Camp Nou (es) | FC Barcelona z kobiecego punktu widzenia.

FC Barcelona + kobieta. Czy powinnam pisać ten post?

FC Barcelona... Tak, ten post pisał się długo, bo piłka to rzecz nie babska, więc i motywacja zgoła inna niż zazwyczaj. Ale jest i z tego się cieszę, tym bardziej, że w przyszłym roku wracamy do Hiszpanii i jeśli tylko będzie to możliwe, to odwiedzimy inny stadion.

Więc o piłce, tak? No dobrze… Sport męski, ale spojrzenie babskie.

Jest niedziela. Wino otwarte, moja ulubiona Lorca wietrzy się w kieliszku, a okrzyki dobiegające z telewizora dodają mi natchnienia. On ogląda mecz FC Barcelona – Sevilla, więc siedzę nad winem, piszę o tym, jak w tamtym tygodniu babę, czyli mnie, zabrali na mecz.

Wiem, że moja ekscytacja może przerasta Wasze doznania, ale zrozumcie mnie… W życiu nie byłam na meczu piłki nożnej innym od tego, który odbywa się na jakiejś małopolskiej wsi. Nie miałam też okazji być na meczu w Krakowie, choć do stadionu Wisły Kraków mam maksymalnie 30 minut drogi samochodem i to w korku, a w domu mam maniaka i kibica, któremu jednak nigdy nie było ze mną po drodze na stadion.

Tego przecież nie było w planie!

Z Barceloną, jak i z każdym innym wyjazdem jest jak jest.

Jedziecie. Chcecie to miasto mieć na własność, chcecie je wchłonąć całkowicie i wykorzystać każdą chwilę, żeby nie poczuć później żalu, że czegoś nie zobaczyliście.U nas często w tym punkcie dochodzi do ekstremum i słyszę wtedy „przyjechałem odpocząć, a każesz mi biegać cały dzień”.

I nie ma w tym ani grama nieprawdy. Chodzimy cały dzień i pół nocy. Wchodzimy w każdą możliwą dziurę, w każdą uliczkę, która różni się czymkolwiek od standardu (np. nie ma w niej ludzi). Idziemy dosłownie wszędzie. Połowa jest zaplanowana, połowa nie. Celowo.

Często decyzję o tym co robimy następnego dnia ustalamy poprzedniego wieczoru, siedząc w jakiejś restauracji lub barze przy winie, a rozmowa zazwyczaj jest krótka:

- Kochanie, co robimy jutro?

- A na co masz ochotę?

- Nie wiem.

- To zobaczymy rano.

No i tym samym „zobaczamy” rano. FC Barcelona też właśnie objawiła się nam rano, choć nie powinna była. Takie coś planuje się w domu, chyba, że jest się nami...

Historia FC Barcelony zlewa się z codziennością i buduje tożsamość.

Oczywistym jest, że Barcelona to FC Barcelona. Te słowa są niemal tożsame, ponieważ ta drużyna to żywa historia. Historia, która codziennie się pisze i którą żyje cała Katalonia.

Jeśli nie wiecie do jakiego stopnia ta drużyna scala się z życiem mieszkańców Barcelony obejrzyjcie poniższy film. Tutaj jest w wersji płatnej, ale bez problemu powinniście móc go obejrzeć na Canal+. Oglądałam go wielokrotnie na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy.

YouTube

No Description

O tym czym jest FC Barcelona wie też każde biuro podróży i jeśli tylko jesteście na tyle leniwi, żeby organizować swój pobyt w Barcelonie z biurem, wiedzcie, że zostanie Wam zaproponowany pakiet „hotel + transfery + zwiedzanie stadionu + mecz”. To wszystko zostanie jeszcze upstrzone „all inclusive”, które oznacza, że po kilku dniach pobytu w Hiszpanii najlepiej będziecie pamiętali przejedzenie jedzeniem kontynentalnym, co tutaj jest zupełnie bez sensu i maszerowanie za parasolką wzdłuż Rambli.

