Real Alcazar de Sevilla (es) | orient, który nam zabrano.

Opisać Alcazar w 300 słowach? To jest niewykonalne.

Nie lubię krótkich postów, bo niczego nie opowiadają. Jeśli ktoś nie czyta, bo nie ma takiego nawyku, to ograniczanie się limitem słów i tak nie zmusi nikogo do poświęcenia 3 minut na przeczytanie kilku zdań.

W 300 słowach nie umiem nawet opowiedzieć o tym, co jest tematem wypowiedzi. Zawarcie w tych kilku słowach wszystkiego mieni mi się jak zadanie nie do wykonania. Potęguje to fakt, że jeśli już piszę, to piszę nie tyle o miejscach co o odczuciach, jakie one we mnie wywołują.

Nie po to też się podróżuje, ażeby komuś pokazać jedynie kilka migawek, 10 zdjęć wybranych z pośród tysiąca i opisać to stwierdzeniem "jest ładnie, kup bilet, zobacz sam". Fakt, taki jest właśnie mój cel, żebyś zaczął chcieć oglądać świat. Jeśli jednak nic nie poczujesz i niczego nie wyciągniesz z mojej opowieści, co po co w ogóle mnie czytać i po co gdzieś jechać?

Każde miejsce jest wyjątkowe i piszę o nim tylko wtedy, jeśli czas mnie utwierdzi w przekonaniu, że warto. A czasu nie mam wiele, więc go nie marnuję. Rzadko piszę o czymś tydzień po powrocie do domu. Jeśli tak się zdarza, to znaczy to ni mniej ni więcej tyle, że temat był nieskomplikowanej natury, że nie nurtował mnie zbytnio, ale był na tyle interesujący, że mi się chciało. Jeśli czekam, to znaczy, że temat jeszcze dojrzewa. Lub już umarł.

Najczęściej post pojawia się pół roku później, czasem i po roku. Biorę na siebie to, że pewne punkty opowieści uległy zdezaktualizowaniu, ale to moje wspomnienia i tak też je przekazuję. Opowiadam Ci coś tylko po to, żebyś zechciał/a mieć swoje własne.

Dzisiaj opowiadam Ci o Alcazarze, ale jego historię prześledź sam, bo nie mam na nią gotowego przepisu.

Alcazar zaplanuj na pierwszy pełny dzień. Nie wiesz ile czasu tutaj spędzisz.

Pierwszy pełny dzień w Sewilli obowiązkowo przeznaczamy na wizytę w Alcazarze. Nie można go pominąć, jeśli jesteś nowy/a w temacie orientu i powoli zaczynasz czuć panującą na południu Hiszpanii atmosferę. Jeszcze nie rozumieć, bo od zainteresowania i zauważania do rozumienia daleka droga, ale już ją tutaj czuć. Ja nadal nie rozumiem, bo brakuje mi wiedzy, ale zaczynam odczuwać, głównie niedosyt poznawczy.

Alcazar to jeden z najwspanialszych pałaców Hiszpanii (obok Alhambry rzecz jasna) i znajduje się właśnie w duszącej Sewilli. To kolejne miejsce w tym różnorodnym kraju, które jest dowodem na to, że różne kultury mogą współistnieć na jednej wspólnej przestrzeni, o ile nie zaburza się balansu i nie próbuje się narzucić innym kulturom swojej wizji świata.

 

Muszę się Wam przyznać, że studiując historię Alcazaru mam duży żal do kościoła katolickiego za to, że zawsze było mu nie po drodze z wszelaką odmiennością, niezależnie od tego, czego ona dotyczyła. (Cóż się zmieniło do XXI? Nic...). Swoimi zapędami zniszczono wspaniałe cywilizacje, kulturę i dorobek. Andaluzja stawia przed nami wiele takich pytań typu "po co?", "dlaczego?", "jaki był cel?", "co to zmieniło, poza tym, że coś zniszczono?". Te pytania stawia każde andaluzyjskie miasto. Każde ma w sobie jakąś tęsknotę, poczucie straty, którego nie da się wypełnić.

Alcazar to miejsce, które wiele widziało i wiele ukrywa. Dla nas jest baśnią, dla innych jest przeszłością, której nic nie wróci. Bez większego problemu mogę sobie wyobrazić sułtana i jego dwór, spowite w jedwabie damy dworu czy służki przemykające na palcach pomiędzy komnatami, chowającymi się w ogrodzie i w ogromnym parku. Czuję chłodny nocny wiatr, zapachy przypraw, duszny zapach kwiatów...

