Cinque Terre (it) | Kolorowa pocztówka z kolorowej Ligurii.

Skoro byłam w Cinque Terre to muszę o tym napisać, czyż nie? :/

Hmmm… Myślałam, że tego posta nie napiszę, że już wszyscy napisali tyle o Cinque Terre, że w sumie dla mnie nic nie zostało… Że swoim postem zbrukam to miejsce, bo patrzę jednak trochę inaczej i bardziej krytycznie i w ogóle... Inaczej. A "inaczej" nie wypada, tym bardziej, że Włochy to kraj mój ukochany i jak tu krytycznym okiem nań spoglądać (nie krytykującym, krytycznym), a tym bardziej mówić i pisać...

 

Przeglądając dzisiaj zdjęcia z tej wyprawy pomyślałam jednak „czemu nie?”. Czy muszę pisać tak samo jak inni? Chyba jednak nie o to chodzi, by zawsze się zgadzać. Od momentu, gdy zdałam sobie z tego sprawę poszło całkiem gładko, wręcz bezproblematycznie, istny słowotok. W sumie niezgadzanie się z wszystkimi wychodzi mi dość dobrze, więc i tutaj mogę zaprzeczyć ogólnie przyjętym tezom. A co mi tam.

 

Wolno mi, zapraszam więc :).

Najpierw znajdż na mapie miasto o nazwie La Spezia.

Nie ważne skąd startujecie, żeby tutaj się dostać prawdopodobnie i tak musicie dostać się do miasta o nazwie La Spezia. Bez tego miejsca nie ma Cinque Terre, chyba, że macie inny środek lokomocji niż pociąg, bowiem Cinque Terre samochodem jest praktycznie niedostępne. Helikopter też się nie przyda, chyba, że jak James Bond spuścicie się do wybranego miasteczka na linie, bowiem wszystkie 5 miasteczek jest wciśnięte pomiędzy wąską przestrzeń pomiędzy pasmem górskim, a morzem (skały schodzą wprost do morza). Jedyne co Was tam dowiezie lądem, a raczej tunelami, to właśnie pociąg z La Spezii, który co 15 minut zatrzymuje się na trasie, by kogoś zabrać lub wypuścić.

 

A więc zaczynamy naszą podróż i jedziemy autostradą z San Benedetto Belbo do La Spezii. Na pokonanie tych 210 kilometrów potrzebujecie około 3 godzin, w zależności od tego na jak wielkie korki przy zjeździe z autostrady w La Spezii natraficie. Na wysokości Genui będzie tłoczno, ale powinno być przejezdne (duży tranzyt w stronę Toskanii, ale również duży węzeł komunikacyjny i rozjazd na Mediolan).

 

 

Nie wiem co Wam mówiono o Włoszech, ale z uporem maniaka będę powtarzać, że jeśli każą Wam się trzymać z dala od centrum i zostawiać samochód poza nim, zazwyczaj jest ku temu cel, choć nie koniecznie Wasz. Jeśli tylko macie możliwość pchajcie się tak blisko centrum jak to możliwe, choć może to co piszę jest niepolityczne. Włoskie miasta są doskonale skomunikowane, parkingów jest wiele, więc i miejsca wystarczy dla każdego, jeśli tylko nie przyjdzie Wam do głowy wstać zbyt późno i być tutaj w samo południe, a nie rankiem. My zostawiamy nasz samochód w samym centrum, na parkingu pod dworcem La Spezia Centrale. Na peron mamy 3 minuty, wystarczy wyjść po schodach na górę, by ustawić się w kolejce po swój bilet. 

 

Zaopatrzeni, gotowi do drogi, teraz tylko potrzeba pociągu.

Dworzec jak dworzec, nie należy spodziewać się cudów, a jeśli nie znacie włoskiego to może być problem ze zrozumieniem podstawowych przekazów (wszystko po włosku), niemniej jednak nie powinniście mieć problemu z dogadaniem się po angielsku w kasie biletowej. Jak ją znaleźć? To proste, prawdopodobnie kolejka Wam powie, że to właśnie tam. Bilety na pociąg do Cinque Terre kupuje się bowiem w informacji turystycznej, która znajduje się na prawo od głównego wejścia na peron 1. Każdy, kto nie potrafi obsłużyć automatu do zakupu biletów (lub obawia się, że kupi zły bilet) idzie właśnie tam.

