Bergamo (it) | 2 restauracje w Bergamo, do których kiedyś wrócę.

Dla mnie podróż to jedzenie. O winie nie wspominam, bo to przecież oczywisty składnik każdego posiłku.

Gdybym tak miała podsumować swoje podróże, to mogłabym z czystym sumieniem powiedzieć, że kręcą się one wokół jedzenia. Dosłownie. #ITMan mogący jeść rano i wieczorem to nie ja, mająca swoje przyzwyczajenia i musząca zjeść o swoich porach. Teraz w 2016 i tak jest lepiej niż dawniej, gdy jak niemowlę musiałam jeść 5 razy dziennie i zawsze o tej samej porze. A co się działo gdy nie było niczego do jedzenia, np. w trasie? Nie chcecie wiedzieć.

 

Obecnie bardziej niż na porze jedzenia skupiamy się na jakości, dlatego też będąc poza domem, gdziekolwiek jesteśmy, wybieramy miejsca, które z czystym sumieniem polecimy wszystkim. Są miejsca w których jemy, ale których nie polecamy, nie dlatego, że nie smakowało, ale np. dlatego, że coś nie współgrało, np. atmosfera była kiepska, obsługa powolna, albo coś innego było nieodpowiednie i nie mamy po prostu swojego zdania, choć wiemy, że jedzenie było "poprawne"... No właśnie... Jedzenie przygotowane poprawnie to jednak nie wszystko.

 

To co przedstawiamy Wam poniżej, to 2 najlepsze miejsca w Bergamo, w których jedzenie, ale też inne aspekty tych miejsc, polecamy z całego serca. Jedzenie, atmosferę, podejście do lokalnych produktów, brak chemii w smaku (i zapewne w składzie).

 

Tak więc, idziemy dobrze zjeść. Kolejność nie jest przypadkowa. #1 przypadł najlepszej, #2 świetnej. Żadna nie jest gorsza od innej, ale każda ma coś innego. Wszystkie serdecznie polecam.

#1 | Al Vecchio Tagliere

Ukryta, choć nie trudna do znalezienia, jeśli się patrzy uważnie. Wydająca się małą, a będąca dużą. Z całą pewnością domowa, proponująca dania takie, jakie przygotowały lombardzkie matki lata temu.

 

Znaleźliśmy ją przypadkiem, ale szukaliśmy jej przez prawie dwie godziny. Mogliśmy wybrać inaczej, ale zgodziłam się szukać tak długo, aż znajdziemy tę idealną (tak, już się na to godzę bez słowa). I po dwóch godzinach chodzenia po dwóch dzielnicach znaleźliśmy.

 

Przychodzimy późno, bo po 20:00 w dniu roboczym. Bergamo pomimo, że jest miastem, o którym się mówi coraz więcej i które w weekendy jest naprawdę zatłoczone, w tygodniu cichnie i się uspokaja. Jeśli do tego pada (a na taką pogodę trafiliśmy) to robi się naprawdę spokojnie. Tego dnia trafiamy na przelotne opady. Mamy ze sobą parasol, ale chwilowo jest spokojnie, światła latarni odbiją się od mokrego bruku i wszystko jest spowite jakąś dziwną, cichą atmosferą. I jest pięknie.

 

 

 

Wchodzimy w wąską bramę w kamienicy, na której końcu widać jakiś ruch, jedną lub dwie pracujące osoby. Widać ruch za ladą, więc liczymy na to, że jeszcze jest otwarte. I jest, ale jest pusto. Trochę magicznie, bo czujemy się po chwili jak jedyni ludzie na ziemi.

 

Wchodzimy do lokalu, zza kontuaru wita nas szeroki uśmiech właścicielki lub innej osoby, która tutaj pracuje. Widać, że zaczynają sprzątać, ale nikt nie daje nam odczuć, że powinniśmy się spieszyć, albo, że przeszkadzamy. Włoska gościnność.

 

W środku oprócz nas nie ma już nikogo, ale niewiele później jeszcze pojawiają się kolejni goście.

 

Siadamy do stołu, a po chwili podchodzi do nas kelner. Rozkłada serwetki, podaje nam karty, a po chwili pojawia się typowa koperta. Chleb, oliwa, sól. Dawniej się buntowałam na słowo koperta i 2 dodatkowe euro za osobę doliczone do rachunku, ale już mi przeszło. Zakochałam się we włoskim chlebie i oliwie i, o ile normalnie nie jem żadnych produktów mącznych, we Włoszech nie umiem sobie tej przyjemności odmówić. Chleb w Bergamo (a więc podejrzewam, że w i całej Lombardii) jest też produkowany z kukurydzy (to zboże lokalne) i jego smak jest niesamowity, połamane ziarna kukurydzy chrupią pomiędzy zębami i zaraz się rozpuszczają. Coś wspaniałego.

Karta mówi, że jest dobrze.