Idę po ścieżce, ale staram się zobaczyć coś innego niż chcą mi pokazać.

Pozwalam się oprowadzać po komnatach.

Oczyma wyobraźni widzę rzeźbiarzy, którzy cierpliwie, godzina po godzinie tworzą przecudne mozaiki, kwiatek po kwiatku, liść po liściu, słowo po słowie. Ściany pałacu i sam proces tworzenia to ich modlitwa, więc ukryli te swoje modlitwy w płaskorzeźbach. Ci, którzy czytają po arabsku po prostu stają przed nimi i je odczytują, jak księgę.

A Ty, stajesz po środku komnaty, unosisz oczy ku górze i nie wiesz co powiedzieć. Bo po prostu brakuje słów, żeby opisać to co widzisz. Złoto, zdobienia, kunszt wykonania. Z zewsząd wyziera cierpliwość, bo to ona musiała tutaj być głównym materiałem. Ani kamień, ani dłuto, ani woda spłukująca pył. Głównym narzędziem była cierpliwość. Ilość niezbędnej cierpliwości tutaj pozostawionej w imię Allaha nie ma znaczenia, ale my, patrzący z boku obserwatorzy pochodzący z innej kultury tego nie rozumiemy.

Cierpliwość tutaj po prostu jest. Ktoś ją tutaj przyniósł razem ze swoją pracą i ta już została. Plącze się po ścianach i czasem jej odrobina skapuje na nas. W tym miejscu odczuwam spokój, choć i tutaj śledzą mnie Azjaci. Wchodzą mi na głowę i przepychają z kąta w kąt nie zwracając na mnie uwagi. 100 zdjęć później idą dalej i zostawiają mnie w spokoju.

Alcazar pozwala mi się wyciszyć. Może wynika to z faktu, że należę do grona osób, które nie mają czasu na zastanawianie się. Muszę działać, reagować, gasić małe pożary, tak samo jak każdy z nas to robi. Wierzę, że jak tylko znudzi mi się nauka języków obcych i podróżowanie, to osiądę w miejscu, gdzie będę mogła pracować na roli, lepić garnki z gliny, albo wykonywać inne mozolne czynności. Będę wykonywać powolne ruchy, które uwolnią moją głowę od natłoku myśli, a zajmą moje ręce.

Dłuto nie będzie moim narzędziem, ale zdecydowanie zajmę się jakimś rękodziełem. Zamiast obmyślać sposób na rozwiązanie problemu będę obmyślać jak do tego ulepionego z gliny garnka przykleić ucho… I jak to później wypalić i w czym, żeby się nie rozpadło.

Wierzę, że każdy, kto zdobił Alcazar myślał w ten sposób - jak utrwalić to, co zrobiłem, żeby przetrwało stulecia? Z pewnością ten ktoś miał głowę spokojną, a ręce zajęte.

Zdjecie, które stało się moim własnym wspomnieniem.

Wychodzę z komnat na dziedziniec, na ten sam znany Wam ze zdjęć. Do tego momentu był taki nierzeczywisty i nieosiągalny.

Patrzę na taflę wody i znowu się uspokajam. Jestem szczęśliwa i jestem szczęściarą, choć cena była spora. W tym miejscu po raz pierwszy podziękowałam za to, że w tym cholernym Bergamo ukradli nam paszporty i nie udało się polecieć do Kalifornii. Piszę ten post ponad pół roku po wizycie w Alcazarze i powiem Wam jedno. Gdybyście mi teraz powiedzieli, że mam kolejne 3 tygodnie na wizytę w Hiszpanii, w zamian za USA, że pojawiła się jakaś przeszkoda, to pakuję się i jadę jeszcze raz. Jedyne co zmieniam to trasę.

Patrzę teraz na zdjęcia z Alcazaru, oglądam je wybierając te, które chcę Wam pokazać, i po ludzku tęsknię i chcę się tam znaleźć jeszcze raz. Chcę wyjść z pałacu i zniknąć w parku. Przejść przez drzwi, minąć bramę i udać się w stronę zieleni, ku drzewkom pełnym limonek.

Chcę się schować się w labiryncie ścieżek, spojrzeć na Neptuna, posłuchać o 12:00 grającej fontanny (naprawdę, woda sprawia, że fontanna gra, mam tylko nadzieję, że nie ma tam ukrytego gramofonu). Chcę pooddychać tym, czego już tam nie ma, a co było i co nadal unosi się w powietrzu.

Zawsze Ci powiem, że to co rozumienie tego co odbierasz w pasywnym przekazie zależy tylko od Ciebie.