 

Kolejka nie znika szybko, niemniej jednak warto odstać swoje, ponieważ w komplecie do biletu dostaniecie mapę całego parku oraz „orario”, które wierzcie lub nie, przyda się. Bilet całodzienny, ważny 24h od momentu skasowania i ważny na wiele przejazdów (możecie krążyć pomiędzy miasteczkami w zależności od nastroju (i upału)) kosztuje bodajże 11 euro. Dużo, mało? Nie istotne. Możliwe, że po odwiedzeniu pierwszego miasteczka stwierdzicie, że to dobra cena i że dobrze, że macie taką możliwość, by w dowolnym momencie po prostu zmienić lokalizację.

 

Dobra rada - jeśli wozicie ze sobą w samochodzie zgrzewkę wody mineralnej, weźcie ze sobą tyle, ile dacie rady wrzucić do plecaka. Litrowa butelka na osobę to stanowczo za mało.

 

Przyjechaliśmy do La Spezii około godziny 10:00, odstaliśmy swoje, w odpowiednim momencie po 30 minutach (lentamente, tego słowa należy się nauczyć w pierwszej kolejności będąc we Włoszech) przyjechał pociąg, całe szczęście dwupiętrowy, choć i tak był zbyt mały. Całkiem spora część podróżnych i tak musiała dojechać do pierwszego miasteczka na stojąco. Ale co tam! Dla nas to pierwszy włoski pociąg, jakim mieliśmy okazję jechać. Nie jest źle! W drogę!

 


Jak mówi nazwa Cinque Terre (lub Park Narodowy Cinque Terre, o czym nie będąc tutaj wcześniej mało kto wie) to 5 miasteczek położonych nad brzegiem morza. Pierwsze w kolejce jest Riomaggiore i kolejno Manarola, Corniglia, Vernzanza i Monterosso.

 

Jak zacząć? Jak chcecie. Macie na to cały dzień lub więcej, jeśli zdecydowaliście się tutaj zostać dłużej. My nauczeni, że szybciej się wraca niż jedzie „do” zaczynamy od…. końca, wychodząc rzecz jasna z założenia, że jeśli ten tłum nas zbytnio zmęczy, to szybciej będzie się stąd uciekało.

A więc Monterosso al mare.

Co zastaliśmy na miejscu pytacie... Kto zgadnie jako pierwszy temu wyślę kartkę z Bergamo...

 

A więc wysiadacie na stacji, przepychacie się między kim? No oczywiście, pomiędzy wycieczkami z Japonii i nie dziwicie się już, gdy nie rozumiecie dlaczego ubrali się tak a nie inaczej, dlaczego zachowują się inaczej i dlaczego w tym oto upale oni jedni mają siłę, aby generować 95% hałasu, który roznosi się wokół Was. Ale wiecie co? Zaczynam się powoli do tego przyzwyczajać... Idziecie dalej, byle szybciej znaleźć jakąkolwiek ciszę.

 

Jako, że pas oddzielający stację od brzegu morza to około stu metrów chodnika, plaży i kamieni, wychodzicie z dworca niemal na sam brzeg i myślę, że tak samo jak większość z gości możecie się zdziwić, że niemal całe nabrzeże w tym miasteczku to prywatna plaża, na której wylegują się Włosi z okolicznych miejscowości lub niestety, nie chcę generalizować, ale tak zwani „wymagający Francuzi”, którzy spoglądają na Ciebie, ociekającego skwarem człowieka, jak na robaka pod ich stopami.

  

Jesteście głodni? Możecie się na coś skusić, jeżeli niemal umieracie z głodu, jeśli jednak macie batona wgryźcie się w niego z uwielbieniem, z lubością przełykając myśl, że oto macie idealną wymówkę ku temu, by rozgryzać utwardzony syrop kukurydziany i maltodekstrynę. Przełykając wsiądźcie w pociąg i zawróćcie.

