Lizarran (es) | tapas & atmosfera, za którymi się tęskni.

Krótkie podsumowanie kuchni hiszpańskiej.

No tak… Problemem zawsze jest jedzenie, a znalezienie odpowiedniego miejsca to kolejny problem. Mówisz, że nie… No cóż...

Powiem Ci uczciwie, że po 3 tygodniach w Hiszpanii okazuje się (moim skromnym zdaniem), że niestety do kuchni włoskiej ma się ona nijak. Może poza utartymi ścieżkami, którymi spacerują turyści jest inaczej, niemniej jednak nawet od przepysznej paelli można dostać zapaści i skrętu kiszek. W końcu ile można jeść ryż. Tak, wiem, danie regionalne, tradycyjne, wychwalane pod niebiosa itp. tylko, że jakby do tego podejść merytorycznie i rozłożyć to na czynniki pierwsze, to należałoby stwierdzić, że cała Hiszpania jest jednym wielkim i niezróżnicowanym regionem, a to jest przecież absolutną bzdurą. Hiszpania jest bardzo zróżnicowanym krajem i to widać na pierwszy rzut oka, ale każdy region serwuję paellę i niestety szału nie ma. Taka moja opinia.

W podsumowaniu wychodzi, że wszędzie są gambas (człowiek głupi  - czyli ja – przez tydzień próbował zrozumieć o co chodzi, bo po włosku "la gamba” to noga, a po hiszpańsku – "krewetka”…). Oprócz gambas jeszcze jest mięso z grilla (niech to, zawsze za twarde, czy to Saragossa, czy Figueres, bez różnicy – również w smaku), wspomniana już paella, pulpo ala gallega, czyli ośmiornica serwowana na desce z ziemniakami… No i to byłoby na tyle. Kocham ośmiornicę i owoce morza, ale ile można… W pewnej chwili nawet ukochana fritura de pescado mi się przejadła, a powiem Wam, że mnie jest ciężko zniechęcić do czegoś co lubię.

Proszę bez skrajności... Jakaś nutka optymizmu?

Kuchnia hiszpańska jest aż nazbyt prosta i dlatego jeśli masz ochotę na coś innego, to nie wiem co Ci pozostaje… Kuchnia włoska? Turecka? Marokańska (temu się akurat nie dziwię, w Hiszpanii i z Hiszpanii żyje pół Maroka). Zdecydowanie po wizycie w tym kraju rozumiem dlaczego kuchnie innych krajów wchodzą na dość tradycyjne tereny i szukają tam swojego miejsca. Powiem uczciwie, że nawet nie tak odległa kuchnia portugalska jest bogatsza w smaki. Naprawdę. Wiele dań wspominam co najmniej kilka razy w tygodniu, na przykład ichnie flaczki... Panie mój... Kto nie jadł ten nie wie co to dobre flaczki.

Zdołowałam Was hiszpańską kuchnią? No dobrze, teraz będzie optymistycznie. Kuchnia hiszpańska ma jedną rzecz, której żaden, dosłownie żaden Polak nie docenia i nigdy nie doceni znad talerza ze schabowym.

 

Hiszpania ma tapas…

 

Tutaj zaczyna się cała zabawa. Zabawa wprost dziecięca w wybieranie "to chcę, a tego nie". Ale wolno Ci. I na dodatek do żadnego smaku nie musisz się przywiązywać na dłużej niż 2 kęsy. Nie pasuje to idziesz dalej.

Każdy o tapas słyszał, nie każdy próbował, a jeszcze mniej osób miało okazję znaleźć się w miejscu, w którym z tapasów (piszmy po polsku, anglojęzycznym może Google Translate jakoś to przetłumaczy) uczyniono sztukę. Dodano do niej smakową rozpustę, niemożliwą do opisania nieziemską wręcz różnorodność, orgię aromatów, a to wszystko podlano winem.

 

Zabieram Was do takiego miejsca rozpusty w Figueres. I tylko obydwoje żałujemy, ja i #ITMan, że przed znalezieniem tego miejsca on wziął czarną paellę, która smakowała jak zwykła, tylko, że była czarna, a ja to właśnie wspomniane, zawsze półtwarde mięso z grilla (na temat tej knajpy postu nie będzie, zarobiona jestem – sezon na rezerwowanie kitesurfingu się zaczął, więc muszę wprowadzić eliminację tematów zbędnych, bo mam dużo pracy).

No to idziemy jeść!

Tapas i Lizarran - Lizarran i tapas. Wyszukajcie w Google.

Lizarran, bo o tym miejscu mowa, to miejsce, które Was zaskoczy.

Lokal należy do sieci, która działa już od 25 lat i ma kilkadziesiąt lokali na terenie Hiszpanii oraz na Wyspach Kanaryjskich. Sieciówka sieciówką i działa na zasadzie franczyzy, ale McDonald to nie jest, o nie nie. Takie sieciówki to ja bym chciała mieć w kraju na każdej ulicy w zamian za kolejnego McDonalda (będzie nowy na Grodzkiej, przy placu Dominikańskim – kto na to „coś” wydał zgodę nie wiem, ale sporo wziął pod stołem do kieszeni. Nie uwierzę, że nie... Grubą łapówkę węszę...).

O dziwo, nie natknęłam się na żaden lokal z szyldem Lizarran w żadnym innym mieście w którym byłam, co tylko dobrze o nich świadczy, bo nie idą na ilość, ale na jakość. Może to i brzmi jak puste słowa, ale taka prawda. Stwierdzam tak, bo to co robią jest po prostu fantastyczne. I proste.

