Antibes (fr) | magiczne miasto na Lazurowym Wybrzeżu.

Powtarzam po raz kolejny, nie planuj, ale bądź przygotowany. Just in case…

Czasem sobie myślę, że całe to planowanie jest funta kłaków warte. Siedzisz przy komputerze godzinami, przeglądasz mapy, liczysz kilometry, układasz budżet, szukasz na gruponie najlepszej restauracji, z najlepszą jakością, w najlepszej cenie, rozpisujesz w Excelu wszystko to, co musisz koniecznie zobaczyć, zjeść i czego musisz spróbować.

Na samym końcu tego misternego utkanego i wyliczonego co do minuty planu pojawia się korek na autostradzie, upał, przerażające wręcz zmęczenie, które każe Ci myśleć, że oto jesteś tylko człowiekiem i żeby zrealizować 1/5 swojego planu musisz być przynajmniej wyspany, bo jeśli się nie wyśpisz, to przecież żadnej radości z chodzenia i oglądania nowego świata mieć nie będziesz. Ale żeby spać trzeba mieć czas, a ten czas już przecież dawno temu upchałeś w arkusz Excela, w komórkę 175 AY… Stajesz więc na rozdrożu, patrzysz na korek przed tobą, na korek za tobą i na końcu rzucasz przez ramię „sic! kij Ci w oko”. Plan obcinasz, padasz na łóżko, gdy tylko uda Ci się trafić do hotelu i modlisz się sam do siebie, żeby dalszy plan przynajmniej po części udało się zrealizować.

To jest właśnie ten moment, w którym pojawia się ona. Myśl. Która mówi Ci, żeby mieć ten cały plan w nosie, żeby się porządnie wyspać, napić się kawy z rana w jakiejś knajpce za rogiem i spokojnie, po ludzku korzystać z faktu, że jesteś chwilowo w miejscu, do którego nie przyjedziesz prawdopodobnie przez kolejne kilka lat...

No chyba, że twój stan posiadania zwiększy się na tyle, żeby móc w czwartek stwierdzić, że w piątek po pracy lecisz na owoce morza na Lazurowe Wybrzeże i wracasz w poniedziałek na 9 rano do swojego komputera, żeby zarezerwować kolejne wakacje dla jednego z gości.

Cudów nie ma i nie ma tak dobrze, więc umiejętność przystosowania planu do rzeczywistości jest przydatna, użyteczna i na końcu, jeśli zaakceptujesz tylko fakt, że robisz zupełnie coś innego niż zaplanowałeś, jest najmilszą umiejętnością ze wszystkich.

Antibes to jedna wielka zagadka. Nie wyobrażaj sobie niczego.

Nasz plan posypał się jeszcze na granicy Francuskiej. Musieliśmy z racji przeliczenia się z czasem zrezygnować z Sanremo, o połowie zachodniego wybrzeża Włoch nie wspominając. Z Monaco wyjechaliśmy po 10 wieczorem, w hotelu byliśmy po północy i z nieziemską wprost ulgą rzuciliśmy się na łóżko zasuwając uprzednio nieprzepuszczające światła kotary, które to kazały nam myśleć niemalże do 9 rano, że jest co najwyżej szósta. No i znowu.... nie taki był plan.

Czasu nie cofnę, myślę sobie, więc przynajmniej mogę ten fakt zaakceptować. Zwlekliśmy się z łóżka z zamiarem odwiedzenia na chwilę, na momencik dosłownie Antibes, po to, żeby rzutem na taśmę zobaczyć Cannes. No niestety, Cannes odeszło w zapomnienie w ciągu jednej zaledwie godziny. A dlaczego? Taki to był dzień...


