Lente | o tym, jak rutyna odbiera nam spokój (po cichu).

20 lipca 2017. Costa Paradiso / Sardegna / Italia. 9:00

Im jestem starsza tym częściej czuję jak bardzo moja głowa jest przeładowana myślami, planami, szacunkami. Nie może przestać myśleć choć oczywiście zdarzają się momenty, w których wyłącza się kompletnie na jeden dzień. Problem w tym, że często następstwem tego jest poranek taki jak ten dzisiejszy; budzę się i już mam w głowie jakiś nienazwany niepokój. Nie wiem czym on jest.

Plan na dzisiaj jest prosty – wstajemy kiedy chcemy, pijemy kawę, kupuję rybę na obiad i idziemy na plażę. Czyli generalnie planu nie ma, ergo moja głowa nie ma się czego uczepić, ergo odczuwam niepokój, bo przecież NIC konkretnego nie robię ergo marnuję czas…. Ten łańcuszek mogłabym kontynuować bez końca, aż któreś „ergo” doszłoby do poczucia winy.

Powoli uczę się te niezliczone „ergo” opanowywać, nie usprawiedliwiać moich kroków, a po prostu je stawiać i zostawiać za sobą, choć jest to trudne.

Coś w tych złotych radach ewidentnie nie działa...

W artykułach o planowaniu dnia i zorganizowaniu dnia pracy piszą nam następująco: weź kalendarz, usiądź nad nim rankiem i zaplanuj swój dzień. Niech każda rzecz, którą chcesz zrobić będzie Twoim małym projektem, który będziesz mógł później oznaczyć jako wykonany. Zobaczysz jak Twoja produktywność i zadowolenie z pracy wzrośnie.

Kochani, jestem idealnym dowodem na to, że to działa. Działa jak cholera, aż można od tego umrzeć. 

W moim kalendarzu wszystko jest zrobione, a co nie jest zrobione przechodzi na kolejny dzień i zamiast w poniedziałek jest zrobione we wtorek, ale nic nigdy nie jest pozostawione jako "niezrobione" w piątek lub przed jakimkolwiek dniem wolnym. Nie zostawiam za sobą niczego nie skończonego, bo tego po prostu wymaga moja praca.

Tylko co z tego, skoro dzisiaj jest 20 lipca 2017, od 6 lipca jestem na urlopie, siedzę sobie na werandzie apartamentu w Costa Paradiso na Sardynii, mam wolne, które mi się należy, a moja głowa nadal działa schematem usiądź rano i zaplanuj dzień?

A może ja tak nie chcę?

Wyjeżdżając z domu zamykam sprawy w pracy i piszę email ze wskazówkami do każdej osoby, która może ich potrzebować. Udostępniam mój notes w OneNote, udostępniam całą moją pracę w Dropbox. Zamykam tematy.

Kończę semestry na kursach i odbieram dyplomy, żeby spokojnie odpuścić zorganizowaną formę nauki. Płacę rachunki naprzód, rozliczam się z urzędem skarbowym naprzód, wszystko zostawiam tak, żeby nie odgrzebywać zaległości, gdy wrócę. Nic nie muszę, bo wszystko zorganizowałam wcześniej, a jednak dzisiaj moja głowa nie była spokojna po przebudzeniu. Pojawiło się „muszę”.

Obcy jest w mojej głowie - zabijam go spokojem spraw prostych.

Wstaję rano i wiem, że ta myśl tam po prostu jest. Problemem jest to, że mój rozsądek wie, że tego nie powinno tam być. Nie ma też wokół mnie niczego, czym mogłabym to cholerne „muszę” nakarmić, napaść je choć na ten jeden dzień czymś, żeby już do mnie nie wróciło przynajmniej w tej dobie i żebym mogła cieszyć się miejscem, w którym teraz jestem.

W krajach południowych praktykuje się mniej lub bardziej świadomie filozofię „lente”.

Żyj spokojnie, myśl powoli, rób swoje tam gdzie musisz, ale do domu tego nie zabieraj. Żyj dla siebie i swoich bliskich, zajmuj się małymi sprawami. Zajmuj czymś swoje ręce, żeby głowa nie musiała myśleć, albo, żeby ją odciążyć. Umyj naczynia, zamieć podłogę, wypiel ogródek. Zrób cokolwiek, byle rękoma.

Dzisiaj, będąc tu gdzie jestem, poza domem, własnym bałaganem i kurzem jedyne co mogę zrobić jest pisanie; nie będę przecież przycinać komuś obcemu drzew w ogrodzie, ani grabić liści. Mamy tu z resztą w pakiecie do pobytu w połowie udomowione dziki, za chwilę i tak wszystko znowu przeorają. Więc siadam i piszę po prostu. Piszę dla siebie.

Nie robię tego tutaj po raz pierwszy, nie pierwszy też raz robię to ołówkiem w moim zeszycie do języka włoskiego. Tutaj ten moment jest moim własnym lente.

Uczę się odpuszczać i całkiem mi z tym dobrze. Choć męczę się potwornie...

Ręka pisze to co dyktuje głowa bez większego zastanowienia. To co w głowie od razu znajduje się na papierze. Przepisując tekst do Worda i nie edytuję, zostawiam tak jak napisałam w pierwszej wersji, dodaję jedynie jeden akapit, którego mi zabrakło i poprawiam literówki. Nic więcej. To też rodzaj ćwiczenia na głowę; uczę się nie korygować do wersji idealnej, czyli do takiej, która nigdy istnieć nie będzie i która nigdy mnie nie zadowoli.

Napisanie powyższego zajęło mi 30 minut + 15 minut na przepisanie. Te 45 minut to darmowa medytacja, po której czuję się zupełnie inaczej.

Moje „muszę” zniknęło ot tak. Nie wiem jak to działa, ale działa, a jak działa to trzeba to powtarzać do momentu, aż przestanie działać. Wtedy będę musiała znaleźć nowy sposób, ale teraz wiem, że pisanie ołówkiem muszę praktykować częściej. 

Idę po rybę do sklepu.

W ramach wynurzeń poważnie myślę o eliminacji innego mięsa; po prawie dwóch tygodniach jedzenia ryb, kalmarów i ośmiornic na widok kurczaka robi mi się niedobrze czyli moja głowa mówi mi, że kurczak i wieprzowina nie robią mi najlepiej, a ja mojej głowy słucham. Dziwne, że zaledwie w dwa tygodnie dzięki tej zmianie moje ciało zyskało zupełnie inną "gęstość".

Żeby dojść do sklepu muszę opuścić cień mojej werandy i wyjść na gorące słońce. Idę więc już jako inny już człowiek. Nic mnie nie gnębi.

Teraz wystarczy, że obrócę głowę w lewo, żeby zobaczyć Morze Śródziemne niezasłonięte przez żadne drzewo. Mam na raz morze, słońce i kojący wiatr, a do tego w gratisie jeszcze widok na Korsykę.

Nawet nie wyobrażacie sobie, jak właśnie w tej chwili wszystkie one mnie cieszą.