qrudo_food_and_wine_krakow

Qrudo (pl) | Food & wine? Znajdziecie je tutaj.

Nie o tym miało dzisiaj być, ale cóż. Zamiast podróżniczo, będie kulinarnie. I smacznie...

Ah, są takie dni, kiedy niestety pisanie wg planu nie wychodzi, bo w głowie masz wydarzenie poprzednich dni i po prostu musisz napisać to, co masz w głowie.

 

Zapraszam Was dzisiaj na moją kolację urodzinową, czyli czwartkową. Znaleźliśmy nowe miejsce na mapie Krakowa i powiem Wam, że chyba najlepsze do tej pory, ponieważ kompletnie nic nas nie rozczarowało.

Urodziny mam, więc co? W miasto?

Tak. 11 sierpnia to mój dzień. Wiecie... Perseidy, wpływ gwiazd i oto rodzą się lwice i lwy w ten właśnie dzień. Jestem perseidowym dzieckiem.

 

A więc na tę kolację nie mamy planu. Z resztą jak zawsze. W domu zostawiam kwiaty, a na palcu niosę coś, co będzie tylko moje i nawet jeśli ITMan będzie daleko, to będzie zawsze ze mną. Nie, nie wychodzę za mąż. Dokumentowanie przed kimś swojego wieloletniego związku nie jest mi do niczego potrzebne, za to małe coś, tak. Z przyjemnością ponoszę.

 

Z uśmiechem na ustach idziemy więc przez nasz Kazimierz i szukamy tego miejsca. Tego najlepszego na dziś. Odwiedzamy kilka restauracji. W jednej jak zawsze bez rezerwacji nie ma szansy dostać stolika. Z innej rezygnujemy, bo o ile jedzenie jest świetne, to wino niestety jest kosmicznie drogie, a po Hiszpanii niestety nie ma szans przeżyć dnia bez wina. Z trzeciej wychodzimy, bo kompletnie nie ma atmosfery, a jedyna osoba na sali to kelnerka, która nie wygląda na kelnerkę.

 

Idziemy więc tam, gdzie już nieraz chcieliśmy pójść, ale z jakiegoś powodu wybieraliśmy inne miejsca. Wybieramy Qrudo, ostatnio bez ani jednego wolnego stolika, ale to czwartek, więc miejsce dla nas jest.

 

Sprawdzamy menu stojąc przed wejściem. Kilka dań dla mnie, kilka dla niego, ale to obecność tatara w karcie podejmuje za nas decyzję. Dobry tatar wołowy to jest to. Więc wchodzimy, ale zanim siadamy jeszcze dla pewności proszę o kartę win, tak dla pewności, żeby się jednak nie rozczarować i w tym właśnie momencie wiem, że do tego miejsca będziemy wracać. Po prostu winny raj!

 

To jakie wina proponuje Qrudo możecie sprawdzić tutaj. Więc co? Przekonani? My wchodzimy dalej.

Drogi gościu, proszę usiąść. Zapraszamy.

Prosimy o stolik dla dwojga, w cieplejszym miejscu, bo w tym roku sierpień Krakowa nie rozpieszcza słońcem, więc nie usiądziemy na zewnątrz, choć to właśnie ogródek zawsze sprawiał, że się zastanawialiśmy. Do sali prowadzi nas kelner, na stolikach pełne nakrycia czekają na innych gości, a nasz stolik czeka na nas pod ścianą. Może to dziwne i nieistotne, ale cieszy mnie fakt, że kieliszki czekają na gości odwrócone kielichami w dół. Tak powinno być. Tak jest w całym południowym świecie, niezależnie od tego ile gwiazdek i pozytywnych lub negatywnych recenzji restauracja zebrała.

 

Siadamy, dostajemy karty i mamy czas. Tak, tutaj mamy czas na ważne rzeczy, które robi się w restauracji, która ceni swoich gości. Na omówienie karty, na zastanowienie się, na znalezienie tego czegoś dla siebie. W międzyczasie pada pytanie o napój, ten który się popija zanim złoży się zamówienie, i może popełniamy faux pas, ale u nas wino pija się codziennie i nie tylko do obiadu, więc od razu zamawiamy butelkę. No dobrze, woda też będzie, tylko chwilę później.

