Picasso & ja | Wiedeń (at), Antibes (fr), Barcelona (es), Paryż (fr).

Jak to zadecydowano za mnie i mi się to kompletnie nie spodobało.

To wstyd, ale po raz pierwszy w życiu czytam biografię Pabla Picasso, uwielbianego przeze mnie od kiedy dowiedziałam się czym jest kubizm i kim jest Picasso.

Przez lata było to uwielbienie uśpione, jako, że moja klasa licealna, która miała być plastyczną okazała się francuską, a dokładniej francusko-humanistyczną. Na końcu procesu edukacji mieliśmy umieć po francusku rozprawiać o wszystkim i niczym. Start w życie idealny, cóż więcej można dodać.

Jako, że znaczenia języka francuskiego w życiu nie rozumiałam (bo też nie było to moim celem w tej szkole), na przekór wszystkim i niejako w formie buntu uczyłam się angielskiego i prawdopodobnie jako jedyna z klasy podeszłam do matury z tego języka, jako języka głównego. Zabraliście mi plastykę i kazaliście uczyć się czegoś innego? A figa!

O ile dobrze pamiętam jeszcze do drugiej klasy mieliśmy wyproszoną jedną lekcję plastyki w tygodniu. Mieliśmy rysunek, wiedzę ogólną o najważniejszych artystach, a później nie było już nic, bo ktoś zdecydował inaczej.

Tym samym, jako, że odebrano nam plastykę odebrano nam również artystów i malarzy. Tak oto Picasso szybko i po angielsku znikł z mojego życia.

Powrócił dużo później, gdy kilka lat po wyprowadzce z domu zaczęłam podróżować, najpierw w miejsca niezbyt odległe; bo taki na przykład Wiedeń jest stosunkowo blisko, ale dla mnie był bramą do świata.

Wiedeń 2012

Podczas pierwszej w życiu wizyty w Wiedniu po raz pierwszy przypomniałam sobie o istnieniu Picassa, choć tak naprawdę zrobił to za mnie Paweł. To on go dla mnie znalazł, bowiem dla mnie sztuka w jakiejkolwiek formie nie istniała już od kilku lat. Zaraz po wyprowadzce z domu przez całe lata zajmowałam się wyłącznie pracą, utrzymaniem się, nauką i niczym więcej, ewentualnie snem. Na nic więcej też nie miałam z resztą czasu.

Jechałam do tego miasta jak ślepiec, nie wiedząc kompletnie czego się uczepić, dokąd pójść, czego szukać i gdzie. Nikt mnie podróżowania i poznawania świata w ten sposób nie nauczył. Wiedeń otworzył mi oczy na to, co jest poza granicami własnego kraju. Chłonęłam go jak gąbka.

Tak więc, gdyby nie Paweł, który wymyślił plan tego konkretnego dnia, Picassa teraz w moim życiu by nie było. Podczas zaplanowanej przez niego wizyty w Albertina Museum miałam tę ogromną przyjemność spotkać Pana Picasso na żywo. Po raz pierwszy zobaczyłam go poza encyklopedią, po raz pierwszy przypomniałam sobie, że jeszcze kilka lat temu było nam po drodze.

Wystawa "Monet to Picasso" jest wystawą stałą, jeśli więc tylko będziecie w Wiedniu polecam ją obejrzeć. The Batliner Collection to coś wspaniałego i pominięcie jej na etapie wdrażania się w temat "Picasso" to duża strata. Jeśli na dodatek szukacie sposobu na poznanie i Moneta i Picasso to jest to miejsce dla Was idealne.

Mnie ta wystawa potężnie zafascynowała. Zobaczyłam dzięki niej, że konkurowanie w różnych dziedzinach życia to nie jest domena jedynie czasów nam współczesnych. Gdyby nie ona Picasso chyba nigdy by mnie to nie zainteresował ponownie i na pewno nie na tyle, żeby w każdym mieście, w którym jestem szukać jego śladów.

