Strach >> odpuszczanie >> wolność >> podróż >> nowe.

Nic nie muszę. Ani teraz, ani nigdy więcej.

Mam dzisiaj dzień, kiedy nic nie muszę. Siedzę sobie od rana przy stole, ucząc się włoskiego, słuchając cykad (wariatki nie zasypiają w dzień) i tak sobie myślę o tym, co do tej pory się wydarzyło.

Ostatnio po raz pierwszy w życiu wsiadłam na prom, po raz pierwszy w życiu jestem na wyspie (innej niż Wielka Brytania), po raz pierwszy w życiu robię co chcę zupełnie o niczym nie myśląc. Nawet w tamtym roku nie miałam tak jak teraz; przejmowałam się wszystkim – trasą, hotelami, tym co się uda zrobić/zobaczyć/zapamiętać/opisać, a czego się nie da zarejestrować. Najbardziej myślałam o tym, co się nie uda. Szacowałam ryzyka, obawy, potencjalne straty, mimo, że i tak zobaczyłam w życiu rzeczy, o których nawet nie śmiałam kiedykolwiek marzyć.

Wiecie, że dopiero 2 dni temu, 10 lipca 2017 znalazłam mój plan podróży do Hiszpanii wdrożony w życie w tamtym roku? Ten pierwszy z pierwszych? Kiedy go napisałam zanim przybrał inne formy? W 2012 roku. Właśnie dopiero 2 dni temu wczoraj zdałam sobie sprawę z tego, że pisząc go kompletnie w niego nie wierzyłam. Wtedy nie wierzyłam kompletnie w nic poza pracą, obowiązkami i tym co można, a czego nie można.

W tym roku nie martwię się wcale, choć jeszcze nie do końca rozumiem co się ze mną stało w ciągu ostatnich 365 dni.

 

Czuję w środku, że praktycznie wszystko odpuściłam, że już na wielu się nie oglądam i na niewielu patrzę. Wiem co się stało w minionym roku i co sama w tym roku zrobiłam, na co sama świadomie się zdecydowałam i co mogło wpłynąć na jakość mojego obecnego przebywania tutaj, gdzie jestem. Wiem, że to coś co mnie blokowało było we mnie i zupełnie przypadkiem to zniwelowałam.

Żeby coś zmienić musisz wcześniej zauważyć problem.

Tak sobie myślę, że dawniej dosłownie każda podróż była dla mnie wyzwaniem. Jasne, że nadal nim jest, ale jakoś inaczej. Wiem dobrze, że jeszcze jakiś czas temu musiałam całkiem sporo strawić, zanim zaczęłam się czymś cieszyć. Zostawienie pewnych spraw za sobą zajmowało mi minimum 7 dni.

Dla przykładu, urlopem zaczynałam się cieszyć w drugim tygodniu wyjazdu, więc z tego też powodu zaczęliśmy jeździć na urlopy trzytygodniowe. Jaki bowiem jest sens opuszczania domu, skoro po pierwszym tygodniu wolnego rozumieliśmy w poniedziałek, że jest „wolne”, a już w środę rozumieliśmy, że za 2 dni będziemy myśleć o wyjeździe z powrotem i że wszystko znów wysypie się nam na głowę.

Od tego czasu urlop trwa ile trwa i już inaczej nie będzie.  Taką bowiem podjęliśmy decyzję i wszystko świadomie pod tę decyzję planujemy. Mój urlop na kolejny rok jest rozpisany w pierwszym tygodniu po moim powrocie. To samo się tyczy długich weekendów i tym podobnych. Jeśli komuś to nie odpowiada to trudno, nie mój problem. Ja nadal realizuję swój plan.

Od kiedy „wolne” trwa trzy tygodnie, podróż nas uwalnia. Może kiedyś dojdziemy do tego, że będziemy pracować 9 miesięcy w roku licząc święta i weekendy, z czego cztery tygodnie spędzimy na jeden wyjazd. Kto wie.

Robię swoje i już nie oglądam się za siebie.