 

 

Jeśli wino jest dobre, to jedzenie nie może rozczarować. Kto poznał tę zasadę, wie gdzie jeść.

Wybieramy Montepulciano d’Abruzzo, bo jeśli cokolwiek świętować to czymś dobrym, czymś smakującym rozkosznie włosko, choć kuchnia w Qrudo do włoskiej nie daje się porównać. Chwilę potem przy stoliku kelner prezentuje etykietę, nalewa, degustuję, chwila, moment i już wiem, że wybrane Gran Sasso to idealny wybór na dzisiejszy wieczór. Rocznik 2014, niezbyt nachalne w smaku, nie taninowe, długie, rozkosznie i głęboko owocowe. Prawie uwierzyłabym, że joven, gdyby nie było włoskie i gdyby to nie było Montepulciano d’Abruzzo. Wino świetne, kelner uprzejmy i nienachlany, zostawia korek napełniwszy nam kieliszki i daje nam czas.

 

 IMG_6865_Fotor

 

Uwielbiam, gdy ktoś daje mi czas. Gdy nie każe mi czytać karty w pośpiechu, gdy mnie nie pogania. Idealnie jest, gdy zaczynam czuć, że w sumie to nikomu tutaj nie przeszkadzam, a mój stolik nie jest przeliczony na typową konwersję "klient/m2 lokalu daje xxx pln". Jeszcze chwila, moment i w odpowiedniej chwili możemy złożyć zamówienie.

 

Zamawiamy 2 tatary na start. Pierś z kaczki na marchewkowym puree z warzywami w tempurze dla mnie i pierogi z gęsiną dla niego. Coś, na co każde z nas miało ochotę.

 

Zostajemy zapytani, czy jedliśmy już tutaj tatara. Oczywiście, że nie. A w czym problem? Tatar w Qrudo jest bez żółtka, czyli to nie jest typowy tatar. Kelner opowiada o różnicach w przygotowaniu i podaniu (jak ja uwielbiam, gdy kelner wie co podaje :)). Nietypowy tatar? Tym bardziej poprosimy, jakże by inaczej.

 

Już marzę o smaku tatara w wydaniu włoskim, takiego robionego w małej kuchni, w małej restauracji, na Piemonckim wzgórzu. Czy to będzie to samo? Czy da się porównać? Albo czy należy w ogóle szukać podobieństw?

 

Kelner odchodzi, a my się cieszymy, bo nudy na talerzu nie lubimy choć jadamy prosto. Lubimy restauracje, które nie boją się eksperymentować, ale nie lubimy tych, które spolszczają zagraniczne dania argumentując „robimy na sposób taki, a siaki, z innego regionu, nie szukajcie u nas smaków, które znacie, bo my mamy skądinąd”. Nie prawda. Po prostu spolszczają licząc, że ludzie nie podróżują i nie jadają w restauracjach w innych krajach.

Przystawka... Czy smakowało? A jak Pan myśli, skoro się uśmiecham?

Zostajemy sami i jest nam tu dobrze. Być może długo czekamy na tatara, ale w przypadku tatara im dłużej tym lepiej. Kto nie jadł tatara wcześniej, a zamierza spróbować, niech się nie denerwuje za pierwszym razem. Im dłużej się czeka tym mięso lepiej przygotowane, tym mniej mięsnych nitek i tym lepszy smak.

 

 IMG_6871_Fotor

 

 

Czy kłamię? Nie. Tatar w Qrudo to marzenie, nie rozczarował ani trochę. Przychodzi do stołu w szerokim talerzu, porcja jest naprawdę spora, oprószona okruszkami bagietki i szczypiorkiem, zatopiona w ciemnym sosie (zredukowany sojowy?) z dodatkiem anchois. Sposób podania tylko podsyca głód, a potem to już tylko rozkosz, bo… mięso rozpływa się w ustach, jest idealnie doprawione, niczego nie brakuje i nic się z niczym nie gryzie. Poza dolaniem oliwy, co robię każdemu daniu, niczego się nie szuka. Smaki idealnie się uzupełniają. Jak dla mnie orgia.

