Murazzano (it) | O baranach i ignorancji językowej.

Na ile sobie pozwolisz przed wyjazdem, tyle będziesz miał w jego trakcie.

2 sierpnia 2017. Piekło w Krakowie dzisiaj mamy. W dzień i w nocy.

 

Nie wiem jak głęboko zapuszczacie się we Włochy (lub w każdy inny kraj) i na jak wielką spontaniczność sobie pozwalacie... Planujecie wszystko co do dnia, czy działacie na zasadzie „dzisiaj mam ochotę leżeć, więc leżę, jutro może gdzieś pojadę”?

Z mojego punktu widzenia plusy wybierania się na wakacje swoim samochodem są takie, że macie dowolność i nic kompletnie Was nie goni. Nic poza Waszą własną głową i ograniczeniami.

Dla przykładu dla mnie problemem jest limitowany czas pobytu + pożyczone auto, za które się płaci, nawet gdy stoi pod domem. Może tam stać, bo akurat mogę mieć ochotę robić kompletnie NIC. Tak samo ograniczałby mnie wyjazd zorganizowany, na który osobiście nigdy się nie wybiorę, jak i ten samochód, za który każą mi płacić, choć stoi bezczynnie.

Mówię NIE jednemu i drugiemu. Tak jak mam prawo nie lubić płacenia za niewykorzystany czas, tak samo mam prawo nie przebywać w towarzystwie osób, które nie koniecznie muszę lubić i poznawać. I nie jest mi z tego powodu wstyd. Jest to świadomą częścią mojej wolności i każdemu to podejście polecam. 

Dodam, że bardzo, ale to bardzo cenię sobie moją wolność osobistą i wolność wyboru. Nikt niczego mi nie narzuca, bo już na starcie się na to nie godzę. Koniec. Tym samym ja też nikomu niczego nie narzucam. Uczciwie? Chyba tak. 

Samodzielność w podróży i ustawienie wszystkiego wg swoich własnych założeń ma nie tylko ten plus, że jesteście w 100% wolni, ale macie też możliwość zobaczenia lokalnych wydarzeń, o których nikt nie pisze w przewodnikach, nawet tych najbardziej szczegółowych. Na takie wydarzenie dzisiaj Was zabieram.

To nie będzie długi post (mam nadzieję, że w końcu mi się uda taki napisać), ale będzie lokalny, choć wiele opisywać nie będę. Wracam tym samym do Piemontu.

Najmniejsza mieścina, w najmniej znanym regionie zagwarantuje Wam to, czego inni nie zaznają nigdy.

Znalezienie apartamentu w najmniejszej możliwie mieścinie w najmniej znanym regionie Włoch to szansa na bycie tak blisko ludzi i ich codziennego życia, jak to tylko możliwe. Wspomnę tu na marginesie post o pallapugno, grze typowo piemonckiej, o której nawet mój pochodzący z Piemontu lektor języka włoskiego nie ma zielonego pojęcia.

Dowiedziałam się o niej tylko dlatego, że dosłownie usłyszałam ją przez okno będąc w tymże Piemoncie i musiałam się dowiedzieć o co chodzi. Wyszłam więc z domu i poszłam za echem odbijającym się od murów.

Powiedzcie mi, kto Wam takie doznania zapewni na all inclusive?

Najbliższą miejscowością obok San Benedetto Belbo (tu się zatrzymaliśmy) jest Murazzano. Mijasz je, jeśli kierujesz się drogą SP35 w stronę Savony, czyli jedziesz autostradą Turyn – Savona od strony Alby w kierunku morza.

Stoi to sobie spokojnie na wzgórzu otoczone orzechami laskowymi i nie mówi kompletnie o tym, czym jest.

Ot, spokojna włoska mieścina jak jedna z wielu. Wzgórze jest, kamienie są, coś się osypuje romantycznie ze starego budynku wprost pod Twoje stopy. Standard. Jesteś w siódmym niebie, bo to są te Włochy, których chcesz.

Ale o samym miejscu nie wiesz nic. Dopiero, gdy poszukasz w internecie i odwiedzisz Murazzano (przypadkiem) dowiesz się, że w sierpniu jest tutaj wspaniały, ale nadal lokalny festiwal owiec i sera. Nie, nie żartuję. Owiec i sera. 

Murazzano. Stoi to sobie na wzgórzu i czeka, aż ktoś przypadkiem zaglądnie.