Podróż uwalnia od wielu rzeczy. Ja na przykład mam wbite do głowy, że pewne rzeczy robi się w taki, a nie inny sposób. Wkurza mnie to niemiłosiernie i tego nie znoszę. Nie wiem, kto mi to zrobił i po co, ale nienawidzę tego i gdy tylko włącza mi się myśl „muszę” robię do niej kontrę i myślę, świadomie, „nikt mną nie będzie rządził i basta!”. I to działa.

Pomimo, że jestem dorosłym człowiekiem czuję gdzieś w środku, że na to wszystko co robię potrzebuję czyjegoś pozwolenia. Nie wiem czyjego, bo mieszkając od 15 lat poza domem swoje decyzje podejmuję samodzielnie i nie pytam nikogo o zdanie. Niemniej jednak zawsze oczekuję akceptacji, żeby tego nie nazwać zgodą. Oczekuję tego przed lub po tym co robię lub zrobiłam. Zaznaczam, że nikomu nie wyrządzam żadnej krzywdy; wierzę w karmę, więc nie wyrządzam zła, żeby ono do mnie nie wróciło. Taką mam zasadę i od wielu lat to po prostu działa.

W tym roku chyba po raz pierwszy nie czuję, że coś mnie ogranicza. Nie czuję, że ktoś nade mną stoi i mówi mi „robisz dobrze”, „robisz źle”, „marnujesz pieniądze”, „normalny człowiek żyje inaczej”, "bla, bla bla...".

Nie... Nie, żeby ktoś mi coś takiego kiedykolwiek powiedział wprost, nic z tych rzeczy, ale niemniej jednak jest to dziwne, że o to co zobaczyłam podczas moich podróży wiele osób nigdy nie pyta, co dla mnie nie jest naturalne (ja pytam wszystkich o wszystko...). Nikogo to nie interesuje od lat.

Nawet taka Afryka. Mam z niej pół dysku zdjęć, wiele opowieści, ale są osoby, które nigdy nie zapytały… Więc odpuszczam. Trudno, idę dalej i robię swoje. Ja się nie narzucam.

Nie interesuje mnie nic ponad to, co interesuje mnie. I tak jest dobrze.

Właśnie w tym roku chyba po raz pierwszy kompletnie nie interesuje mnie to, że nikogo nie interesuje to, co interesuje mnie. Coś się zmieniło we mnie, przewalczyłam swój strach przed brakiem zgody z zewnątrz i po raz pierwszy poczułam to na promie z Livorno do Bastii.

 

Wejdę może w głębszą filozofię, którą pewnie tylko ja w tym poście zrozumiem, ale, że jest to mój blog, mój serwer i mój czas, to sobie to po prostu napiszę. Choćby to było tylko dla mnie samej. Siedzę sobie bowiem na tarasie, oglądam mrówki chodzące po murku i uciekające w krzaki jaszczurki i kompletnie niczego nie mam w głowie. Po raz pierwszy od dawna nie ma tam niczego poza mną, ciszą i moim spokojem.

Wracam myślami na wspomniany wcześniej prom. Na prom nad którym nie mam kompletnie żadnej kontroli, na którym może stać się cokolwiek i nic, ale na co i tak nie mam żadnego wpływu, bo jest to po prostu większe ode mnie i basta.  

Weszłam na pokład, do garażu upchnięto (dosłownie) mój samochód, który jest jedynym gwarantem mojego powrotu do domu, kazano mi wyjść na górny pokład i płynąć 4 godziny z punktu A do punktu B. Ja w ogromnej wannie wody po środku niczego, Moby, nasze auto poniżej i zaufanie.

Jeśli jesteś osobą, która całe życie ma opanowane i rozpisane w kalendarzu, a ja taką jestem, wiesz co to znaczy. Jeśli jesteś osobą, która przez lata walczy z jakimiś naleciałościami (które nota bene inni potrafią jedynie wyśmiać) to tym bardziej wiesz o czym piszę. Jeśli masz oddać siebie w czyjeś władanie, np. na takim promie, jest to dla Ciebie wyzwaniem.

Patrzę i niczego złego nie czuję.