Koncepcja lokalu jest prosta – są stoły, jest tradycyjna długa lada z wyłożonymi tapasami, przy której można siedzieć lub stać, jest wino. Żeby zrozumieć koncepcję tapasów muszę wspomnieć o jednym – w zależności od miasta w którym się znajdujecie tapasy mogą był płatne lub darmowe, jeśli zamawiacie jakiś alkohol. Zaznaczam, że nie jest to złota zasada, ale jeśli zamawiacie np. wino i ktoś Wam do tego poda zakąskę, to ta właśnie jest gratis. Ta zasada wg mnie panuje w Lizarran. Tak pokazał rachunek.

 

 

Trzeba jeszcze wspomnieć o nazewnictwie. Raciónes to porcja na talerz (można też poprosić o pół porcji), pinchos, czyli zakąski na wykałaczce lub patyczku do szaszłyków (często to ser, szynka itp.) oraz właśnie o tapas, czyli coś co jest przeznaczone na jeden kęs (może na dwa) i zazwyczaj jest na bazie bagietki.

Jedno miejsce, tyle wspomnień.

W Lizarran na ladzie leżą talerze i każdy kto ma ochotę może podejść, nałożyć sobie porcję i pójść do swojego stolika. Tak, mi też się nasuwa pytanie jak wygląda kontrolowanie tego, ile ktoś wziął, ale nie zamierzam tego analizować, bo fakt faktem wydaje mi się, że zapłaciliśmy mniej niż powinniśmy byli zapłacić. Tutaj właśnie wracam do koncepcji wino + tapas gratis, bo zjedliśmy naprawdę sporo, ale również sporo wypiliśmy, a policzono nam za 5 sztuk, co zdecydowanie nie było tym co pochłonęliśmy.

Samo miejsce jest po prostu relaksujące. Czujesz się tutaj swobodnie, drzwi są otwarte, na zewnątrz siedzą ludzie, w środku siedzą ludzie, wszyscy się śmieją albo rozmawiają, obsługa jest uprzejma, sączysz swoje wino, które nota bene jest świetne (Hiszpanie nie produkują kiepskiego winna i nie sprzedają w barach byle czego). Nagle rozlega się dźwięk dzwonka i czujesz się jak na austriackiej łące pośród stada krów. Nie żartuję…

Z błogiej atmosfery i lekkiego rauszu wybudza Cię dzwonek o głębokim tonie, który oznajmia, że nowa porcja tapasów, których nie ma na ladzie (czyli seria limitowana) wychodzi na salę. Kelnerka podchodzi do gości i proponuje. Kto chce ten bierze, kto nie chce ten nie bierze. Pełna dobrowolność. Niby nic wielkiego, ale fantastyczne jest to, że ktoś to wymyślił. Takie małe rzeczy oswajają z miejscem i zostają w głowie. Dla mnie Lizarran od tego momentu od zawsze będzie „miejscem z dzwonkiem”.

 

Zapamiętać ile się da.

Czym jeszcze będzie? Kieliszkiem wina rozmiaru słoika, bo „panu się nalało”. Jego niezadowoleniem, gdy poprosiłam o umycie kieliszka, bo nie znoszę, gdy ten jest brudny, gdy mi nalewają wino z innej butelki. Tym momentem, gdy z  niezadowoleniem wziął go do ręki, sparzył wrzątkiem z ekspresu i przepłukał wodą z lodem, żeby nie był ciepły.

Pastą jajeczną na chrupiącej (glutenowej rzecz jasna) bagietce, która sprawiła mi nieziemską wprost radość. Limitowanym tapasem z kiełbaską pękającą jak te wiedeńskie, obryzgując mi twarz tłuszczem.  Całą grupą Rosjan, która przyjechała do Figueres, bo Gala Dali, muza i żona Salvadora Dali była Rosjanką, więc i Rosjan tu sporo (i kelner mówi płynnie po rosyjsku). Lizarran będzie też facetem obłapiającym swoją kobietę przy barze.

Będzie ostatnim moim wieczorem w Katalonii przed przekroczeniem granicy. Idealnym wieczorem. Wymarzonym zakończeniem hiszpańskiej podróży.

 

Potem jest już tylko lepiej.

A co po tapasach? Idźcie na miasto. Nie ważne, że będziecie zawiani i będziecie szli wężykiem. Nie istotne. Pewnie gdzieś natkniecie się na lody, może usiądziecie na schodkach, żeby chwilę odpocząć, może usłyszycie koncert i wejdziecie w bramę, za którą zobaczycie scenę i dziki wprost tłum. Pewnie usłyszycie ostatnią piosenkę (może i jedną z repertuaru The Beatels, tak jak my).

 

 

Powiem Wam jedno – po tapasach i winie w Lizzaran wszędzie będzie Wam dobrze wszędzie, o ile weźmiecie ze sobą swojego człowieka. I nawet 1 100km, które będziecie musieli przejechać kolejnego dnia na trasie Figueres – Stuttgart nie będzie Wam ciążyło na barkach. Wspomnienie tego miejsca i fantastycznego wieczoru wszystko Wam wynagrodzi.

P.S. Po 3-4 kieliszkach wina nie ma kaca o ile trzymasz się złotej zasady – ile wina wypijesz, tyle samo wypij wody. Tego uczą włoskie degustacje wina, w winnicy, z gospodarzem, który specjalnie dla Ciebie otwiera beczkę ;).


Jak dojechać (a raczej dojść)?

ADRES:

Narcís Monturiol, 3,

17600 Figueres, España

mob.: +34 972 50 66 67

Godziny otwarcia:

niedziela: 12:00 - 00:00

pozostałe dni tygodnia: 09:00 - 00:00

www:  Lizarran.es

FB: Lizarran Figueres