Nie wybierajcie tego. Barcelona jest banalnie prosta do samodzielnego zorganizowania na Waszych własnych warunkach i z prawdziwym hiszpańskim jedzeniem.

Nasze spotkanie z FC Barceloną? Miało go nie być wcale. Mecze sprawdziłam na długo przed wyjazdem, niemniej jednak dokonawszy sprawdzenia, biletów nie kupiłam pchnięta w stronę „NIE” słowami „Chcesz iść na mecz z Granadą? A co to za drużyna? Nie warto.”.

Więc jak nie to nie.

Być w Barcelonie i nie pójść na mecz FC Barcelony? No jak to?

Tak więc dotarliśmy do Barcelony lecąc sobie linia Ryanair z polskimi kibicami, którzy meczem z Grenadą nie pogardzili. Zabrali ze sobą swoich synów - 4 dorosłych facetów, 4 chłopaków do lat 12, wszyscy w koszulkach FC Barcelony na wszelki wypadek, gdyby ktoś jednak nie zorientował się, jaki jest cel ich podróży. Moment rozstania na Estacio del Nord był dla nas swoistego rodzaju ulgą.

Doczekaliśmy soboty realizując piątkowy plan. Plan na sobotę też był ułożony i to dość ściśle (Picasso przecież) i jeszcze rankiem nic nie wskazywało na to, żeby mógł on ulec modyfikacji. A jednak stało się.

Sobota, otwieram oczy o 9:00, spoglądam na twarz współpodróżnika i widzę, że coś jest nie tak… Jakiś proces myślowy zachodzi poza moją kontrolą i widzę też, że jest to proces złożony z wielu subprocesów. Zahacza o decyzyjność, stan konta, możliwości techniczne, koordynację czasową i logistykę.

Widzę tę twarz i bez słów wiem o co chodzi. Widzę też pytanie „To co robimy? W Barcelonie nie jest się przecież codziennie?”. Nie mogłeś mnie o to zapytać w domu?! Tyle razy dopytywałam...

Po godzinie zastanawiania się czy warto wydać pieniądze na bilet ustaliliśmy zgodnie, że pierwszy raz w Barcelonie jest się tylko raz w życiu, i że nie można tego razu czymś nie uczcić. Możliwości, że biletów już może nie być nawet nie bierzemy pod uwagę.

Chyba jednak lepiej kupić bilet będąc w domu.

Chwytamy za telefony, bo Windows 10 w Lenovo niestety zażądał aktualizacji i nie wstał już wcale.

Godzina szukania odpowiedniego miejsca na stadionie na 7-calowym ekraniku, bilion przekleństw rzuconych w stronę CAPTCHA co chwilę resetującego połączenie na stronie FC Barcelony, karta, cyferki, CVC i dwa bilety lądują na mailu. Teraz jeszcze potrzebujemy tylko PassWallet na wszystkich 3 telefonach, na wypadek, gdyby któryś do wieczora się rozładował i możemy ruszać. Dwie godziny nie nasze, ale uśmiech na twarzach i dreszcz podniecenia wywołało to nieziemski.

I tylko się cieszę, że znając nasze przyzwyczajenia i zdolność do wstawania o 11:00 po nocnych eskapadach bilety do Muzeum Picasso kupiłam na 15:00. Na 12:00 z całą pewnością byśmy nie zdążyli. A tak to jeszcze zdążyliśmy na późne śniadanie w Ramblero na targu La Boqueria.

Ciężko mi wytłumaczyć ten dreszcz emocji...

A jednak. W okolicy godziny 18:00 zaczęłam to coś czuć.

To coś to lekki dreszczyk podniecenia, jakiś swoisty niepokój i zarazem frajda. Prawie jak pierwszy zjazd na desce po kilku lekcjach z instruktorem przy którym C, J i jazda twarzą do stoku wychodziły, ale istnieje obawa, że jak instruktor zniknie to i cała nabyta wiedza ulotni się razem z nim.