 

Na koniec pada pytanie „czy smakowało” i ciężko przestać kiwać głową z uśmiechem na ustach pamiętając jeszcze ostatni kęs i to jak aromat rozchodzi się w ustach... Jak takie cudo mogłoby nie smakować?

 

Przystawka mogłaby nie znikać, mogłaby się duplikować, ale kaczka i pierogi oczekują na swoją kolej.

I oto nadchodzi to co będziesz wspominać.

Na danie główne nie czekamy długo. Kucharz ma idealne wyczucie czasu, bo po 10 minutach pojawiają się nasze dania główne. W takim czasie zdążysz zapomnieć o pierwszym daniu i zamarzyć o kolejnym. Czy wszystkie restauracje by tak nie mogły? A może chodzi o to, żeby jednak zdarzyło się takie Qrudo, do którego będzie się tęsknić już na drugi dzień? Pewnie tak.

 

Pierogi? Idealnie opieczone na gęsim tłuszczu, z aromatycznym mięsem, w niezbyt grubej skorupce, w ilości odpowiedniej. Nie jadłam, przyznaję, bo od mąki stronię, jeśli tylko mogę, ale zapach i relacja towarzysza sprawiły, że uwierzyłam, więc relacjonuję.

 IMG_6881_Fotor

 

Kaczka po prostu cudowna. Idealnie wysmażona, soczysta, w otoczeniu odpowiedniej ilości warzyw. Tak, aby się nasycić, ale i odejść z lekką tęsknotą za jeszcze jednym kęsem więcej. Tempura mistrzowska, smaki idealnie zgrane. Redukcja z granatu w połączeniu z puree daje wynik zaskakujący i uzależniający. Nieodmiennie zaskakuje mnie w dobrej kuchni to, że z prostych składników można zrobić tak idealnie komponujące się danie. Bo przecież marchewka jest nudna, prawda? Cóż. Tutaj to jest nieprawda.

 

 IMG_6882_Fotor

IMG_6889_Fotor

 

Deser? Oczywiście, że będzie, ale nikt nam nie każe zamawiać go 5 minut po zjedzeniu głównego dania. To z resztą byłoby barbarzyństwo. Smakowi takiej kaczki nie można pozwolić zlać się z kolejnym smakiem 10 minut po zakończeniu jedzenia. To jest w tym najlepsze. Można się delektować jej smakiem w ustach jeszcze długo po posiłku i dopiero kiedy wszyscy wiedzą, że moment jest odpowiedni, pada pytanie czy podać deser. Mamy czas porozmawiać, pobyć razem, bo przecież o tu w tym wszystkim chodzi. Po to dwie osoby wychodzą na kolację, żeby razem być, a nie tylko jeść. Tego uczy południe.

 

Proste zwieńczenie.

A na deser? Lody. coś prostego. Jedna porcja zadowoli dwie osoby. Niczego więcej nie potrzeba. Wybaczcie, zdjęcia nie ma i nie było w planie.

Raz jeszcze powtórzę, że obsługa jest wspaniała. Sprawia, że gość czuje się jak u siebie. Po prostu swobodnie, choć jednocześnie wie, że w każdej chwili może poprosić o pomoc. Niczego nie można zarzucić. Tego oczekuje się od miejsca, w którym chce się zjeść urodzinową kolację. Każdemu polecam i gwarantuję, że o ile lubicie taką kuchnię to wyjdziecie zadowoleni.

Wrócimy na pewno i to wkrótce. Dziękuję za idealną kolację, za to, że się Wam chce. Kolejne urodziny też u Was (chyba, że będę za  granicą, ale wtedy będę zaraz po powrocie).


Zdjęcie w nagłówku zostało pobrane ze strony internetowej restauracji.

Jak dojechać?

Adres:

ul. Wąska 2
31-057 Kraków

tel.: +48 12 431 05 37

@: qrudo@qrudo.pl