Barcelona (es) | La Boqueria. Tutaj się grzeszy.

La Bouqueria jest tam, gdzie jest raj.

Wyobraźcie sobie dzień, w którym trafiacie do raju.

Znajdujecie go przypadkiem, mimo, że ktoś tam kiedyś o nim wspominał. Wiedzieliście, że jest, ale nie mieliście czasu sprawdzić ani jak się nazywa, ani pod jakim znajduje się adresem, ani jak go odszukać. Nikt Wam tego nie powiedział wprost, ale oto nagle obracacie głowę w prawo, widzicie jakieś poruszenie, coś przyciąga Waszą uwagę. To "coś" każe Wam sprawdzić czym to "coś" jest. Znacie to? Tę wrodzoną potrzebę bycia wszędzie w tym samym czasie? Ona musi sprawić, że ze zwykłej babskiej ciekawości wejdziecie w każdą uliczkę. I oto jest on.

Raj.

Raj przy Rambli.

Miejsce, gdzie rozpusta nie kojarzy się z seksem, a obżarstwo nie znajduje się na liście 7 grzechów głównych.  

Gdy wszystko dostajesz naraz...

Dla każdego podróż jest czymś innym. Dla nas jest ona smakiem. Smakiem wina, smakiem żywego, niezapakowanego w folię jedzenia, zapachem smakołyków. To wszystko lubimy doprawić kawałkiem kultury, liźnięciem lokalnej atmosfery, odwiedzeniem kogoś znanego (rzecz jasne w muzeum, najlepiej jeśli jest to Pablo Picasso lub Salvador Dali).

Może nawet trochę z tym przesadzamy, ale lubimy odpocząć po naszemu, tak, żeby móc kompletnie odpuścić sobie na kilka dni. Co prawda słyszę później dość często, że nasz odpoczynek to 18h na nogach, ale cóż poradzić… Życie ze mną nie jest łatwe, za to bywa przyjemne i zaplanowane. Tego samego więc o czym wspomniałam przed ostatnią dygresją oczekiwaliśmy od Barcelony i to wszystko naraz dostaliśmy właśnie w tym miejscu.

Jeśli czytaliście inne posty z Hiszpanii wiecie, że kuchnia hiszpańska nas rozczarowała i to bardzo. W planie na Barcelonę ujęliśmy więc jedynie tapas bary, które zawsze powodują gęsią skórkę, bo są po prostu wspaniałe. Kuchnia lokalna, mięsna i każda inna… Cóż... Możemy ją sobie odpuścić kompletnie, bo nas nie bawi. Ale to miejsce sprawiło, że nadzieja wlała się w nasze serca na nowo.

 

Historia też będzie, spokojnie.

(na podstawie strony)

Targ La Boqueria istnieje od dawna. Na datę początkową wskazuje się XIII wiek n.e., kiedy ty był targiem wędrującym wzdłuż Rambli. Nie miał stałego miejsca. Gdy Rambla zyskała na znaczeniu targ został umiejscowiony na niej w takim miejscu na, aby był łatwo osiągalny dla wszystkich, którzy nią przechodzili. Nie była to ta lokalizacja, którą odwiedzamy współcześnie. Początkowo był zwykłym ulicznym targiem na wolnym powietrzu.

 

La Boqueria Barcelona gate

W XVII w. popularność targów wzrosła i w niedalekiej odległości od siebie powstał kolejny targ, konkurujący, ale z powodu waśni pomiędzy handlarzami obydwa targi zostały połączone w jeden, w myśl zasady, że „jeśli się kłócicie, to przebywanie razem zmusi Was do współpracy”. Podziałało. Tak powstał  La Rambla de Sant Josep. De Sant Josep ponieważ w sąsiedztwie znajdował się konwent pod wezwaniem tego świętego. Po jego wyburzeniu w 1835 powstał tutaj ogromny plac, który w tym czasie był największym placem w Barcelonie.

Podczas restauracji terenu po wyburzeniu konwentu uznano, że należy market przenieść tymczasowo na miejsce byłego konwentu, jako, że chciano go docelowo przenieść na stałe z Rambli w inne miejsce. W 1836 roku miasto podjęło decyzję o budowie targu z prawdziwego zdarzenia. Budowę rozpoczęto w 1840 roku i od tego czasu market stopniowo się rozrastał do obecnych rozmiarów.

La Boqueria obecnie to miejsce, które żyje, nawet wtedy, gdy nie sprzedaje.