 

Właśnie dlatego zaczynanie od końca jest dobre. Jeśli coś was rozczaruje zawsze możecie sobie powiedzieć, że gorzej już nie będzie i zazwyczaj będzie to prawda. Tak więc my zamiast batona przełykamy hamburgera (on), sałatkę caprese (ja) i w tył zwrot. Umęczeni upałem nie weszliśmy w centrum miasteczka, ale na koniec dnia nie żałowaliśmy. Wiecie dlaczego? Bo nie bez powodu (wg. mnie) o Monterosso w kontekście Cinque Terre mówi się najmniej…. Albo wcale. Może kiedyś wrócę, gdy będzie chłodniej i zbadam to miejsce dokładnie, ale póki co zawracam.

Vernazza, amore mio...

Nie czekaliśmy długo na pociąg. Dane nam do ręki w kasie „orario” przydało się idealnie (zastanawialiście się kiedykolwiek ile sztuk dziennie takich dodatkowych materiałów się drukuje, skoro jeden bilet = jeden rozkład jazdy i jedna mapka? Niesamowite, ale tego musi być ogromna ilość....).

 - Kochanie, gdzie wysiadamy?

- A gdzie chcesz?

- Nie wiem, może Vernazza? Nie będziemy zawracać, a co dalej zadecydujemy później.

Wbiegamy na peron, pociąg właśnie się zatrzymuje, ale na czas jesteśmy i my. Jest i klimatyzacja. Można chwilę odpocząć, bo za za 10 minut kolejne hop-off.

Zaczyna mi się to podobać, choć gdy pomyślę o upale na zewnątrz tak sobie myślę, że to całkiem fajnie, że mieszkamy w Piemoncie i wieczorem, gdy wrócimy, będzie po prostu zimno. Niesamowite jaką różnicę temperatur potrafi stworzyć jedno pasmo górskie...

Wysiadamy. I zaczynam to czuć… Co z tego, że dookoła rozsiedli się turyści, że okupują każde schodki, każdy sięgający tyłka kawałek murku, a nawet chodnik. Nic z tego, gdy nad Twoją głową kolorowe, pocztówkowe kamienice, z których schodzi żółta, pomarańczowa i niebieska farba.

I te magiczne brązowe, często odrapane okiennice, małe balkoniki tak zastawione kwiatami, jakby miały udawać całą działkę na powierzchni 1,5 metra kwadratowego, maleńkie okienka z maleńkimi okienniczkami, w których… No tak, oczywiście.... z których starsze Panie podglądają szwendających się po ulicach turystów. Tak kochaniutkie, my też Was widzimy i pozdrawiamy z dołu :). Nie machamy, żeby Was nie zawstydzić, ale wiemy, że tam jesteście.

Czujecie to? Pewnie tak. Wiecie co Wam powiem na to? Dawniej miałam wyrzuty sumienia, gdy wchodziłam w takie miejsca. Czułam się jak intruz, ale nie wierzę, że mieszkańcy tego nie kochają tak samo jak i my. Oni podglądają nas, a my ich… Nie wydaje się Wam to swoistą grą, na którą wszyscy się umówiliśmy?

Nie do końca jest nam ta gra wygodna, ale to właśnie dlatego jest ona tak kusząca, żeby nie powiedzieć kręcąca.

- Kochanie, oni wszyscy mają lody…

- Widzę… chodź idziemy tam.

Nie, nie idziemy na lody. Dochodzimy do brzegu morza. Woda wije się tutaj pomiędzy skałami jak piskorz, nie odpuści żadnemu miejscu. Na brzegu łódki, na plaży smażą się ludzi, chyba mieszkańcy, a może i nie. Nie ważne.

Na wodzie motorówki, łódeczki i łódki. Jedne się ścigają, inne stoją niemal nieruchomo i jeśli masz to szczęście posiadać teleobiektyw wiesz, że niecałe 200 metrów od brzegu jakaś para opala się nago. Ale zdjęcia Wam nie pokażę, figa ;).

