Antibes (fr) | La Civette du Marché. Zamówiłam nam stolik w galerii.

W nietypowej aranżacji bez dodatkowej opłaty.

Co byście powiedzieli na to, gdyby ktoś postawił dla Was stolik pośrodku galerii i podał Wam posiłek, który będziecie wspominać jako wydarzenie samo w sobie?

Albo... co byście powiedzieli na to, gdyby każdy człowiek znajdujący się w Waszym otoczeniu był żywym eksponatem, który należy oglądać z największą dyskrecją?

Co byście powiedzieli na to, gdyby relacje międzyludzkie oglądane w danym miejscu były żywą instalacją, której żaden artysta nie jest w stanie oddać w zamkniętej formie obrazu, dźwięku i formy geometrycznej?

Co byście powiedzieli, gdyby Wam pozwolono to wszystko pomieszać z najlepszymi smakami i podlać białym winem? Co byście powiedzieli, gdyby za taką aranżację kolacji lub obiadu nikt nie zażądał od Was ani jednego dodatkowego euro? Macie ochotę? Wierzę, że tak.

 

Chodźcie. Zabieram Was na obiad w Marche Provincial.

Odległości w skali mikro. Formalności zero.

Niewiele kroków musicie zrobić wyszedłszy z Museé Picasso by się tutaj znaleźć. Nie wiem, może jakieś 200… małych… Obok drzewa z ławeczką w lewo, jeszcze pięćdziesiąt kroków i już. Małe to Antibes, ale jakże cudowne, bo wszędzie możesz dojść, nie musisz jeździć. Rower niekoniecznie Ci się przyda, więc może pomiń poszukiwanie wypożyczalni.

Wyszedłeś z zaułku, tak? Więc już jesteś na miejscu. Już jesteś w galerii wielorakości, różności, różnego spojrzenia na to wielkie słowo „sztuka”, przekaz, materiał, niezależnie od tego czy to metal, żelazo, drut, glina, gips. Cokolwiek tutaj zobaczysz będziesz się dziwił, że zasięg wyobraźni ludzkiej jest nieograniczony i z wszystkiego i zarazem z niczego, można zrobić coś. Jeśli to widzisz, to już znalazłeś Marche Provencal. Jeszcze nie wszedłeś a już Cię kusi, żeby podejrzeć co też zostało tutaj przywiezione kolorowym ogórkiem.

 

Marche Provencal stoi pomiędzy kamienicami na placu o tej samej nazwie. Na straganach i stoiskach lokalni artyści wystawiają swoje dzieła. Piękna, żywa i gwarna galeria czeka na Was.

Nie ma tutaj ani strażników, ani bramek bezpieczeństwa, ani biletów wstępu. Pokonujesz dwa stopnie i już jesteś „tam”.

Jedzenie jak sztuka, ale nie współczesna.

Sztuka w wielu wydaniach Was tutaj otacza, ale można założyć, że kuchnia lokalna (myślę tutaj też o całym regionie) też nią jest. Kilka restauracji znajdujących się na całej długości zadaszonego Marche Provencal serwuje potrawy z lokalnych składników, prezentując je tak, by każdy miał ochotę zasiąść do stołu i wybrać coś dla siebie...

Kuchnię południa kocham za to, że nie jest tworem, którego normalny człowiek nie rozumie. Jest czymś tak normalnym, że aż dziwnym jest, że niektórzy z jedzenia robią zabawę, albo wymyślają jego dziwne formy. Tutaj, na południu, kuchnia jest arcydziełem przygotowanym na zawołanie z najlepszych i najprostszych składników w maksymalnie 20 minut, bo przecież wszystko musi być świeże. Nikt tu nie destyluje czegoś by miało smak czegoś innego, nikt nie wkłada mięsa do azotu, nie podaje płonącego steku, ani też nie gotuje mięsa przez 3 godziny w worku próżniowym...

Arcydziełem jest ryba o smaku ryby i wino. To tego trzeba szukać. A jeśli jeszcze do tego masz szansę zjeść kawałek sztuki w otoczeniu sztuki? Po protu bajka. Oblizuję usta na samo wspomnienie miejsca, smaków i zapachów.

 

Decydując się na jedzenie tutaj musisz zgodzić się na to, że będziesz obiektem, tak samo jak każda rzecz tutaj wystawiana. Ale nie ma w tym nic dziwnego, ani sprośnego, ani dziwnego. Bo tutaj jedzenie miesza się z otoczeniem, więc i sztuka ożywiona, jaką jest każdy człowiek oblizujący palce nad swoim daniem budzi ciekawość przechodniów, którzy zaglądają do Twojego talerza po to, by za chwilę zająć stolik obok.