Bergamo to polenta. Polenta to Bergamo. Skoro kukurydza to i kasza z kukurydzy. Całe miasto jest tym produktem udekorowane w wydaniu słodkim i wytrawnym. Tak samo jak karta w Al Vecchio Tagliere. I dobrze, bo lokalne dania mają być lokalne i basta. Kuchnia francuska we Włoszech pasowałaby mi tak samo, jak kuchnia polska we Włoszech, czyli wcale.

 

Nie eksperymentujemy. Obydwoje zamawiamy to samo i żadne z nas nie jest rozczarowane. Wybraliśmy Ciccio del Tagliere, wołowinę zakręconą na długim kiju, coś a’la szaszłyk. Mięso jest wyśmienite, podane z ziemniakami w rozmarynie, polentą, jako nieodłączną część chyba każdego podawanego tutaj dania i z mała sałatką. Dla siebie domawiam jeszcze insalata mista.

 

 

Smak? Wołowina tak delikatna jak cieniutko rozbity plaster kurczaka, z kawałkami mniej i bardziej tłustymi, idealnie wysmażona. Porcja wydająca się na małą wcale taką nie była. Wszystko idealnie doprawione, idealnie dosolone, żaden smak nie dominował nad innym. Polenta? Spodziewałam się paćki o niezidentyfikowanym smaku (nie przepadam za kaszami żadnego rodzaju, dlatego też ich nie jadam), ale ten smak mi nie przeszkadzał. Nie zakochałam się w nim i do niego nie tęsknię, ale ten orzechowy posmak polecam tym, co lubią tego typu dodatki do dania.

 

Białe wino domu, które zamówiliśmy do kolacji idealnie pasowało. Mówi się, że białe wino do mięsa białego, czerwone do czerwonego, ale według mnie wszystko jest kwestią gustu i generalizowanie nie ma najmniejszego sensu.

 

Kawa na koniec to bardzo dobry wybór. Włochy mnie nauczyły, że ten mały rytuał fantastycznie podsumowuje cały posiłek, a do tego idealnie się po nim trawi. Podczas tego wyjazdu nauczyłam się pić espresso i jak tylko wymienię w domu express zacznę pijać espresso, a nie americano.

 

Koszt naszej kolacji to około 45 euro.

Co się nam podobało jednak najbardziej?

#1 - Szacunek do lokalnej kuchni, do podtrzymywania lokalnych tradycji i z całą pewnością umiejętność tworzenia wyśmienitych smaków z naprawdę prostych składników, bo to wszystko było tak naprawdę proste. Do tych prostych składników podchodzi się tutaj uczciwie. Nie próbuje się ich modyfikować, przerabiać, polepszać. I dlatego jest tak smaczne.

 

#2 - Spokój, w jaki obsługuje się gościa. Czułam się tutaj jak u siebie.

 

#3 - Uczciwe ceny za bardzo dobry posiłek i jakość wykonania. Nasze dania były po prostu pięknie podane.

Jak dojechać?

Adres:

Piazzetta Manzù, Via Sant' Alessandro 13
Bergamo

 

Godziny otwarcia: ponoć zawsze otwarte
mob: 320 1163484

@: bergamo@alvecchiotagliere.it

Poniższa mapa pokazuje trasę pieszą zaczynającą się przy Porta Nuova. Jeśli wybierzecie hotel zlokalizowany z dala od centrum dojedźcie autobusem do Porta Nuova (największy punkt przesiadkowy w Bergamo, pomijając dworzec) i kierujcie się na starówkę.

#2 | Trattoria Caprese

W Bergamo deszczowo miało być i było. Prognozy pogody nas nie rozczarowały, oj nie. Nie wychodziliśmy bez parasola, ale zdarzało się, że przez kilka godzin go nie wyciągaliśmy z plecaka, po to, żeby później musieć go sobie wydzierać, albo niemal przyklejeni do siebie iść przed siebie.

 

Do Trattorii Caprese trafiliśmy w okropną niedzielę, gdy wszystko mówiło, że na słońce nie możemy liczyć. Po godzinie poszukiwania restauracji poleconej przez kogoś i jej nie znalezieniu, szliśmy przed siebie byle znaleźć cokolwiek, a Trattoria wyrosła przed nami niczym miejsce odkupienia, w którym chcieliśmy przesiedzieć do końca deszczu. Mi się spodobało, #ITMan mówił, że on nie chce, ale niemniej jednak po wymianie zdań zdecydowaliśmy się wejść. Jakby nie było obeszliśmy całe Bergamo wzdłuż i wszerz, więc już byliśmy w stanie stwierdzić, czy za zakrętem jest szansa na jakąś restaurację czy nie. I nie było.

 

Tłok to mało powiedziane. Każdy stolik zajęty, ogromne sale wypełnione po brzegi, łącznie z tymi zlokalizowanymi na poziomie -1. Jeśli jest pełno, to po prostu jest smacznie, dobrze, niedrogo i stosunek jakości do ceny musi być dobry. Przyjaciele, rodziny, znajomi, pary. Przychodzi tutaj każdy, a kelnerzy mówią po angielsku.