Lazurowe Wybrzeże ma to do siebie, że jeśli nie przestudiujesz połowy internetu i nie zrobisz z niego (z Lazurowego) doktoratu, to zupełnie nie masz zielonego pojęcia jak je sobie wyobrażać. Bo też co my o nim wiemy... Plaże Saint-Tropez, ogromne jachty, bogactwo oprószone złotem i plaże na których można się opalać topless to chyba wszystko co się nam o tym kawałku Francji opowiada...

Nieprawda. Nie dajcie sobie wmówić, że ten kawałek świata to "tylko tyle". Zdecydowanie się z tym nie zgadzam i takie regiony jak ten tylko potwierdzają, że ten kto nie podróżuje nie wie nic. Bo to co się nam mówi to jest właśnie nic.

Przyjeżdżając tutaj zaś zupełnie nie masz wyobrażenia o mieście, nie masz pojęcia jakie tutaj jest budownictwo, jakich ludzi możesz spotkać, czy są mniejszości kulturowe i jakie one mogą być, co się dzieje i jak się tutaj żyje na co dzień. Wjeżdżasz do miasta zagadki, które nie wygląda ani jak typowy kurort, ani jak typowe miejsce spotkań artystów, ani jak miejsce do wydawania pieniędzy. Kasyn nie widać, bogactwo też specjalnie z balkonów nie kapie...

I takie właśnie jest Antibes, gdy przekraczasz jego granice. Inne niż w opowieściach. Musisz je zrozumieć na swój własny sposób.

Głodny zawsze znajdzie centrum miasta.

Przyjeżdżamy tutaj przede wszystkim zjeść śniadanie, nosem wyczuwamy samo centrum, choć nie mamy mapy i oto właśnie Place General de Gaulle pojawia się w pełnej krasie zaledwie 5 minut od miejsca w którym porzuciliśmy samochód.

 

Wokół niego kilka restauracji i kawiarni serwujących śniadania. Jak zawsze kilka słów "konwersacji" pomiędzy naszą dwójką, zaczątek kłótni, bo przecież wszystkie restauracje pomijają wszelkie nacje i języki z wyjątkiem francuskiego, więc nie dowiemy się dokładnie co możemy zamówić, a mówić mam zawsze ja. Czy ja rzecznikiem prasowym jestem, że mnie zawsze ta moja połówka wypycha do obcych z pytaniami... Jakże nie inaczej, ja temu jestem winna, bo jak to nie mówić po francusku po czterech latach uczęszczania do klasy francuskiej (przyznaję ze wstydem, a po latach z żalem, że porzuciłam wszelaką wiedzę z tej materii będąc 3 dni po zdanej maturze – ale wracam, a raczej wróciłam na tory zwane "repetytorium").

 

Nie dowiemy się więc co zjemy? Dowiedzieliśmy się, jakże by inaczej, na uśmiech (a czasem na blondynkę choć włosy mam niemal czarne) zawsze się uda, ale że dwa tygodnie we Włoszech rozpieszczają cenami, pozostało się okręcić na pięcie z pogardą i wyjść. Zewsząd. Co powtarzam zawsze w sytuacjach kryzysowych? Jeśli tylko podejdziesz do tematu z odpowiednim nastawieniem i elastycznością, to zawsze znajdziesz rozwiązanie, bo sytuacji bez wyjścia nie ma, są tylko przeszkody…

 

A więc, jeśli tylko staniecie na placu twarzą w kierunku morza (wszędzie są znaki wskazujące marinę), a później skręcicie w lewo i zejdziecie odrobinę w dół spojrzycie w prawo, zauważycie fantastyczną chińską restaurację o nazwie Saveur d'Asie, taką z jedzeniem na wagę/sztuki, pełną ludzi, pełną rozmów, bez tego nadęcia i zadumy nad croissantem i maleńką kawą. Wejdźcie do niej. Jest pysznie i bez cukru (panie, to coś dla Was). Dogadacie się tutaj po angielsku bez najmniejszego problemu z każdą osobą, która będzie Was obsługiwać, a żadna z nich nie jest francuzem.