I jakoś nikogo to nie dziwi, nikt się nie buntuje, nikt się nie krzywi, za to często pojawia się uśmiech. Stoły są elementem wyposażenia tego miejsca i już, goście za to są ich chwilowymi najemcami. To normalne tak samo jak to, że mieszkańcy okolicznych kamienic siedzą w barze, przegryzają bagietki i piją kawę. Jeśli nie ma ich na plaży albo w domach, to są właśnie tutaj. Tak, oni są Twoimi muzealnymi obiektami, tak samy jak Ty jesteś ich. Różnica jest taka, że ty, jako obiekt jesteś elementem bardzo szybko zmieniającej się instalacji, za to oni są elementem stałej wystawy.

Cudnie tu i jak według mnie żadna restauracja, w której jedzenie muszę gonić po talerzu, nie wygra z tym miejscem.

Spośród wielu chcemy tę chyba najbardziej niepozorną. La Civette du Marché.

Spośród kilku restauracji wybieramy La Civette du Marché, niczym się nie wyróżniającą restaurację połączoną z barem, w której rozleniwieni Francuzi popijają małe czarne espresso wertując gazetę lub rozmawiając z barmanem. Karta nie odznacza się niczym specjalnym, w tym sensie, że wszystkie restauracje tutaj serwują dania z wyłowionych rano owoców morza i inne dania kuchni francuskiej, choć ryby królują. Moim marzeniem zawsze było, aby zjeść na Lazurowym Wybrzeżu coś rano wyłowionego - świeże ryby lub moje ukochane mule. I tak też wybieramy. Dzisiaj tylko mule ze standardowymi dodatkami.

 

Siadamy przy stoliku i z karty wybieramy te najprostsze, duszone w winie, z pietruszką. Podane z bagietką, frytkami i niczym więcej. Do tego karafka domowego wina. Jak dla mnie to danie idealne i jeśli już każecie mi wybierać, to zawsze wezmę mule i chyba nie zaryzykuję dodania do nich czegoś, co zmienia ich smak.

Godzinę na to danie należy poświęcić, ale po skończeniu będziecie najedzeni jak po steku, bowiem podana w żeliwnym garnku potrawa ma ogromne rozmiary. Bagietka, może i dla wielu zbędna, tutaj jest obowiązkowa, bowiem sosu zostawić nie wolno. Równie dobrze można by się pozbyć złocistej skórki na udku z kurczaka. Tak się po prostu nie robi, bo w sosie jest cały smak.

 

Za całość płacimy około 25 euro, może 30. Za tę cenę w Polsce dostaniecie porcję około 500g, tutaj z całą pewnością dostaliśmy około 750g lub więcej.

Najprostsze dania są najlepsze. Rozkoszujcie się, bo przecież życie musi mieć smak.

Można patrzeć godzinami.

I jak tu nie delektować się posiłkiem, nawet tak angażującym, gdy dookoła tyle ciekawych rzeczy, a ludzie zachowują się tak, jakby jutro nie istniało? Jakby dzień dopiero się zaczął i miałby trwać przez kolejne godziny?

Jak tu się nie uśmiechać, gdy wszyscy dookoła się uśmiechają, pozdrawiają, rozmawiają, dobrze się ze sobą bawią, nawet jeśli są w pracy i wyszli na chwilę z pracowni, by pozdrowić znajomego i zamienić z nim kilka słów. Jak tu być smutasem, gdy życie jest takie piękne? Nie da się.

 

Chwytajcie dzień, cieszcie się każdą chwilą i raz na jakiś czas wybierzcie się gdzieś na dobre jedzenie. Najlepiej tam, gdzie jest pozytywnie. Czasem jednak bardziej zielono jest za miedzą, ale nawet jeżeli obcą miedzę należy opuścić, zostawia ona w pamięci tyle smaków i doznań, że później już trudno nie pakować walizki i czekać na więcej i więcej.


Odwiedziliśmy Marché Provincal w porze obiadowej, jednakże każdego ranka w porze letniej odbywa się tutaj targ, na którym można kupić lokalne produkty, głównie spożywcze. Jeśli chcecie pójść w nasze ślady pojawcie się tutaj nieco później, gdy targ zmieni swój charakter.

 

A jeśli chcecie zobaczyć i jedno i drugie po prostu poświęćcie temu miastu dwa dni i zostańcie na noc.