Będąc nad brzegiem możesz pójść w dwie strony – na prawo i na lewo. Wybieramy obydwie.

Najpierw na lewo. 50 metrów dalej nie ma już niczego prócz kamieni, więc odruchowo wspinasz się najwyżej jak można. Wspinasz się po schodach, idąc cały czas pod górę przeciskasz się obok kogoś, kto właśnie schodzi w dół. Nawet tutaj można się zgubić i nawet tutaj są hotele. Ci, którzy wymyślili sobie nocleg właśnie tutaj albo ciągną swoje walizki pod górę prosząc jakieś bóstwo, by to się już skończyło, albo cieszą się, że właściciel hotelu wysłał po swoich gości pracownika, ciągnie ich bagaże, albo sam będąc dobrym hostem zszedł na dół, by ich powitać i odciążyć.

Niech idą, my idziemy w drugą stronę.

Wychodzimy tak wysoko jak się da. A na górze? Tam da się wyjść jeszcze wyżej. Za całe 4 euro możecie wejść na szczyt górującej nad Vernazzą wieży. Dużo? Nie, nie bądźcie skąpcami…. Warto. Co widać z góry pokazuję Wam poniżej w galerii, ale zdjęcia to zdjęcia.

Przyjedźcie i sprawdźcie sami, ale o jednym, co z tego miejsca widzę doskonale, jednak muszę Wam powiedzieć. Kocham te włoskie balkoniki, mniejsze i większe, upchnięte na każdym niemalże dachu, na każdym wolnym centymetrze płaskiej przestrzeni, na których ludzie siedzą w ciągu dnia, piją wino i rozmawiają.

Mogłabym ich podglądać bez przerwy. Do tego wina mają kluski nie kluski, przyniesioną z dołu pizzę, proste rzeczy zebrane w swoim ogródku lub kupione na maleńkim stoisku… I tyle. To wszystko co wystarczy do szczęścia. Włochy umieją nauczyć prostych rzeczy i chyba to jest w tym kraju najcudowniejsze.

Zeszliśmy, wróciliśmy do punktu wyjścia. Co teraz? No to na prawo. Wchodzimy do maleńkiego kościółka (nie dam rady nawrócić ani siebie, ani nie nawracam Was, jeśli tego potrzebujecie, ale wejdźcie do środka). W kościółku panuje tak cudowna cisza spokój i chłód, że macie ochotę tutaj zostać i nie wychodzić. Jeśli weszliście, to posiedźcie chwilę, bo za chwilę trzeba będzie zmienić kierunek.

Uciekamy stąd. Pięknie tu, ale Cinque Terre należy zobaczyć przynajmniej 3 miasteczka, żeby nie czuć niedosytu.

Co teraz? Ene, due, wyliczamy. Riomaggiore. Jest już trochę późno, a to jedno z dwóch miasteczek, poza Vernazzą, które po prostu koniecznie należy zobaczyć. Jeśli będzie czas zobaczymy i pozostałe.

Na dworzec, hop-on, hop-off i już niemalże zaczynamy podróż od początku i to w zaledwie 20 minut? Idealne rozwiązanie.

Riomaggiore, pocztówkowy świecie...

Wychodzimy z pociągu i skręcamy w prawo. Przechodzimy maleńkim tunelem, w  którym przez moment można się poczuć jak w londyńskim metrze. W ogóle można się tutaj poczuć się jak w mini świecie. Gdzieś rozbrzmiewają skrzypce, które za kilka metrów cichną po to, żebyście mogli usłyszeć flet.