Monet to Picasso | The Batliner Collection

The permanent exhibition „Monet to Picasso. The Batliner collection." at the museum Albertina in Vienna offers an extensive overview of one of the most important chapters in art history: the turn from figurative to abstract art.

Przebudzenie.

Dla mnie ta wizyta była jak przebudzenie, jak spotkanie starego przyjaciela, który tak jak ja zaczął w swoim życiu pewne sprawy, obrazy i imaginacje sprowadzać do prostych kształtów, żeby lepiej je rozumieć i szybciej czytać.

Ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ta przyjaźń będzie podtrzymana, bo nie wierzyłam ani w to, że nasze podróże będą regularne, ani w ogóle w to, że wolno mi to robić. Nie wierzyłam, że wolno mi podróżować, więc i żyć.

Długo podróżowałam z poczuciem winy, z tępym głosem w głowie, że „trzeba pracować”, „trzeba zarabiać”, „trzeba mieć”… Robić, robić, robić… Stale należało coś robić. Nikt tylko nie wspomniał, że można się przy tym wypalić mając mniej niż 30 lat, w dodatku za marne pieniądze, nie przekładające się na poświęcony temu czas liczony w latach.

Nikt też nie powiedział, że niezależnie od tego co robisz w życiu i dla kogo to coś robisz, na końcu i tak nikogo nie interesujesz, bo każdy ma swój własny punkt widzenia, a Twój pracodawca ma ten najbardziej obojętny w stosunku do Ciebie.

Nikt też nie wspomniał, że dzięki tym pieniądzom, majątkowi i stanowi posiadania nie można mieć niczego innego ponad je same; ani wspomnień, ani marzeń, ani pragnień. Po prostu doba nie rozszerza się w czasie, nie multiplikuje. Jeśli całą poświęcisz na pracę, to ile z niej zostanie dla Ciebie?

Nikt też nie powiedział, że na końcu możesz nie mieć nic... Na łożu śmierci raczej o nowej pralce, ani mieszkaniu z jednym pokojem więcej zapewne nie pomyślisz.

Raczej wspomnisz, że w Bergamo w 2016 ukradli Ci paszport z nowiutką wizą do Stanów i przez to musiałeś odbyć najcudowniejszą w życiu podróż do Hiszpanii samochodem z Twoim najlepszym przyjacielem. I że do tej pory tę podróż trawisz i nie możesz jeszcze o niej do końca napisać, bo Twoja głowa to nie dziennik powszedni z relacją na żywo.

Antibes 2015

Picasso i nasze drugie spotkanie? Antibes… Jedyne miasto Lazurowego Wybrzeża, które ze mną współgra.

Nikt o nim nie mówi, niewielu zna, ale tak naprawdę jest najpiękniejszym, najspokojniejszym, najbardziej południowym. Nie ma tam tego nadętego, pieniężnego blichtru, który czuć w Monaco i Cannes. Jasne, że są tutaj porty oraz jachty i że pieniądze przelewają się z lewej kieszeni do prawej w prywatnych posiadłościach na Cap d'Antibes, ale… Tu jest urok południa. Słońce załamuje się wieczorem w ten niesamowity sposób, gdy chowa się za skałami na nabrzeżu…

W tym właśnie urokliwym słońcu południa spotkałam się z Pablem Picasso po raz drugi. W zamku, w którym tworzył w 1946 roku. Powstała tutaj niejedna z prac, która skradła moje serce. Wychodząc stąd poczułam, że to będzie dłuższy związek, choć nie chciałam się narzucać, ale zaczynałam w ten związek już wierzyć.

 

Miejsce to jest takim jakim jest kubizm. Jest czyste. Jest tutaj znikające tło (po prostu nieistotne), a to co ma być widoczne jest na pierwszym planie. Nie ma niczego za dużo, ano niczego za mało. Jest porządek, spokój, cisza i dana praca, która ma przyciągnąć wzrok. Jest malarstwo, ceramika, rzeźba i fotografie.

