Nomade in Antibes Workintraveller

Antibes (fr) | 3 najpiękniejsze miejsca. Kropka.

Inny punkt widzenia.

Kiedy podróżujesz wszystko jest możliwe i wszystko jest niemożliwe. Przeciwieństwa przyciągają się nawet w podróży i często są z Tobą niezwiązane. Często obserwujesz je tylko w danym momencie, w danym dniu, o danej minucie, która dla nikogo innego nie będzie taka sama i dla nikogo innego się już w takiej samej formie nie powtórzy. Jakakolwiek ta chwila jest, jest taka a nie inna tylko dla Ciebie. Nawet jeśli w tym samym czasie byłeś gdzieś z drugą osobą, tylko dla Ciebie ta minuta będzie taka a nie inna.

To o czym piszę nazywa się różnorodność i różny punkt widzenia. Jedno i drugie zależy od tego jakie masz doświadczenia i czego szukasz w życiu, na co zwracasz uwagę i co w danym otoczeniu chwyta Cię za serce.

Dzisiaj przedstawię Wam 3 miejsca, które w Antibes chwyciły mnie za serce, uwiązały, i jeśli wrócę do tego miasta, to na pewno wrócę i do tych miejsc.

Wysłałam Was w tamtym tygodniu do mariny, miejsca, które w środku dnia wygląda leniwie, pewnie po to, żeby w innych porach dnia wyglądać zupełnie inaczej (wybiorę się kiedyś tam wcześnie rano i wieczorem i sprawdzę co się  dzieje). Dzisiaj zaczynamy w tym samym miejscu.

 


 

Moim szczęściem było być tutaj, w Antibes, w połowie dnia, w chwili, gdy wszystko żyje, pulsuje, promienie słońca padają na barki i je lekko przypalają, gdy niebo jest bezchmurne i wydaje się być upałem przesłonięte. Mgła, która widoczna jest tylko dla oczu, bo wilgoci w powietrzu nie ma i jest sucho jak na Saharze, mimo, że kilka metrów dalej morze uderza o brzeg.

 

Nomad. Wiele znaczeń i wyobrażeń. A najprawdziwsze jest Twoje.

Wiecie, dokąd Was wysyłam, prawda? Tak, wysyłam Was do Nomada, który siedzi na szczycie Bastion St-Jaume jak strażnik miasteczka i mariny, spogląda uważnie w morze i kontroluje co się dzieje dookoła. Widać go z daleka, nie da się go nie zauważyć. Siedzi i nic nie mówi, choć cały składa się z pomieszanych ze sobą słów. Można z nich ułożyć niezliczoną ilość wierszy, rymowanych i białych, powieści i historii miłosnych, listów do przyjaciół i osób zupełnie obcych, pism urzędowych i innych przekazów słownych, które niekoniecznie musimy lubić.

Nomad ma w sobie milion liter, a nie składa z nich słów i nie mówi nic. Siedzi w ciszy, pozwala nam do siebie (dosłownie) wejść, ale nie powie ani słowa, choćbyśmy go prosili. Ale to nie ważne, rekompensuje nam swoim stoickim wszystko, sprawdźcie sami. Chyba niezbyt wiele osób ciszę tę rozumie i dlatego nie ma przy nim zbyt wielkiego tłumu, choć dzień jest ku temu odpowiedni. Ale to lepiej, ja tak wolę. Zaczynam rozumieć co autor miał na myśli zamykając słowa w kształcie i pozwalając słońcu bawić się nimi jak puzzlami o zmiennych kształtach. Żadne słowa tego nie wyrażą.

 

 

O Nomadzie możecie poczytać tutaj. Tak, wiem, że pewnie „czytam” go inaczej i mogę go inaczej rozumieć, ale wiecie co? Nie muszę go rozumieć tak jak wszyscy, żeby wziąć z niego tyle, ile jest mi potrzebne. Zapamiętuję go po swojemu i chyba się jakoś na ten mój sposób rozumiemy. I dziwnie mam wrażenie, że chociaż pewnie rzeźbiarz miał jakiś konkretny przekaz, to pozwala nam dobrowolnie to jego przesłanie interpretować lub każe nam wymyślać własne.

Zostawiam go, ale gdybym tylko mogła, gdybym miała czas, odwiedziłabym go o wschodzi słońca i pożegnałabym go o tej samej porze następnego dnia. mogłabym wtedy zobaczyć wszystkie jego stany i momenty. Ale idę dalej...