Nie jadam serów od pewnego czasu, ale nie zmienia to faktu, że dawniej jadałam. Jeszcze zanim przestałam je jadać udało mi się dowiedzieć, jak są one wspaniałe. A serowarskie nauki zaczęłam pobierać w Umbrii i Toskanii.

Nie miałam wtedy zielonego pojęcia o tym, że duża część serów przeze mnie kosztowanych pochodzi właśnie z Murazzano i okolic. A jeśli nie z Murazzano to z Alby, w której nota bene co 2 lata odbywają się najsławniejsze we Włoszech targi branży serowarskiej, o czym z kolei opowiedziała mi Anna, o której pisałam w tym w tym poście.

Powiedzcie mi, że dowiedzielibyście się o tym wszystkim będąc na wyjeździe zorganizowanym, a zaśmieję się Wam w twarz. Jak pracuję w turystyce, tak w to nie uwierzę. Nie ma takiej możliwości, gdy na wszystko (dosłownie) jest pakiet. 

Wzgórze, na którym jest położone Murazzano otaczają domy, sady i pola, a później już nie ma nic. Cała Italia i aż Italia.

Podczas naszej pierwszej wizyty w tym miejscu, a wpadliśmy tylko na kawę w pierwszą niedzielę pobytu, zauważyliśmy plakat z informacją o tym lokalnym wydarzeniu, więc czemu nie? Wybraliśmy się..

Nota bene, jeśli ktokolwiek zaklnie na włoską kawę dostanie ode mnie w twarz. Prawda jest jedna - w najmniejszej mieścinie, wręcz w każdej możliwej dziurze i o dowolnej porze dnia i nocy, dostaniesz taką kawę (za 0,9 euro), jakiej w Polsce nie dostaniesz nigdzie.

Siekiera taka, że otwiera oczy w minutę. Smak niezapomniany. Pomijam fakt, że w wielu miejscach zaznasz (za darmoszkę) lokalnych smaków. No i pomijam klimat... Na samą myśl chcę wracać. 

Takie to drobne..

Murazzano to naprawdę niewielka mieścina i tak bardzo jak jest mała, tak samo jest wyludniona. Jestem w stanie uwierzyć, że nie ma tutaj młodych ludzi, a dzieci pojawiają się jedynie na weekendy, żeby odwiedzić dziadków, choć jest tutaj też przycupnięta nieśmiało w kącie szkoła podstawowa.

Poza tym mieścina składa się ze wspominanego wzgórza z wieżą, bodajże widokową (była zamknięta), kilku pozakręcanych jak w Toskanii uliczek szerokich na jeden samochód, trzech kościółków (choć jeden chyba nie jest wykorzystywany). Jest też niewielka starówka z kamienicami pamiętającymi niejedno oraz plac, na którym toczy się życie, o ile w ogóle się toczy.

Na tym właśnie placu w ostatni weekend sierpnia odbył się targ, który zebrał tutaj wszystkich okolicznych producentów. Ale nie tylko ze sprzedaży tychże produktów lokalnych ten targ jest lokalnie znany. Śmiem twierdzić, że jest to wręcz sprzedaż „przy okazji”.

Tutaj dzieje się coś innego.

Moment, w którym zdałam sobie sprawę ze swojej własnej ignoracji.

W 2015 roku, kiedy to byłam w Piemoncie, mój włoski był na poziomie A1, czyli poza buongiorno i buona sera niczego nie rozumiałam. 

Miało to ten plus, że w tymże Piemoncie przestawiła mi się w głowie zapadka oznaczona plakietką „chcę tej Italii i wszystkiego włoskiego więcej. To w Murazzano świadomie zadecydowałam, że zacznę tę językowo-kulturowo-smakową włoską przygodę odpowiedzialnie i jak dorosły człowiek, czyli nie wycofam się po pierwszym upadku.

To przez Murazzano, ponieważ z wydarzenia, o którym piszę nie wyciągnęłam kompletnie niczego poza tym, co udało mi się zrozumie dzięki atmosferze i typowo włoskiemu podejściu. Nie zrozumiałam kompletnie nic, bo jak wielu innych krajanów wybrałam się do tego kraju jak typowy ignorant czyli bez języka.

Mogłam wyciągnąć sporo, ale nie było z czego wyciągać, bo nic nie umiałam... 

Pomyślałam sobie wtedy, że już nigdy nie pozwolę sobie na to, żeby w jakimkolwiek obcym kraju być ignorantem. Bo tak właśnie odbierany jest każdy, kto nie porozumie się z innymi. Nie mówisz po ichniemu, więc jesteś tylko chodzącym portfelem. Zasilasz budżet i wracasz do domu. Porozmawiasz z kimś? Nie.