Menu dnia lub wybór każdy. Każdy kuszący.

W tym konkretnym dniu mieliśmy okazję trafić na menu podawane a’la brunch (choć nie w ilości nielimitowanej), do tego jak wszędzie można było zamawiać z karty.

 

Zdecydowaliśmy się na wybór pierwszej opcji, chociaż podjecie decyzji trochę czasu nam zajęło, jako, że wybór jest szeroki, jak dla mnie nawet zbyt szeroki.

 

 

Jak wygląda wybór z menu dnia? Talerz kosztuje 10 euro i jest to porcja odpowiednia dla 2 osób. Wydawała nam się początkowo mała, ale nie, nie jest. Wybrałam dla nas plastry bakłażana przekładane mozarellą i pomidorami, ośmiorniczki w tempurze, cukinię (w czymś, nie wiem czym, ale w czymś dobrym), kałamarnicę, ośmiornicę, coś faszerowanego szpinakiem (dobre!!!), szprotki. To co wybraliśmy zostało podgrzane i podane nam chwilę później z małą sałatką. Do tego zamówiliśmy małą butelkę wina, a w połączeniu z przepysznym chlebem i oliwą dostaliśmy danie, które nasyciło nas nie mniej, niż kolacja w restauracji #1.

Co się nam podobało jednak najbardziej?

To nie jest trudne pytanie.

 

#1 - Świetna atmosfera, o którą dbali kelnerzy. Raz, że dbają o gościa i nie przeszkadzają. Wiadomo, że są i pojawiają się szybko. Jeśli są potrzebni, ale znikają, gdy ich pomoc nie jest potrzebna.

 

#2 - Nutella – nie wiem czy jest to stały punkt programu czy nie, ale o odpowiedniej porze pojawia się kelnerka z wiaderkiem Nutelli i naręczem widelców. Przechadza się od stolika do stolika, zazwyczaj wtedy, gdy widzi, że większość gości skończyła główny posiłek, zanurza widelec w Nutelli, zakręca, żeby nie kapało i podaje każdemu z gości. Coś świetnego! Podobnie goście częstowani są ciastkami, ale z racji, że byliśmy w trakcie dania nie zostało nam to zaproponowane.

 

#3 - Limoncello - na zakończenie kolacji (niezbyt śpiesznie, ale z racji na deszcz nie spieszyło się nam kompletnie) podano nam limoncello. Podano nam je nie pierwszy raz, ale wszędzie, dosłownie wszędzie, podaje się je w kieliszkach. Ale nie w Tratorii Caprese. Tutaj podaje się w butelkach 200ml i to w trzech. Limoncello tutaj ma 3 smaki – cytrynowy, melonowy i pistacjowy. I wierzcie, każde upija wprost idealnie, każde jest przepyszne i każde jest za darmo.

 

Na sam koniec wieczoru w restauracji, w której muzyka normalnie nie gra, puszczana jest taneczna piosenka. Kelnerzy zaczynają śpiewać, tańczyć na pustych stołach, machać rękami według mnie dając gościom do zrozumienia, że chcieliby już zamykać. I faktycznie, powoli goście zaczynają wychodzić nie czując się przy tym poganiani.

 

Trattoria Caprese Bergamo Workintraveller

 

Bardzo polecam to miejsce, tym bardziej, że dania, na które przyszło mi patrzeć wyglądały wprost świetnie i mam ochotę wielu spróbować. Gdyby nas było więcej podejrzewam, że wybraliśmy mieszankę owoców morza duszonych w winie. Muszle, ośmiornice, wszystko co rybiarzowi potrzebne. My tylko liznęliśmy.  Trattoria Caprese to sieciówka, ale takiej sieciówki jeszcze nie znałam.

 

Przepraszam za małą ilość zdjęć, ale szczerze mówiąc, był taki tłok, że każde wyciągnięcie aparatu sprowadzało się do ciskania w moją stronę gromów. Jak długo fotografowałam swój talerz było w porządku, skierowanie obiektywu w jakąkolwiek inną stronę mogło się skończyć tragicznie. Cóż, bywa i tak.

 

Jak się wraca z Trattorii Caprese? Długo, śpiewnie i w dobrym humorze. Przyjdźcie bo warto, choćby dla samego limoncello.

 

Jak dojechać?

Adres:

Via Daniele Piccinini, 2
Bergamo

 

Godziny pracy kuchni: 12:00 - 15:30, 19:00-00:30, zamknięcie 02:00

Otwarte 7 dni w tygodniu
tel.: 035 236 434 

@: bergamo@trattoriacaprese.it

Poniższa mapa pokazuje trasę pieszą zaczynającą się przy Porta Nuova. Jeśli wybierzecie hotel zlokalizowany z dala od centrum dojedźcie autobusem do Porta Nuova (największy punkt przesiadkowy w Bergamo, pomijając dworzec) i kierujcie się na starówkę.