad hoc nawet nie wspomnę. Zawsze jest w czym wybierać. 

Festiwali, w tym tych kulinarnych, też nie brakuje, ale widać zmiany.

To na co nie można narzekać to festiwale, które odbywają się tutaj od lat, choć nie da się zaprzeczyć, że od dwóch lat, zmienia się struktura. Jedne festiwale znikają, pojawiają się inne. Znikają niektóre festiwale współfinansowane przez miasto, pojawiają się za to inicjatywy prywatne. 

Niezmiennie cieszy nas Festiwal Kultury Żydowskiej, bardzo ważne dla tego miasta wydarzenie, jak również Festiwal Muzyki Filmowej oraz wiele lokalnych festiwali związanych z kulturą (do znalezienia na stronie www.krakow.pl).

Zaraz potem koniecznie trzeba wymienić festiwale lokalne i gastronomiczne, w tym Najedzeni Fest! organizowany w dawnym hotelu Forum i podobne festiwale nawiązujące do tematyki Slow Food i jedzenia lokalnego, choć edycja 2016 trochę mnie rozczarowała. Chyba ze względu na powtarzalność, spodziewałam się jednak większej ilości innowacji. 

Za to bardzo mi się podoba Festiwal Sera i Wina organizowany na Małym Rynku. Ktoś, kto gustuje w winie zdecydowanie ma w czym wybierać. 

Co prawda nadal nie rozumiem dlaczego polskie wina kosztują 65-80pln za butelkę, gdzie dużo lepsze włoskie, hiszpańskie i portugalskie można dostać za 35pln, ale wiadomo nie od dzisiaj, że Polska to drogi kraj. Żeby tutaj żyć trzeba mieć pieniądze, nie jak na południu Europy. 

Muszę jeszcze wspomnieć o targach świątecznych, takich jak w Dreźnie. Tym, naszym niczego nie brakuje. 

Języki, języki i jeszcze raz języki. Wszystkie dla wszystkich. Bez limitów.

Tak, zdecydowanie Kraków jest idealnym miejscem do nauki języków. Poziom nauczania jest bardzo dobry niezależnie od szkoły, co zapewne jest wynikiem konkurencji. I tak powinno być.

Osobiście zawsze będę polecać Profi-Lingua Kraków, ale wiem od znajomych, że niemal każda szkoła jest dobra, szczególnie jeśli znajduje się w pobliżu Rynku Głównego i na ulicy Karmelickiej.

Jeśli nie ufacie szkołom zawsze możecie się udać do Instytutu Włoskiego, Instytutu Francuskiego, Instytutu Austriackiego (wspaniały!!) lub możecie wskoczyć na zajęcia do SJO przy uczelniach wyższych. Nie rozczarujecie się. Po jakimś czasie będziecie gadać jak najęci, tym bardziej, że w Krakowie nie można narzekać na brak native speakerów. 

Mało? Nie ma problemu. Jeśli chcecie żywego języka, np. hiszpańskiego zawsze możecie wskoczyć na spotkanie do Mówimy po hiszpańsku (Pod srebrnym kurem) na Kurkową. To nic nie kosztuje, a możecie spotkać inne osoby, które chcą się uczyć. Wycieczka po Krakowie po hiszpańsku? Nie ma problemu. Zgłoście się w tym samym miejscu lub odezwijcie się do nich na Facebook. 

A jak już będziecie mówić możecie zdać w Krakowie egzamin na niemal każdy możliwy certyfikat językowy. 

Sztuka doceniania tego, co się ma.

I może niektórym się wydać, ze to o czym napisałam wyżej to nic specjalnego, ze niewiele się dzieje, ale to są jedynie miejsca, które ja odwiedzam. Ile z nich nie odwiedzam? Wielu. Większości.

W tamtym roku po raz pierwszy, wracając w lipcu do domu domyślałam "dobrze, ze już wracamy". W tym roku powiedziałam do Pawła to samo "dobrze, że już wracamy". I tak już chyba zostanie, bo nie mam w zwyczaju zmieniać zdania.

Myślę sobie, że takie długie wyjazdy, choć te moje nie są jakoś ekstremalnie długie, są potrzebne po to, żeby umieć doceniać. Nie tylko pozwalają się zresetować. ale przypominają, ze każdy ma gdzieś swoje miejsce, które nazywa domem.

Dom trzeba opuszczać, nawet dość często, ale zawsze trzeba do niego wracać, żeby choć na moment chwycić balans i poukładać sobie te obce miejsca w głowie. Żeby je uporządkować, zmienić sposób myślenia i odczuwania, popracować nad sobą samym i potem znów ruszyć w drogę, choć na moment. Poza własnymi czterema kątami jest cały świat do zobaczenia, milion kultur do poznania, miliard smaków do spróbowania. Jak można sobie tego odmówić? 

A jaki dom jest najlepszy? Według mnie ten, który nie zamyka się w kilku ścianach, ale który wychodzi poza nie. Który pozwala żyć i to aktywnie, który stale coś w Tobie zmienia, stale Cię czegoś uczy, pozwala Ci poznawać. Kraków jest idealnym domem, mimo swoich wad. 

8/08/2017 | Kazimierz / Kraków, wtorek

Czekam na Patrycję siedząc przy stoliku i czuję się jak w Pradze.

Nie przeszkadzają mi turyści, ani głośne śmiechy. To miejsce żyje, a jak długo histeryczny śmiech jest elementem tego życia, tak długo mi to nie przeszkadza.

Dochodzę do wniosku, że niewiele nam brakuje do tego, żeby poczuć się jak na zachodzie. Liczę na to, że za sprawą jakichś chorych umysłowo ludzi, których nigdy nie poznam na żywo, a którzy za mnie chcą decydować o mnie, to się nie zmieni. 

Siedzi obok mnie rudy jak lis Izraelczyk, pewnie nawet nie zapamięta mojej twarzy, ja jego za to tak. Nie rozumiem ani słowa z wielu. które wypowiedział, poza tymi, które wplótł po angielsku. Ale nie muszę rozumieć niczego, bo nie o to chodzi. On sam jeden swoją obecnością sprawia, że to miasto nabiera innego kolorytu.

Pachnie kawa, pachnie papieros, pachnie późne lato. Za przypadkową kobietą idącą chodnikiem ciągnie się smuga Chanel 5. Pachnie wszystko naokoło. Wszystko to zlewa się  w jedną całość, w zapach, którego nie da się ani nazwać, ani rozłożyć na czynniki pierwsze jak w Pachnidle (o zapachach w Grasse tutaj). 

I tak sobie myślę, że taki Kraków kocham. I, że jeśli ktoś mi go w tej formie odbierze, to będę mogła na poważnie zacząć się pakować. Na wszelki wypadek, tak w razie czego, zapisuję ten moment na papierze. Zaczęłam nosić z sobą notes i długopis. 

Wracam na miasto w piątek, świętować moje urodziny z przyjaciółmi i tak sobie myślę, że lubię się tutaj starzeć