Nie wiem czy to wrażenie czystości zostało celowo wykreowane przez kuratora wystawy czy to czysty przypadek, bo widziałam wiele zdjęć z pracowni Picassa i kto widział ten wie, że mistrzem porządku to on nie był, więc i taka czystość nie bardzo mi do niego pasuje. Z tego bałaganu niemniej jednak wychodziło to, co nam po sobie zostawił i to właśnie jest wspaniałe.

Nie wolno tu robić zdjęć, choć płacisz za bilet (nota bene jakim prawem mam płacić, skoro nic z tego nie może być moje choćby w formie zdjęcia), ale niemniej jednak wykraść coś musiałam.

Do wystawy głównej podpinają się i inni artyści, warto poświęcić czas i im, bo byle kogo tutaj na ścianie nie powieszą, ani nie wyświetlą. Mnie urzekł poniższy film. Mam tylko kilka zdjęć, ale GIF mniej więcej oddaje uczucia, jakie artystka chciała pokazać. Muszę ją gdzieś znaleźć i zobaczyć więcej jej prac.

Iris Sara Schiller, La Tresse De La Mere, 2003

Adres:

Place Mariejol,
06600 Antibes, Francja

Barcelona 2016

Barcelona sama w sobie jest zapychająca, choć niejeden mi świadkiem, że ją wprost uwielbiam. Daje tyle możliwości spędzenia czasu, że można się pogubić, ale...

Gdy idziesz odwiedzić Picassa zaczyna Cię ogarniać spokój. Idąc wzdłuż potwornie zatłoczonej La Rambli, skręcasz w Barrio Gotico, mijasz pielgrzymki turystów, mijasz restauracje i szukasz jakiegoś kierunkowskazu… Na Twoim bilecie widnieje 15:30, na zegarku jest 14:45, zaczynasz się denerwować.

Na ścianie niemal trójkątnej kamienicy (po prawej) znajdujesz oznaczenie drogi, więc skręcasz w prawo. Otaczają Cię budynki wysokie jak w Turynie. Nie wpuszczają zbyt wiele światła przez co cała dzielnica jest spowita morą.

Uliczka jest urocza. Pewnie, że trochę komercyjna, ale nie bądźmy hipokrytami, lubimy ten urok i atmosferę. Jeśli tylko nie zwijają tej atmosfery jak dywanu w dniu 1 października lub 1 listopada (koniec sezonu letniego), to dla mnie jest ok. Coraz więcej akceptuję z wiekiem i nie uważam tego za wadę. Dawniej dość mocno mnie to denerwowało i buntowałam się mocno i dość głośno. Teraz wybieram z tego to co mnie interesuje i cieszy, a ignoruję wszystko pozostałe.

Wchodzimy do muzeum po raz pierwszy. Sprawdzamy czy możemy wejść przed czasem, okazuje się, że nie, ale na to nie mogliśmy liczyć. Biletu wydrukowanego z emaila z potwierdzeniem rezerwacji nie wymieniamy na bilet w kasie, nic nas więc nie goni. Wracamy ponownie o czasie.

Zabieramy z recepcji audio-guide i idziemy przed siebie, wzdłuż wskazówek. Muszę się przyznać, że ja tak naprawdę nie słucham tych opowieści z głośnika przyłożonego do ucha… Idę przed siebie, czytam opisy pod obrazami i tak jak było zawsze wczuwam się po swojemu. Rozumem to po swojemu.

Bilet do Picasso Museum w Barcelonie koniecznie kup online.

Pierwsza myśl zanim wejdziemy do budynku? Jakie to szczęście, że zarezerwowałam z wyprzedzeniem. Dopiero ze schodów, które prowadzą do wejścia widać, jak długa jest kolejka. Wchodzimy od razu, na nic nie czekamy.

Pierwsze info, jakie napotykamy? Nie można (znowu) robić zdjęć, czego też nie rozumiem kompletnie. Robię więc zdjęcia „z biodra”, by cokolwiek mieć dla siebie. Przez godzinę nie ma problemu, po godzinie ambitna Pani Strażnik raportuje do kolegi przez walkie-talkie, że „dziewczyna w szarej sukience i niebieskich trampkach robi zdjęcia, jest bardzo dyskretna, bla bla bla…”.