To czym La Boqueria jest obecnie to wynik pracy wielu pokoleń. Targ zyskał metalowy dach dopiero w 1914 roku, wtedy to też przystąpiono do modernizacji. Nie byłby niczym bez ludzi, którzy go tworzyli. Obecnie osoby tu pracujące to często trzecie i czwarte pokolenie utrzymujące się z pracy wykonywanej w tym miejscu. Jest ono miejscem tak integralnie związanym z miastem, że Barcelona bez niego nie byłaby obecną Barceloną.

Więcej informacji znajdziecie na stronie.

Jak to wygląda z mojego punktu widzenia?

Więc wyobraźcie sobie, że wychodzicie z metra na stacji Liceu i od razu atakuje was tłum (w przenośni - po prostu od razu wchodzicie w tłum). Ogromna ilość ludzi na początku Was przeraża, ale po chwili staje się czymś naturalnym to, że wszyscy są wszędzie. Zaczynacie być częścią tej masy ciał.

 

Dla Katalończyków nie jest to pewnie nic miłego, ale przyjezdny zapewne widzi to nieco inaczej. Oznak niezadowolenia z ilości turystów nie da się zauważyć, choć pieniędzmi jak do tej pory nikt nie gardzi. Rozumiem jednakże akcję „Barcelona dla Katalończyków”. Nie wzięła się ona znikąd i są ku niej powody, choć z tego co wiem i tak lepiej traktuje się turystów, niż mieszkańców innych części Hiszpanii.

O konflikcie pomiędzy Madrytem a Barceloną chyba słyszał każdy i nie jest to czcze gadanie. Nie chodzi wcale o piłkę nożną, a o mówienie w Barcelonie po hiszpańsku, a nie po katalońsku. Zdarzały się wielokrotnie pobicia z tego powodu, jest więc znacznie bezpieczniej być turystą, który próbuje kaleczyć po hiszpańsku, niż mieszkańcem Madrytu w Barcelonie, który nie stara się mówić po katalońsku.

La Boqueria jednakże akceptuje wszystkich. W momencie, w którym przekraczacie bramę pochłania Was ona kompletnie. Rzecz jasna należy uważać, żeby nie pochłonęła Waszego portfela, ale poza tym, jeśli wszystko macie opanowane i zabezpieczone, możecie się czuć w bezpiecznie.

Zapachy!!!

Zaraz za bramą dopadają Was zapachy. Miliony zapachów. Różnorodnych. Niektóre pamiętam z targu w Stone Town, ale nie potrafię ich zidentyfikować.

Pachnie tu drewnem (kokosowym? bananowym?), włoską i hiszpańską szynką długo dojrzewającą, serem, smażonymi krewetkami, rybami i ośmiornicą, owocami i warzywami, słodyczami, surowym mięsem, orzechami, przyprawami, surowymi rybami w samym sercu targu, watą cukrową, albo mordoklejkami. Chlebem, smażonym mięsem, chińszczyzną, czekoladą w milionie wydań.

Pachnie tu wszystkim.

 

Pachnie tutaj kulinarnym rajem dla każdego. Miejsca tego nie doceni tylko ten, dla kogo standardem jest kanapka w barze szybkiej obsługi zjedzona w samochodzie. Można tutaj dostać po prostu wszystko co jest jedzeniem i produktem naturalnym. To miejsce świadczy o tym, czym jest Barcelona.

 

Gdy skręcasz w prawo, gdy plan był taki, aby pójść na wprost.

W którymś przewodniku przeczytałam, że Barcelona to owoce morza i pamiętam, że kompletnie tego zdania nie zrozumiałam. Ani trochę, choć jest to prawda, w którą nie wierzyłam.

Jestem z tych, którzy ufają dość szybko, ale jeśli ich do siebie zrazić to ciężko to zaufanie odzyskać (choć ostatnio jednak mam większą dozę dystansu  do tego co mnie otacza). Hmm... W zasadzie odzyskanie zaufania jest wręcz niemożliwe, co może wynika z tego, że ostatnimi czasy jakoś bardziej cenię sobie swój czas i zdrowie nie pozwalając wampirom na darmowe pobieranie mojej energii dla swoich celów. A może po prostu już mi się nie chce. Pewnie prawdziwsze jest to drugie.