Takie coś czułam i tym razem, a najlepsze jest to, że nie tylko ja. Cała Barcelona też. To po prostu widać na twarzach mijających Cię ludzi, gdy atmosfera jest trochę jak w Londynie przed meczem. Wystarczy wejść do metra linii L3 kierunek Cita Universitaria i zobaczyć co się dzieje, żeby poczuć się częścią tego wydarzenia. Dosłownie i w przenośni.

Faceci w czapeczkach, dzieciaki w szalikach, uśmiechy na twarzach i świetna atmosfera. Spoglądasz na twarz kogoś kto stoi w metrze obok Ciebie i momentalnie dochodzi pomiędzy Wami do niemego porozumienia. Tak jakby ten obcy ktoś mówił do Ciebie – „Tak, my też tam jedziemy. Baw się dobrze”. Co z tego, że ani wcześniej, ani później się nie spotkamy. Przez ten moment łączy nas to coś.

Dojechaliśmy. Teraz wystarczy już tylko zlokalizować swoje wejście obchodząc stadion dookoła, dojść do swojej bramy, mijając po drodze tych, którzy czekają na autokary wiozące drużyny, pozwolić się sprawdzić na bramce (na tak ogromnym stadionie zajmuje to „aż” 10 minut), znaleźć wejście na swój sektor i zachwycić się zielenią boiska, które do tej pory widziało się tylko w telewizji.

Gdy Twoje wyobrażenia nijak mają się do tego, co zastajesz na miejscu.

Zachwyt milion, gdy po raz pierwszy w życiu widzisz zieleń murawy. Gdy jupitery świecą Ci prosto w oczy, gdy po raz pierwszy widzisz na własne oczy flagi Twojego klubu i gdy sobie uzmysławiasz, że są to flagi klubu o nazwie FC Barcelona! I pomimo, że nie jesteś stąd to łzy cisną Ci się do oczu z radości, że tu jesteś. Jakie to babskie...

I słyszysz pierwsze śpiewy. Jeszcze nieśmiałe, bo do wyjścia drużyny na boisko jest jeszcze sporo czasu, więc fani oszczędzają siły. Widzisz ojców ze swoim dziećmi, którzy razem się cieszą, machając flagami i czekając na wyjście swojej drużyny na boisko.

Szczęście, gdy znajdujesz swoje miejsce na stadionie i pomimo, że na planie wyglądało tak sobie, okazuje się, że jest świetne, bo wszystkie na trybunie są dobre. Nie ma szansy, żeby ktoś Ci zasłonił boisko, nawet jeśli ma 2 metry wzrostu i wstaje na proste nogi ilekroć ktoś przejmuje piłkę.

Szczęście, gdy wychodzi na jaw, że miejsca z numerami parzystymi są po jednej stronie, a z numerami nieparzystymi po drugiej stronie sektora. Stajesz wtedy naprzeciwko swojego kompana i myślisz, że kompletnie bez sensu straciliśmy godzinę na zastanawianie się, czy jeśli numery nie będą obok siebie, to ktoś będzie na tyle miły, żeby się przesunąć o jedno miejsce i pozwolić nam siedzieć razem. Naprawdę straciliśmy na to dużo czasu.

Generalnie nastaw się na to, że wszystko jest możliwe nawet na ostatnią chwilę.

Mała rada ode mnie - jeśli chcecie kupić bilet na ostatnią chwilę nie martwcie się i kupujcie, bo szkoda okazji. Nawet jeśli system rezerwacyjny usadzi Was osobno wystarczy się uśmiechnąć do kogoś obok i zapytać, nawet na migi, czy możecie siedzieć razem. Nie ma żadnego problemu. Tu wszyscy są tak mili, że każdy sobie poradzi.

Duża część naszego stresu wynikała też z tego, że zapomnieliśmy, że FC Barcelona to klub, który sprzedaje bardzo dużo karnetów sezonowych. Oznacza to, że system zakupu często pokaże Wam, że brakuje miejsca na stadionie, co nie zawsze jest prawdą w stosunku do danego meczu. Karnet na dane miejsce jest sprzedany na nazwisko, więc system trzyma miejsce i pokazuje je jako niedostępne, ale czy ktoś będzie na każdym meczu? Niekoniecznie. Ten ktoś ma prawo przyjść, ale nie ma obowiązku.