Od godziny stoimy w porcie, ustawieni w rządki, czekamy na swoją kolej, by wjechać na pokład.

Prom wpływa do portu. Widzę tę kupę żelastwa, która za chwilę będzie mnie wieźć i obserwuję. Robię zdjęcia, patrzę jak wyjeżdżają ogromne tiry, samochody, kampery  i jak wychodzą ludzie…  Po raz pierwszy nie czuję nic poza radością, że za chwilę my wsiądziemy na ten sam prom i popłyniemy tam, skąd on właśnie przypłynął, w przeciwnym kierunku.

Upchnęli mnie więc w garażu, wypchnęli schodami na poziom 7, a ja nadal nic nie czuję. Nie boję się po raz pierwszy. Jeszcze 365 dni temu (bo też wyruszyliśmy 6 lipca) bałam się, że gdzieś się spóźnię... Co to był za bezsens...

I jeszcze rok temu wyjeżdżając na urlop 3 noce przed wyjazdem śniły mi się wszystkie możliwe śmierci/zawały/paraliże, wszystkie możliwe pogrzeby i wszystkie niezadowolone twarze. Wchodząc na poziom numer 7 na tym właśnie promie zdałam sobie sprawę, że po raz pierwszy od 10 lat nic takiego jak te sny się nie wydarzyło.

Po raz pierwszy wyjechałam w pełni spokoju, w pełnym też przekonaniu, że dałam z siebie w tym roku tyle, że mam prawo do tego, żeby tutaj być.

Niech utonę. Przynajmniej w głowie mam miliard obrazów i wspomnień.

Sunę więc po wodzie i czekam na przybicie do brzegu Korsyki. Słońce pali niemiłosiernie, ale nie schodzę i nie chowam się przed nim. Nawet jeśli mnie spali, to nie będę narzekać. Ciało może boleć (to i tak przejdzie, bo zawsze przechodzi), ale duszy już nie trzeba leczyć, bo już się nie boję.

Nie boję się już wody, która jest pode mną, choć i tak nad nią nie panuję. Ufam sobie na tyle, żeby w razie czego walczyć. Ufam kapitanowi tej ogromnej łajby, odpuszczam kompletnie i cieszę się niebieską wodą. Z dwojga złego i tak wolę utonąć na Morzu Tyrreńskim niż umrzeć w domu nie zobaczywszy niczego, będąc przywiązaną do ziemi, domu i rzeczy tak znanych, że aż śmiertelnie nudnych. Odpuszczam więc i cieszę się tym, co mam teraz, właśnie w tej chwili.

 

Paweł przynosi mi z baru kieliszek wina. Siedzę na leżaku, patrzę przed siebie, pode mną nadal tylko woda, przede mną tylko horyzont, ale się nie boję. Jeszcze kilometr od brzegu widzę w wodzie meduzy i przypominam sobie post w mojej grupie polsko-włoskiej na Facebooku odnośnie oparzeń przez nie spowodowanych.

Czy się boję? Już nie. Ufam i odpuszczam. I tak zobaczyłam dużo. Poparzą? Trudno, zagoi się. Wiele zniosłam w życiu, byle galareta pływająca w wodzie mnie nie zabije.

Porównanie rok do roku? Inna jakość.

Często myślę sobie, że zobaczyłam więcej niż kiedykolwiek sobie wymyśliłam i o czym śmiałam marzyć. Często też mówię do Pawła, że „gdyby nie Ty, pewnie byłabym teraz tam gdzie byłam wcześniej. Bawiłabym dzieci, nie widząc niczego i myśląc, że to co mam jest wszystkim co można mieć”. Dodaję do tego, że „Nie zamieniłabym tego na nic i nie chcę niczego innego, byle to co mam było z Tobą”.

I taka jest prawda. Utopię się w tym morzu razem z tą kupą żelastwa i wiesz co? Jestem w stanie to znieść.