Idę dalej w swoją stronę. Że niby ukradnę im wspomnienie koloru, które mój komputer i tak odczyta według możliwości swojej (marnej zapewne) karty graficznej? Błagam o jakieś podstawowe poczucie rozsądku… Nawet w Ufizzi we Florencji nikomu to nie przeszkadza. Gdy fotografowałam razem z milionem Japończyków Wenus z Milo nikt się nawet nie obrócił w naszą stronę.

Szanowna Pani z walkie-talkie, ja tu na trzecią randkę przyszłam i chcę coś z niej mieć na dłużej… Poza tym zapłaciłam za bilet i to jest nieuczciwe, co robicie. Mam to gdzieś.

Cały dzień mogłabym tu spędzić, a i wracać mogłabym codziennie.

Picasso Museum de Barcelona to muzeum w pełnym tego słowa znaczeniu. Miejsce CUDOWNE, w którym trzeba być, jeśli tego Pana chce się zrozumieć i wiedzieć cokolwiek więcej niż to, że miał etapy kolorystyczne i odmawiał paprania się np. innym kolorem niż niebieski lub zielony przez jakiś okres czasu.

Jest tu ceramika, jest rekonstrukcja jego pracowni, są zdjęcia, są rzeźby. Jest chyba wszystko, co się da zmieścić na takiej powierzchni.

Jeśli masz problem z odcinkiem lędźwiowym kręgosłupa i mniej więcej wiesz, w której godzinie chodzenia on się pojawia, to wiedz, że będąc w Picasso Museum de Barcelona poczujesz go na długo przed wyjściem z budynku. Jasne, że nie odpuścisz żadnej sali z powodu bólu, ja też nie odpuściłam, ale chodzenia jest naprawdę sporo.

Zmęczenie tysiąc, radość milion, wspomnień i obrazów miliard.

Później idź na obiad, a jeśli masz możliwość wybierz się na mecz FC Barcelony. Wspomnienie warte wiele, a bilet kupisz jeszcze rano tego samego dnia, tak jak my. Po dojechaniu na stadion ból kręgosłupa znika bezpowrotnie.

Paryż 2017

Wstajemy rano we wtorek, ostatni dzień pobytu w Paryżu.

Wybacz Kochanie, wiem, że masz dość Picassa i że przyleciałeś do mnie do tego Paryża prosto z Chin zmieniając wszystkie swoje i nasze plany, ale ja na spotkanie z Picasso pójdę i tak, a Ty ze mną, bo bilety mamy kupione od 3 miesięcy. To znaczy, wiesz… możesz zostać, ale ja idę. O ile Cię znam z ostatnich lat, to pójdziesz razem ze mną, bo mnie nie zostawisz ani na krok. Nie mylę się, co?

Walizki porzucamy w hotelu, bilety mamy kupione na 10:30 (pierwsze możliwe wejście), wylot 18:30. Na dojazd na lotnisko potrzebujemy 2h wliczając w to dojazd do hotelu, żeby odebrać bagaż i później dojazd metrem na lotnisko Paris Charles de Gaulle, czyli o 14:00 maksymalnie musimy być w hotelu. Spotykamy się ze znajomymi, którzy przylecieli ze mną, wracamy w czwórkę.

No to wychodzimy i jedziemy. Mamy 2 przesiadki, ale paryskie metro jest wspaniałe, nie zabierze Ci więcej czasu niż to jest faktycznie konieczne.

Jasne, że w muzeum jesteśmy przed czasem, bo ja przecież się nie spóźniam na umówione spotkania, ale zawsze grzecznie czekam, żeby być idealnie w punkt. Czekamy tym samym oboje w pobliżu muzeum popijając wino i dobrze nam tutaj.

Dzielnica La Marais, w której znajduje się muzeum, jest typowo artystyczną. Picasso ma wokół siebie samych swoich. Zlokalizowane są tutaj nie tylko inne muzea, ale i pracownie współczesnych artystów.