 


 

Idąc dalej wzdłuż morza dochodzimy do murów miasta. Wróciliśmy niemal do punktu wyjścia, jednakże będąc po drugiej stronie zabudowań. Znowu mam wrażenie, że uprzednio to miasteczko wydawało mi się większe (proszę, niech mi ktoś podeśle nazwę prawa, które sankcjonuje to wrażenie - ktoś musiał je przeanalizować i spisać, tak samo jak "droga powrotna jest krótsza"). Nagle okazuje się, że wszystko zamyka się w kilku rzędach starych kamienic, choć te wystawione frontem do morza mają najpiękniejszy widok na całą zatokę. Pewnie kiedyś ktoś w oknach ustawiał świeczki, które było widać po drugiej stronie…

Przepraszam, ja i słowo "romantyczna" nie spotykamy się w rzeczywistości na codzień, ale zdarzają się jednak miejsca, które mnie rozkładają na łopatki i mam ochotę dostrzec w nich coś, czego oczy nie widzą. A że padło na Antibes? Wybaczcie.

Picasso w Antibes.

Wspinamy się, uciekamy, ale tylko trochę, od brzegu morza, wiatru i upału. Niby początek września, ale słońce nie daje za wygraną. I dobrze, słoneczne wspomnienia są lepsze.

Idziemy za grupkami ludzi, którzy jak zawsze wiedzą lepiej, gdzie są miejsca, których szukamy. Chcemy dotrzeć do Musée Picasso, bo o ile możemy z czystym sumieniem zrezygnować z trzech pozostałych muzeów wskazywanych na tablicach, o tyle Picasso w każdym mieście ma pierwszeństwo i musi zostać koniecznie uwzględniony. Tak samo z resztą jak wizyta w Wiedniu (dla mnie) nie liczy się bez obejrzenia okresu niebieskiego w Albertina Gallery. Będąc tam koniecznie zobaczcie wystawę Monet bis Picasso. 

Wejście do Musée Picasso znajdziecie od strony Place Mariejol, urokliwego (i pustego), gdzie możecie się schować, jeśli zmęczy Was jakimś cudem Place Nacional. Gdzieś po drodze chwycicie 4 gałki lodów i schowacie się tutaj w minutę.

 

 

Musée Picasso jest otwarte w dwóch porach dnia – do południa i po południu. Sjesta obowiązuje i tutaj i trzeba się z tym pogodzić. To nawet lepiej. Kawa w porze sjesty to najlepsze, co można sobie zafundować. Godziny otwarcia znajdziecie → tutaj ← a kilka słów o tym jak to się zaczęło znajdziecie → tutaj ←.

Nie pamiętam ile kosztują bilety, ale to oznacza tylko tyle, że cena jest niska, a wejść trzeba (4 euro?). Zobaczycie tutaj dzieła z różnorakich okresów. Nie będę opisywać, trzeba zobaczyć. Odebrałabym Wam całą przyjemność, gdybym Wam o tym opowiedziała, sala po sali. Nie taki mój interes, żeby komukolwiek odbierać przyjemność z tego, co mi sprawiło przyjemność. Życzę Wam tylko tego, żebyście mogli z wizyty tutaj zabrać max tego, co jest Wam za te 4 euro oferowane. A jest sporo. Tylko się nie spieszcie, nie ma po co.

Oprócz dzieł Picassa można obejrzeć kilka instalacji współczesnych artystów. Mnie osobiście urzekł film o młodości i starości. Ile doświadczeń tyle sposobów na odbiór. Wrzucam Wam tutaj kilka zdjęć, może Was urzekną. Nie mogłam się oderwać, ale wiem, że to co Wam daję poniżej w galerii nie oddaje emocji, jaki ten film jest w stanie wywołać. Mam nadzieję, że pokaz nie został zlikwidowany, bo warto na niego poświęcić co najmniej 20 minut. Jest wprost hipnotyczny.  

Cap d'Antibes

Miejsce, które niby nie ma w sobie niczego specjalnego, jako, że to mekka tutejszych bogaczy. Potężne maisons, potężne bramy, ochrona i kamery nie zachęcają do postoju. Nawet nie bardzo miejsce na ten potencjalny postój można znaleźć przez kompletny brak parkingów (w niektórych miejscach), ale co mi tam z tego, skoro kompletnie nie o to w tym miejscu chodzi. Oglądanie tego miejsca za dnia przez szybę samochodu to żadna przyjemność (myślę, że to tutaj mieszka połowa osób, które wieczorami parkuje pod Casino de Monaco, takie samochody tutaj jeżdżą).

Ale wracając do meritum… Pojawcie się tutaj na godzinę przed zachodem słońca. Zostawcie samochód na tym parkingu, wejdźcie na chwilę na ogromne skały na brzegu i czekajcie… Powinno już być cicho, nie tłoczno, niewiele powinno się dziać. Poczekajcie na zachód słońca. Więcej nie mówię, bo zostawiam Wam zdjęcia.

 

 

Moje Antibes to te 3 miejsca i tyle mi wystarczy. Nie jedliśmy dzisiaj jeszcze, prawda? Chodźcie ze mną na obiad w galerii rozmaitości? Nie, nie potrzebujecie garniturów, ani imiennych zaproszeń.