Tunel wyłożono kafelkami, niczym domy na portugalskich uliczkach i chwilę później pojawia się ono, najpiękniejsze z miasteczek Cinque Terre. Wiecie, że rzadko się rozpromieniam na myśl o miastach, ale to jest tak niewyobrażalnie pocztówkowe, że można zadać sobie pytanie, czy ono nie zostało stworzone na potrzeby turystów tak samo, jak cały świat Hobbitów w Nowej Zelandii (wybaczcie jeśli będę w NZ i tam pojadę… nawet jeśli to komiczne, tandetne i komercyjne to przecież rękę sobie dam uciąć za to, żeby nie czuć tych potwornych wyrzutów sumienia spowodowanych tym, że tam byłam i nie zwiedziłam miejsca o nazwie Hobbiton).

 Ale do rzeczy, o Riomaggiore ma być (jestem mistrzynią dygresji… wyprowadźcie mnie z błędu, jeśli się mylę).

 A więc… Riomaggiore to jak pocztówka znad niebiańskiej krainy i poradzę Wam dobrze i uczciwie, faktycznie zostawcie je sobie na koniec. Tak, żeby wszyscy inni byli już na tyle zmęczeni, żeby albo byli już w pociągu do La Spezzi, albo żeby przynajmniej siedzieli zmęczeni (i cisi) na jakimś kamieniu, w milczeniu. Godzina 16:00 na tę wizytę jest idealna, choć podejrzewam, że jak na całym południu i tak najpiękniej jest tutaj wieczorem.

Czy są tam cykady? Nie wiem, ale umiem je sobie wyobrazić. Siedzę przy stoliku nabijając na widelec zapiekaną w tempurze ośmiornicę, popijam wino, a one z uporem maniaka przygrywają mi do kolacji niczym El Mariachi. Muszę tę wizję wprowadzić w życie. W Umbrii wystarczy by zaszło słońce, żeby taką aranżację mieć za darmo co wieczór.

 

W Riomaggiore z całą pewnością należy przespacerować się główną ulicą, która poprowadzi Was na wzniesienie, z którego będziecie mogli spojrzeć na zatokę. Po drodze będziecie mogli zejść po kilku schodkach po kilku małych restauracyjek serwujących mediterranean slow food, czyli np. owoce morza podawane w rożku jak belgijskie frytki.

Jeśli będziecie woleli coś słodkiego, polecam lody. Szukajcie po waszej lewej, gdzieś w połowie drogi na wzniesienie. Nic nie smakuje tak włosko jak prawdziwe włoskie lody i choć obsługa jest zainteresowana sama sobą, z całą pewnością nie wpłynie to na smak tego, co zamówiliście. A jeśli macie ochotę na chwycenie czegokolwiek innego, to to cokolwiek też znajdziecie. 

Gdy już się posilicie zejdźcie tak blisko do morza jak to możliwe. Po waszej prawej zobaczycie skałę i wspinające się po wzgórzu kamienice. Tutaj możecie schować się przed słońcem, choć jest stromo, więc choć inaczej, gorąco będzie i tak. Ale nic z tego, bo i tak warto.

Jeśli tylko się wdrapiecie będziecie mieli stąd piękny widok na morze. Zobaczycie też z tego miejsca dworzec, a zaraz za nią ścieżkę trekkingową, bo nie wiem czy już się doczytaliście, ale Cinque Terre, będące przecież parkiem narodowym, ma swoje ścieżki i jeśli tylko macie siłę i wielbłądzią zdolność do magazynowania wody w porze upałów, to możecie każde miasteczko odwiedzić dochodząc do niego pieszo.

Jeśli się na to porwiecie to sprawdźcie uprzednio, czy cała ścieżka jest otwarta. Kilka lat temu Cinque Terre nawiedziła powódź (tak, też byłam zdziwiona, że to możliwe) i przez jakiś czas fragment trasy był zamknięty. Może od 2015 coś się zmieniło. Wtedy to jeden fragment był nadal zamknięty, a teraz.... Sprawdźcie bieżące informacje tutaj

Wracając z miejsca wskazanego na prawo i kierując się w stronę dworca (kierunki są oznaczone na domach, nie zgubicie się), poczujecie z pewnością urok i tę na wpół intymną atmosferę włoskich, wąskich uliczek i podcieni. Albo uliczek schowanych w podcieniach, jak wolicie. Ciężko tutaj stwierdzić, czy to po czym idziecie to chodnik, już ulica czy jeszcze czyjś ganek. 