Jeśli jeszcze masz pytania odnośnie Picassa tutaj na pewno znajdziesz odpowiedzi.

Musée National Picasso to miejsce dla ludzi. Ani zbyt domowo, ani zbyt pałacowo, choć budynek był wcześniej hotelem. Idealne miejsce dla mistrza, który był zwykłym człowiekiem.

To miejsce skupia się w dużej mierze na wczesnej twórczości Picassa, głównie na obrazach, jak i na jego życiu z pierwszą żoną.

Wystawa "Olga Picasso" (pierwsza żona Picassa), ogłoszona jako czasowa i trwająca do 3 września 2017, być może będzie przeniesiona gdzieś indziej. W internecie na pewno znajdziecie informacje na ten temat, nie bądźcie więc leniwi i sami poszukajcie, jeśli nie zdążycie wybrać się do Paryża do końca sierpnia. O tę informację musicie zatroszczyć się sami.

Oprócz wspomnianej wystawy czasowej, że są tutaj wczesne prace Picassa, co nie jest standardem. Pozostałe muzea skupiają się bowiem na późniejszych (najbardziej znanych) okresach życia artysty.

Z Paryża możecie zabrać do domu co chcecie. Możecie fotografować wszystko. Jak długo nie dotykacie dzieł i nie próbujecie wynieść z sobą oryginału, tak długo to miejsce jest dla Was i to naprawdę tutaj czuć.

 

To miejsce jest też dla dzieci. Nie mówię już po francusku, ale rozumiem wiele.  Za cudowny wręcz uznałam sposób, w jaki przewodniczka prowadziła lekcje o Picasso dla dzieciaków 5-6-7 letnich. To jak reagowały, to jak uczestniczyły w tym spotkaniu było po prostu nie do podrobienia, a to przecież kubizm.

Kobieta ma oko na miejscu czoła, nos gdzieś koło ucha, inna kreska określa jej postawę, kolor oznacza coś jeszcze innego, a Ci mali ludzie to rozumieją na swój sposób i reagują, odpowiadają i naprawdę wciągają się w zaangażowaną dysputę.

Warto znaleźć 2-4h na spokojny spacer. Myślę, że 3h to czas optymalny. My chcieliśmy około 12:00-12:30 wyjść zobaczywszy wszystko. Udało się, ale mogłoby być bardziej komfortowo, za to do 14:00 dojechaliśmy do hotelu znajdując jeszcze czas na szybki obiad.

Prawdopodobnie będzie to post bez końca

Ten post pewnie nie będzie miał końca i będzie stale edytowany, ilekroć z Panem Picasso spotkamy się ponownie.

Chciałam go napisać od czasu wizyty w Barcelonie, ale czułam, że brakuje mi i treści i czasu. Na ten moment, po Paryżu jest pełny. Niczego nie ukryłam, niczego nie zataiłam, niczego mi w nim nie brakuje. To o czym nie piszę to część mojej prywatności.

Potencjalne edycje posta będą pojawiały się poniżej tego akapitu, dlatego, że chcę tę właśnie chwilę, 18 lipca 2017, o godzinie 22:15 w tym poście zachować, chcę też zachować chronologię wspomnień. Niech ta chwila tutaj po prostu zostanie. Porachowałam się z dotychczasowymi wspomnieniami o Pablo Picasso, teraz czuję w głowie spokój. Pewnie nie na długo, ale na jakiś czas.

W uszach gra mi na fortepianie Ludovico Eunaudi, ale jeśli wyciągnę słuchawki to mam do wyboru szum morza / mowę szwedzką / mowę włoską / mowę hiszpańską / mowę francuską. Mam wokół siebie przez tę chwilę na Sardynii cały świat. Nie potrzebuję więcej, oprócz spokoju, czego i Wam życzę.

Zapisuję post na dysku, idę spać, a na blog wrzucę pewnie w sobotę 22 lipca (Internet bez limitu w Cagliari).

Dobranoc Wam życzę.