Jasne, że teraz po 2 latach grzebania we włoskiej kulturze wiem, że Murazzano to już północ, więc wszystko jest tu chłodniejsze niż w Toskanii. Emocje i ludzie również. Nie zmienia to jednak faktu, że przez brak języka straciłam 90% tego, co mogłam stąd zabrać ze sobą do domu.

Co się działo tego dnia, a co było dla mnie czymś na swój sposób specjalnym, a dla innych czymś bardzo normalnym, a dla Was może czymś kompletnie bez znaczenia? 

Niby nic specjalnego, jeśli spojrzeć na to z punktu wodzenia kogoś, kto ma za dużo w portfelu i wychodzi na imprezę nie żyjąc miejscem, w którym jest i nie doceniając go. Jeśli natomiast postawisz się na równi z innymi, z lokalnymi, to dostrzegasz całkiem sporo.

Rzeczy małe moga być wielkie, a wielkie mogą być małe. Zależy z jakim nastawieniem jedziesz.

W Murazzano na przykład mogłam posłuchać o tym jak się hoduje owce. Wyobraźcie sobie, że na takim to lokalnym spotkaniu prezentują się hodowcy, którzy co pół godziny wyprowadzają ze zorganizowanej na placu zagrody najdorodniejszą owcę i opowiadają o niej.

Można się dowiedzieć jak się ją hoduje, jak doszło do tego, że jest taka, a nie inna (włącznie z omówieniem kształtu żuchwy), że daje takie, a nie inne mleko. Że jest bardzo cenna dla całego regionu, bo z jej mleka produkuje się najlepszy ser, który później w jakimś innym kraju kosztuje po 85 -120pln za kilogram.

Mega nudne, prawda? O jakiejś owcy mi tu piszą...

Ale jak już idziemy na Stary Kleparz w Krakowie i wydajemy te 120pln za kilogram sera w Che Bontà, to czujemy się tacy wielcy i światowi, czyż nie? Pytanie kto z kupujących wie, skąd się ten produkt bierze i jak powstaje? Zapewne niewielu.

Niby to wszystko to nic interesującego, bo co nas tam owce obchodzą? Mnie nie obchodzą wręcz wcale, bo mleka nie trawię - dosłownie, ale jeśli spojrzysz na to z językowego punktu widzenia widzisz, jak wiele tracisz nie znając lokalnej mowy… Nawet o takich bzdetach jak owieczki i barany nie możesz posłuchać.

Spójrz jak wiele Cię omija i jak wiele nie rozumiesz podczas wyjazdu, za który już zapłaciłeś. Widzisz tutaj jakikolwiek sens? Bo ja nie.

Ale przezwyciężasz to beznadziejne uczucie. Idziesz dalej i po omacku wczuwasz się w to, co się dzieje dookoła Ciebie. Wczuwasz się, bo cóż innego możesz z tego wziąć dla siebie poza zapachami i wspomnieniami? NIC. Ludzi nie weźmiesz, bo z nikim i tak się nie dogadasz, więc nie zapamiętasz nikogo.

Montessori na żywo i w najprostszym wydaniu.

A dzieje tu jeszcze kilka fajnych rzeczy, choć nadal owce masz gdzieś i nadal nie rozumiesz NIC

Na przykład w cieniu pod murkiem (a w każdym włoskim miasteczku jest murek, za którym jest przepaść (bo miasteczka są średniowieczne i stoją na wzgórzach)), siedzą dzieci z kartkami papieru, mają kredki, klej, watę i wyklejają owieczki. W końcu to święto owcy.

Na końcu wybierana jest najładniejsza owieczka, ale i tak wszystkie dzieciaki dostają nagrody i watę cukrową. Nie o wygraną chodzi, ale o tę owieczkę, bo to ona utrzymuje później tę mieścinę oraz daje pożywienie.

Nie wspomnę, że młode pokolenie powinno kochać i utrzymywać tradycję, żeby za pomocą zdobyczy techniki i technologii (social media i inne mądre rzeczy) z tej regionalnej tradycji mogły zrobić dobrze prosperujący biznes. Piemont żyje z produkcji rolnej i upraw. Tutaj nie da się inaczej wychowywać dzieci, bo wszystko umrze.