Z dystansem więc podeszłam i do Barcelony, którą może od samego początku powinnam byłą potraktować po prostu nie jako Hiszpanię, a jako Katalonię. Może wtedy oszczędziłabym sobie zamartwienia się na zapas.

 

La Boqueria w kilka sekund przypomniała mi to jedno stwierdzenie i udowodniła, że ten, kto je napisał wiedział o czym mówi, bo po prostu tutaj był. La Boqueria udowodniła mi to już pierwszego wieczoru mojej wizyty w Barcelonie, gdy idąc wzdłuż Rambli w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na późną kolację skręciłam głowę w prawo, zamieszanie przyciągnęło moją uwagę, prawa stopa skręciła w prawo, a lewa podążyła za nią.

Dobry wieczór...

Przywitał mnie lekki mrok, odgłos spuszczanych rolet na zamykających się już stoiskach i zapach grillowanej ryby. Dopiero teraz sobie uświadomiłam, że z całego targu nie pamiętam zapachu smażonej ryby, nic z tych rzeczy… Nie pamiętam ani jednego nieprzyjemnego zapachu, pomimo, że od ryb i owoców morza się tutaj roi na potęgę i jest ich więcej niż zwykłego mięsa. Nikt nie wpadł na pomysł sprofanowania ryby za pomocą głębokiego tłuszczu co samo w sobie wydaje mi się po prostu wspaniałe. Gdybym mogła mogłabym spokojnie odstawić na boczny tor karkówkę i pieczone skrzydełka z kurczaka).

Tak naprawdę dopiero po dłuższej chwili zorientowaliśmy się, że to miejsce to jest „to miejsce”. Opowiadał nam o nim znajomy, który w Barcelonie bywa regularnie. Wynajmuje apartament niedaleko la Boquerii, rankiem wychodzi na targ, kupuje warzywa i owoce morza i przygotowuje je po swojemu, w domu. A jeśli nie ma ochoty na gotowanie, to idzie w nasze miejsce. W to jedno, najlepsze, wybrane pierwszego wieczoru, do którego wracaliśmy wielokrotnie w ciągu tych kilku dni pobytu w sercu Katalonii.

Ramblero | Jak w zgranej orkiestrze.

Zasiadamy więc w ten piątek do kolacji. Niby zwykły stragan, a działa jak restauracja, taka prawdziwa.

Czekamy na stolik (tutaj miejsce przy długiej ladzie), jesteśmy sadzani w odpowiednim miejscu, menu dostajemy na wielkim wydruku służącym za podkładkę. Od razu dochodzi też instrukcja obsługi miejsca, w którym nas usadzono.

Siedzimy tu i tu, dokładnie na takich a nie innych krzesłach z pewnego powodu (bo Pani będzie łatwiej obsługiwać i zmieszczą się jeszcze 2 osoby). „Pod ladą macie Pastwo haki, proszę tam powiesić torebkę, dla Państwa bezpieczeństwa”. Security kit jest podawany w większości restauracji, nawet jeśli siedzicie w centrum lokalu – wielokrotnie powtarzano nam co robić, a czego nie, nie tylko w tym miejscu.

 

W centralnym miejscu „lokalu” jeden kucharz wykrzykuje odebrane od kelnerów zamówienia i zleca wykonanie kucharzom, kucharze gotują/smażą/grillują jak w Master Chef, chwila moment danie ląduje na talerzu. Inna osoba dorzuca dodatki, przyozdabia, wykrzykuje, które zamówienie jest gotowe, kelner/ka odbiera i raz dwa kolacja ląduje przed Tobą.  Nigdy w życiu nie jadłam czegoś świeższego. Nigdy. Czas dotarcia dania do mnie ze stanowiska przyrządzania to jakieś 30 sekund.

Istna poezja i zgranie jak u czerwonych i niebieskich pod koniec rywalizacji.

Co jemy? Co tutaj podają? Przecież to oczywiste...

Dają owoce morza w kilkunastu wydaniach. Dzisiaj kalmary w dwóch wersjach – jedne z grilla na moim talerzu i drugie w tempurze w małym garnuszku, z głębokiego, ale świeżego tłuszczu. Wiem, że był świeży, bo miejsce smażenia było oddalone 1 metr ode mnie. Niczego nie czułam, oprócz smażonych kalmarów. Dwa talerze, sprawiedliwy podział obydwu porcji 50/50 i mamy wszystko, czego szukaliśmy.