Wiem, że jeśli tu będziecie to poczujecie jakąś współczesną komercyjność. Nie da się inaczej, bo jest to miejsce, które zarabia na siebie. Jednak wierzcie mi, można się od tego odciąć nawet, jeśli co chwilę ktoś trąca Was ramieniem.

Nigdy też nie wiecie co czuje ktoś, kto przechodzi koło Was. Może czuje to samo. Może też się odcina, tym razem od Was. A może nie czuje nic i zwiedza od punktu A do punktu B. Idzie przed siebie według planu napisanego przez kogoś, kto miał to zaplanować za pieniądze, opowiedzieć kilka anegdot i kazać iść dalej. Jeśli to nie w Waszym stylu i wolicie poczuć to miejsce po swojemu, to kupcie bilet na stronie Real Alcazar de Sevilla i zróbcie to tak, jak chcecie.

Proponuję kupić bilety z wyprzedzeniem, ponieważ liczba biletów jest ograniczona do 40 sztuk na daną godzinę. Wchodzicie od 9:30, co pół godziny, aż do 16:30 lub 17:00, w zależności od sezonu.

Alcazar to miejsce, które zrobiło na mnie ogromne wrażenie i wzbudziło tęsknotę za tym, czego już i tak nie zobaczę za mojego życia. Do tej tęsknoty automatycznie przypina się żal i złość, że ktoś to po prostu zniszczył i zabrał mi to, co było. Bo niby jakim prawem stwierdzono w XVI w., że mnie tam nie będzie i nie będę chciała tego zobaczyć? Nikt o tym nie pomyślał, więc to zrujnował, żeby dać mi coś, co nie do końca mi się podoba. Tam gdzie jest władza nie myśli się o przyszłych pokoleniach i to jest nadal aktualne.

To co zastałam w Alcazarze to tylko cudze wspomnienie, pył unoszący się nad wspaniałościami. Alcazar uczy, że masz tyle magii, ile potrafisz sobie wyobrazić i ile potrzebujesz w życiu. Jasne, pewnie gdybym zastała stan z XVI wieku to do Alcazaru nawet bym nie weszła, ale magia byłaby nadal... Teraz mam tylko wyobrażenie dawnych czasów.

Jest pięknie, ale smucę się tym, że to cień tego co było...

Po wizycie w takich miejscach naprawdę zastanawiam się nad sensem tego co jest teraz i czuję, że mogłoby dla nas wszystkich zostać dużo, dużo więcej.

Nie ma możliwości, żebym kiedykolwiek zrozumiała niszczenie jednych kultur po to, żeby zrobić miejsce dla nowych. Po prostu nie mieści mi się to w głowie. Pewnie wielu się z tym nie zgodzi, ale nie zastanawiam się nad tym, czy moja wizja jest poprawna czy nie. Biorę świat takim jakim jest i jakim go rozumiem, choć czasem na niego klnę i to dość siarczyście, bo język mam niewyparzony.

Chcę wierzyć, że miejsca, które odwiedzam w XXI wieku były budowane z pobudek znacznie wyższych niż te, z którymi borykamy się obecne. Zbyt naiwnie ufam, że ktoś tak samo jak ja zbyt mocno chciał wierzyć, że połączenie kultur było możliwe i się przeliczył?

I czy tylko ja się wkurzam, gdy wychodząc z Alcazaru muszę przejść przez kolejny katolicki budynek postawiony w muzułmańskim pałacu tylko po to, żeby udowodnić, że któryś papież wygrał swoją wojnę? Tak samo przecież zrobiono w Alhambrze.

Tylko co wygrał, bo ja nadal nie wiem? Później, nic spektakularnego się nie wydarzyło, poza rzezią, smutkiem, upadkiem kulturowym i gospodarczym całej Andaluzji i innych regionów, które za władania muzułmańskiego były małymi imperiami, otwartymi dla wielu wyznań, otwartymi na naukę i wiedzę.

Nie napiszę co się działo w Andaluzji i jak wyglądała jej historia. Przeczytajcie przynajmniej Rękę Fatimy, żeby poznać zarys jej dziejów. Wierzę, że później będziecie chcieli wiedzieć więcej, bo to co się tam działo jest to po prostu fascynujące i smutne zarazem.

Wychodząc z Alcazaru nie wierzcie, że tak wyglądał, jakim go zastaliście w dniu swojej wizyty. Za tym miejscem kryje się dużo więcej. Wspaniała historia, której nas pozbawiono.