Inna grupa dzieciaków stoi przy wielkim garnku, a raczej garze, i robi mozarellę, ale taką prawdziwą. Możliwe, że była to ricotta, nie próbowałam, w każdym razie ser. To co oglądacie w telewizji o produkcji sera to nie bajka na potrzeby programu w Kuchnia+ . Tak to wygląda naprawdę i dziecko umie to zrobić, jeśli je pokierować.

Stoją sobie te dzieciaki z łyżkami cedzakowymi, oblane do połowy tym co z sera zostaje, bawią się wybornie i cieszą tym co robią. Uczą się czegoś, co później może im się przydać.

Jeszcze inne dziecko uczy się, jak wydoić owcę, po to, żeby zaraz potem z tego właśnie mleka ten ser zrobić.

Dzień dla wszystkich, którzy szanują lokalną tradycję.

To lokalne święto wykorzystują też rękodzielnicy, którzy na straganach sprzedają swoje produkty. Wszystkie, od sera przez wędliny dojrzewające, sery, na robótkach ręcznych kończąc.

I niby w tym wszystkim nie ma nic fascynującego, bo takie to nie wakacyjne i nie ma to nic wspólnego z leżeniem plackiem na piasku i popijaniem drinków.

Nic specjalnego poza tym, że na ludzkich twarzach widać, że wszyscy się znają, wszyscy współpracują, żeby stworzyć coś wspólnego, żeby być z czegoś dumnym na swój własny, włoski i lokalny sposób. I wszyscy się uśmiechają. 

I tylko żal, że o przygotowaniu kawałka mięsa marynowanego w winie (coś a’la pastrami), które smakuje tak wspaniale, że masz ochotę kupić 5 kilo, rozmawiasz po angielsku, a nie po włosku. Żal, że Twoje własne ograniczenia, aż tak Ciebie zablokowały w momencie, który był dla Ciebie interesujący.

Jak podróżowanie po zakamarkach Włoch przekłada się na zwykłe życie w Polsce?

Jedno mnie pociesza, a mianowicie to, że będąc dwa miesiące temu na festiwalu sera w naszym polskim Sandomierzu mogłam zamienić po włosku kilka słów z dwoma najprawdziwszymi Włochami i to o serze z Murazzano. Stamtąd go do nas przywieźli.

Niby to niewiele, ale fantastyczne jest to, że 2 lata pracy zmieniło u mnie tak wiele w kwestii języka. Dosłownie korzystam z innej jakości życia i podróżowania.

Pozostaje jeszcze ta kręcąca myśl, że wiem o czym mówią, bo znam Murazzano, bo byłam i widziałam. Wiem, że to o czym teraz ze mną rozmawiają to część ich codziennego życia. Dzięki Murazzano rozumiem tych dwóch Włochów, którzy zachwycają się smakiem i zapachem tego, co przywieźli do nas z Piemontu i czym częstują wszystkich dookoła.

Jasne, że liznęłam tylko temat, jak każdy "obcy w mieście", ale pamiętam zwykłą ludzką dumę i ich uśmiech zadowolenia, gdy na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Tam ludzie po prostu cieszą się z tego, że cieszy się ktoś inny. 

Proszę Was, którzy to czytacie - uczcie się i podróżujcie, nie odwrotnie. Dopiero wtedy zrozumiecie, z czym macie do czynienia. Podróżowanie bez języka to nie tyle strata pieniędzy, co żal i lizanie lizaka przez folię.

Bez języka już chyba lepiej kupić pakiet all inclusive do Hurghady wraz z pakietem "wioska polska". Później wystarczy zamknąć się za siatką na dwa tygodnie z opaską na nadgarstku jak więzień i "odpoczywać". Tam przynajmniej wszyscy są na takim samym, byle jakim poziomie i czują się komfortowo, bo kompletnie niczego od siebie nie oczekują.

Kontynuowanie posta to nie taka prosta rzecz.

Napisałam co miałam napisać. Teraz mogę zacząć pisać kolejny post, który będzie kontynuacją tego. Będzie on chyba najlepszym dowodem na to, że jeśli masz język, to masz tak moc, jak i wolność w najczystszej postaci.

Kończę o 23:09, 2 sierpnia 2017, ale faktycznie 22:59, 3 sierpnia, choć zaczęłam pisać jeszcze w czerwcu.

Żeby ten post powstał brakowało czegoś jeszcze, czyli kontynuacji, która zamknęłaby temat językowy, a która to (kontynuacja) zrodziła się na Korsyce półtora tygodnia temu.

Wszelkie (językowe i smakowe) komentarze są jak najbardziej mile widziane!