Prosimy o wino, jest wino. Wspaniałe, hiszpańskie, słoneczne, pełne smaku i aromatu. Jak się tu nie zakochać?

 

 Kto tu jada? Wszyscy. Obok nas zasiada Rosjanka. Prawie nie mówi po hiszpańsku lub się wstydzi i mówi niewiele (w Katalonii zdziwi Was ilość Rosjan – wróćcie do posta o Figueres). Jedna z kelnerek zna ją z imienia, pyta „co jesz dzisiaj?”. Ta odpowiada po angielsku z mocnym, rosyjskim akcentem – „rybę”. Nie mówi nic więcej i je dalej. Nota bene je dość sporo, ale w sumie miało być o miejscu, w którym rozpusta jest dozwolona, a wręcz nakazana, więc nie będę się czepiać.

Za Rosjanką siada chłopak. Chyba nie jest stąd, bo po części dogaduje się na migi. Zamawia smażone kalmary i coś jeszcze. Wstaje zadowolony, uśmiechnięty.

My wstajemy od stolika rozanieleni i już wiem, że wrócę tu nie raz.

Wracam dość szybko. Szybciej niż zakładałam.

Wracamy na drugi dzień. Po zakupie biletów na mecz Barcelony ustalamy, że szukamy miejsca na lunch/śniadanie. Od razu wybieramy targ, bo po co szukać gdzieś indziej? Przecież to oczywiste, że wracamy, prawda? Wczoraj zauważyliśmy, że jako danie lżejsze (lub mniejsze) podają tutaj jajecznicę z krewetkami.

Przychodzimy w południe, nie dziwi nas więc tłok i konieczność czekania na miejsce. Czyż można wątpić w miejsce, w którym ludzie stojąc niemalże pod gołym niebem czekają na krzesło, a kucharze gotują na Twoich oczach? No jasne, że nie można.

Po kwadransie ktoś dopija wino, płaci rachunek, uśmiecha się i możemy usiąść. Zamawiamy dwie jajecznice z krewetkami i grzybami, po kieliszku białego wina i znowu jesteśmy w raju. Oddychamy pełną piersią, nie myślimy o tym co na co dzień i po prostu odpoczywamy. Nawet, gdy piszę te słowa czuję, że odpoczywam. Teleportuję się zamykając oczy.

 

Nigdy w życiu nie myślałam, że będę się rozpływała nad jajkiem, doprawdy… Ale zamówcie to danie, gdy tutaj będziecie, a będziecie do niego tęsknić codziennie. Lekko zasmażone grzyby, kilka kawałków marchewki, kilka kawałków szparagów, ogromna porcja krewetek i 2 średnio ścięte jajka… Obłęd, po prostu obłęd. Przygotowany w 5 minut.

Jeśli nigdy nie jeat tak samo, to znaczy, że jest tak, jak być powinno.

Na jajecznicę wracamy jeszcze raz. Też jest wspaniała, ale nie taka sama. Inne szparagi, może trochę mniej ścięta.

Na stolik czekamy trochę dłużej niż wczoraj, więc mój kompan nie wytrzymuje tęsknoty za Jamon Serrano i na stoisku ze świeżym pieczywem nabywa walenckie wspomnienie kanapki ze świeżymi plastrami najlepszego, co mogli wymyślić Włosi i Hiszpanie.Wiecie co wspomina najczęściej z Walencji? Nawet nie smak tej wspaniałej szynki, ale to, że bagietka była tak świeża, że aż raniła podniebienie. U nas już takich nie ma... Wierzcie mi lub nie, ale to miejsce będzie pierwszym, w którym zjem podczas kolejnej wizyty w Barcelonie.

 

La Boqueria Ramblero Sea Food

 

Zamówię talerz owoców morza dla dwojga. Pełne muli, krewetek w 4 rodzajach, kraba, ryb, smażonych szprotek, warzyw i cytryny. Będę jeść palcami, zlizywać z nich każdy smak spływający po moich palcach i wzdłuż mojego przedramienia, aż do łokcia. Będę wszystko to przepijać białym winem przypominającym w smaku vinho verde i poczuję się znowu wspaniale.

Słowo zaspokojenie to chyba nie jest dobre słowo, skoro chcę więcej, czyż nie mam racji?

Jak dotrzeć?

La Rambla, 91,
08001 Barcelona, Hiszpania

 
godziny otwarcia:
codziennie z wyjątkiem niedzieli: 08:00 - 20:30