Zacznijmy od tego, że rok temu na ten prom w ogóle bym nie weszła. Nie wiem jak byśmy na tę Korsykę dotarli, pewnie Ryanair’em przez Niceę. Zapłacilibyśmy dwa razy tyle za wynajęcie samochodu, co za przyjechanie własnym. Ale ja już się wody nie boję, a jeśli tak, to tylko dlatego, że wiem, że cokolwiek mi się w niej stanie będzie błędem moim, nie wody, a błędy są normalną ludzką rzeczą i je akceptuję.

Wszystko masz w głowie. Nigdzie indziej.

Siedzę więc na pokładzie, sączę wino i przypominam sobie moje pierwsze w życiu zejście pod wodę w basenie na głębokość 3,6m, bez butli i z butlą. Za pierwszym razem bez butli ze strachem, za drugim razem bez butli z większym spokojem, za trzecim razem z butlą z całkowitym spokojem. Za to z myślą, że jestem zależna od sprzętu, który dźwigam na plecach. A co, jeśli mnie zawiedzie?

Kolejna myśl? Może i będę to wszystko kontrolować i tym wszystkim się stresować, tylko co mi po tym, skoro moim celem i tak jest zejście pod wodę? Po to tutaj przyszłam, żeby to zrobić, a to co po drodze muszę przeżyć i przezwyciężyć jest tylko tym, co mam w głowie.

 

Czy jestem odważna? Nie bardzo. Raczej rogata - na przekór wszystkim jestem w stanie zrobić dosłownie wszystko, licząc na pochwałę lub czując podświadomie, że nikogo to nie interesuje. Nikogo poza mną i Pawłem, tym samym  czerpiąc z tego dla siebie 100% satysfakcji, bo my to jak jedno.

Więc schodzę pod wodę, zaczynam sobie samej w niej ufać i ją rozumieć.

Rozumiem co się ze mną dzieje, gdy mam płuca pełne powietrza. Wiem kiedy się z wody na pewno nie wynurzę, próbując usiąść na dnie basenu z pustymi płucami, ale nie odbijając się od dna, bo dopłynęłam tylko do połowy głębokości (mój tyłek ma wspaniałą wyporność, jak tankowiec...). Nie mam ani powietrza, ani dna potrzebnego do wybicia się ergo tonę, nawet o tym nie wiedząc. Wiem, co się dzieje, gdy rękę wyciągam do góry i co się dzieje, gdy wskakuję pod wodę i nurkuję.

Nic mnie już nie zatrzyma. Nawet ja sama.

Nadal siedzę na promie i myślę o tym, co spisałam powyżej i o tym czego już we mnie nie ma. I jest mi lepiej. Jest mi po raz pierwszy w życiu po prostu dobrze na 100%.

Nie czekam, aż ktoś zapyta wysyłając sms „Czy dojechaliście bezpiecznie?”, nie czekam też aż ktoś zapyta „Jak tam jest?”. Nie czekam na nic, bo i tak nic takiego się nie wydarzy i nikt o nic nie zapyta. Biorę tym samym ile mogę dla siebie. Biorę tyle, ile sami zaplanowaliśmy i zorganizowaliśmy i idziemy gdziekolwiek przed siebie, byleby nie umrzeć w domu nie widząc uprzednio niczego.

Siedzimy zatem na pokładzie, nadal  pijemy wino (kolejne, bo u nas wina nigdy za dużo), patrzymy w przestrzeń i czekamy, aż dobijemy do brzegu, ciekawi tego co będzie za chwilę. Błękit morza nas koi, ląd w oddali nas nastraja nostalgicznie. On mówi „chcę mieć taką wyspę i służbę”, ja mówię „ale piękne morze”. Praktyczny byk kontra lew w nostalgii... Wizja nowego nas napędza, choć skóra już piecze.

 

Chcemy nowych smaków, nowych zapachów, chcemy tego, czego nie ma u nas. Przy tym wszystkim żaden strach nie ma kompletnie żadnego znaczenia. Nic nas nie zatrzyma i my sami nie będziemy siebie zatrzymywać.

Strach? Już nie ma.

Michał, dziękuję Ci dzieciaku, że już się nie boję wody. Ta woda zabrała ze sobą tysiące innych moich strachów, a Ty ją dla mnie oswoiłeś.