To nie tylko mecz. To zjawisko społeczne.

Stadion, jako miejsce, gdzie tyle obcych sobie ludzi spotyka się w tym samym celu zaskoczył mnie niesamowicie. Na mecz przyszło 89 541 osób!  Na mecz z jedną ze słabszych drużyn! Czy to nie jest zaskakujące? Dla mnie jest to zjawisko społeczne.

Po hiszpańsku rozumiem dość sporo, ale slangu stadionowego, okrzyków, wyrażeń i tym podobnych ni w ząb, ani trochę, nada, ale oglądanie ludzi, a raczej ich podglądanie, było dla mnie czymś fantastycznym. Szczerze rzecz ujmując było dla mnie ważniejsze niż mecz, choć oglądanie Messiego ścigającego piłkę samo w sobie też jest przeżyciem. Niemniej jednak…

Messi to punkcik biegający po boisku, bez komentatora (¡¿ co za pomysł, żeby nikt na żywo na meczu nie prowadził komentarza ¡¿ Ktoś powinien wymyślić na to jakiś system, jak w kinie 3D, czy coś podobnego), a ludzie, którzy oglądają to samo to już całkiem inna bajka. W każdym sektorze dzieje się inna historia, każdy reaguje inaczej, każdy czuje coś innego, ale to wszystko razem zebrane w całość tworzy po prostu coś niesamowitego. Wszyscy Ci ludzie zebrani tutaj w jednym celu tworzą coś co nazywam „współczuciem”. Współ – czuciem. Bo wszyscy czują to samo. Wszyscy chcą jednego. Wszyscy się rozumieją. Wszyscy się bawią. Wszyscy się emocjonują. To jest coś fantastycznego!

FC Barcelona joins generations, October 29th 2016

It is not only for young male fans. It is for everyone! If you only have this oportunity to be in Barcelona in season get your ticket and see it!

Białe chusteczki, czerwone chusteczki, śpiewy, fala. Hymn Barcelony śpiewany jak hymn narodowy. Nikt nie wychodzi w czasie gry, nikt nie je w czasie gry, nikt nie pali papierosów, gdy trwa mecz, ewentualnie w przerwie, ale po skarceniu wzrokiem gasi. Połowa osób słucha meczu z telefonu, w radiu, nie chcąc stracić z niego niczego.

Dzieci, młodzież, dorośli, dziadkowie z wnukami. To jest świetne, pal licho mecz. Dla samych obserwacji warto tutaj przyjść, bo okazuje się, że bieganie po boisku łączy ludzi tak różnych i tak do siebie niepodobnych. Czy to nie jest wspaniałe?

Czy wydać na gadżet uprzednio kupiwszy bilet lotniczy? Jasne!

I te symbole przynależności… Szaliki, czapeczki, gadżety. Jestem ostatnią osobą, która z jakichkolwiek wypraw przywozi jakiekolwiek rzeczy, a jednak uległam. Bo jak tu nie ulec, gdy wchodzi się na Camp Nou?! To jest niemożliwe. Ale nie jest też specjalnie drogie, więc nie ma co płakać nad kilkoma euro. Można potem spojrzeć na swój łup siedząc sobie w domu.

Co jest najbardziej fascynujące? Doping! To jest coś niesamowitego i coś pięknego! Jak to wygląda? Zobaczcie sami!

FC Barcelona marvelous fans during match with Grenada, October 29th 2016

Till that day I had no idea what supporting the team means, but since then I know.

Czy wrócę na Camp Neu! To jest oczywiste. Bo do Barcelony też jeszcze wrócę. Jeszcze tyle rzeczy nie widzieliśmy, a i kilka celowo ominęliśmy. Żeby był argument.

Jak dojechać na Camp Nou?