Uciekamy, ale będziemy wspominać miło, jeśli nie najmilej. Już prawie 17:30. Pora zdecydować czy wracamy do domu, czy porywamy się na ostatnie miasteczko. Nóg już nie czujemy, ale być i nie widzieć… Szkoda tej okazji. Stracimy tylko jedno miasteczko, czyli które?

Ene, due… Wyliczamy, rzucamy monetą… Orzeł czy reszka? Kasujemy Manarolę, cofamy się do Corniglii.

Corniglia. Wisienka wyciągnięta w wiśniówki, gdy wszystkiego masz już dość.

Choć Riomaggiore zdecydowanie jest najpiękniejszym z miasteczek Cinque Terre, to jednak z jakiegoś powodu Corniglia jest moim ulubionym… Być może dlatego, że gdy już wspięłam się po tym milionie schodów na szczyt wzgórza, na którym Corgnilia jest zbudowana, i choć przez 3 dni chodziłam później jak kaczka, nie mogąc pokonać 3 stopni z powodu ogromnych zakwasów w łydkach, to wydała mi się ona najcichsza, najspokojniejsza i najbardziej kameralna.

Corniglia jest taka, wiecie… Normalna, już nawet nie pocztówkowa. Wiem, złudne to wrażenie, bo przecież wizyta w tym miejscu o godzinie 18:00 to niemal jak wizyta w niskim sezonie, gdy nie ma już turystów, a są Ci, którzy kochają ten kraj jak swój własny i zwiedzają go po to, żeby go poznać, a nie żeby przetoczyć się po tej zmieni razem z bliżej niezidentyfikowaną masą ludzką.

A więc po 30 minutach spaceru na szczyt, po odnalezieniu maleńkiego przesmyku pomiędzy budynkami, zobaczycie jak się żyje we Włoszech po godzinach.

Zamiast turystów zobaczycie mieszkańców wychodzących na uliczki i zasiadających przed domami na ławeczkach. Zazwyczaj będą to starsze Panie, które wiedzą doskonale, że w porze, gdy turyści atakują i zostawiają tutaj swoje euro, oraz gdy słońce praży niemiłosiernie, należy schować się w murach i nie ryzykować udaru.

Taki tutaj spokój zastałam. Gdybym tylko miała możliwość i gdybym miała tutaj zarezerwowany pokoik zostałabym po to tylko, żeby zasiąść przy stoliku i zjeść to, co zapewne jedna z tych przemiłych, uśmiechających się do wszystkich Pań ugotowała. Jedliście kiedyś prawdziwie domowe ragu? Bo jeżeli nie to żałujcie... Nie opowiem Wam jak to proste danie smakuje na włoskiej ziemi. Po prostu kupcie swój własny bilet.

Corniglia jest kameralna, na moje oko nieco mniejsza od pozostałych trzech, które widziałam, ma więcej zacienionych miejsc, w których można się schować. Po całym dniu w upale po prostu rozleniwia, sprawia, że ma się ochotę usiąść na schodach i nie ruszyć się z miejsca przed dość długi czas.

Już późno, więc pora wracać. Żeby dojść do peronu potrzeba minimum 20 minut, choć ponoć można dojechać, ale czy warto? Jeśli tylko podróżujecie bez dzieci to jednak warto zejść.

Cinque Terre - być czy nie być?

Czy warto poświęcić dzień, żeby tam się znaleźć? Tak. Zdecydowanie są tam też zwykli ludzie, którzy tam żyją na co dzień, nie jest to wytwór przemysłu turystycznego, choć tak jest sprzedawany.

Czy warto porwać się na to w sezonie wakacyjnym? Nie, choć dla wielu jest to jedyny z możliwych terminów. 

Czy są to prawdziwe Włochy? Wierzę, że tak, choć wolę ten ich fragment po 18:00 tak.

Czy warto tam wrócić? Sami zdecydujcie. Ja się wybieram poza sezonem.