Mogłabym tutaj wygłosić tyradę nad umiejętnością dostosowania się emigrantów do potrzeb rynku, ale sobie daruję, jako, że ostatnie wydarzenia nie służą temu tematowi.

Usiądźcie zatem przy jednym ze stolików, zjedźcie swojego kurczaka w sosie słodko-kwaśnym, napijcie się wody, za którą tutaj nie zapłacicie (podobnie jak w Norwegii, woda jest za darmo) i zacznijcie myśleć o tym, co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem.

My już zjedliśmy, ale jeśli jesteś przed obiadem to nie czytaj tego akapitu.

A więc idziemy. Szukamy miejsca, w którym "wszystko" się zaczyna. I nie szukamy długo. Wchodzimy głębiej w Rue de la Republique i znajdujemy miejsce spotkań wszystkich, którzy są w okolicy. Zakochuję się w tym miejscu od razu, a ilość westchnień na widok, który mam po prawej i lewej stronie, jest niezliczony. Tak, to prawda, ktoś mi kiedyś mówił, że Francuzi do mistrzostwa opanowali sztukę piekarniczą i cukierniczą, ale całkowicie o tym zapomniałam. Musiałam dopiero pokazać się w Antibes, żeby sobie o tym przypomnieć. Domy piekarnicze z wielkimi szyldami wskazującymi, że sztukę tę uprawia się tutaj od pokoleń są wszędzie dookoła mnie.

 

I tak oto cała ulica począwszy od pierwszej kawiarni stoi sklepami z cudami. Po lewej piekarnia, po prawej cukiernia, a każde ciastko, ciasto i croissant to dzieło sztuki. Chyba trzeba mieć sporo cierpliwości do swojej pracy, albo trzeba ją po prostu kochać, żeby tak kunsztownie zdobić coś, co zostanie pochłonięte w ciągu 15 sekund. Oblizuję się i idę dalej, Wam zostawiam kilka zdjęć.

 

 

Kilka metrów dalej owoce morza, świeżo wyciągane z muszli ostrygi (jedna muszla otwiera się w 5 sekund i zawartość ląduje w lodzie) i krewetki tygrysie, jeszcze pachnące morzem.

 

 

Za kolejne kilka metrów sklep z sardynkami. Cały sklep sardynek, w maleńkich puszeczkach kolorów wszelakich. Pamiętacie kreskówki z dzieciństwa? Takie prawdziwe, nie jakieś tam 3D jak te, które współcześnie oglądają dzieci… Kot Sylwester w co drugiej otwierał maleńką puszeczkę maleńkich sardynek i chwytając za ogon wkładał je sobie do ust. Dokładnie ten obrazek przypomniał mi się tutaj! Uwielbiam podróżowanie i oglądanie takich miejsc za to, że przypominają mi tak nieistotne szczegóły, które przecież były częścią mojego ówczesnego, dziecięcego życia. Lubię oddychać wspomnieniami w miejscach na pozór nie mających ze mną nic wspólnego.

Nie znalazłam Sylwestra, ale za to jest Little Audrey.

YouTube

No Description

Tam gdzie jest kawa, tam jest lokalne życie.

Kawa, kawa, kawa. Ci co kochają Italię kawę mają zamiast krwi. Brak kawy po posiłku to zbezczeszczenie praw natury.

 

Siadamy w ostatniej kawiarni na ulicy, w Brasserie San Marco i zamawiamy cappuccino. Ah... Włoska kawa to to nie jest, ale niech im będzie, że to cappuccino. Co kraj to inna wersja. Tutaj poznajemy wersję o numerze seryjnym bliżej nieokreślonym… Ale smakuje dobrze. To raczej caffè latte w wersji skróconej... No cóż. Nie wszyscy muszą znać się na wszystkim. Istotniejsze od tej kawy jest to, co dzieje się dookoła, bo pora jest wczesna (południe zaledwie), a zaczyna się już czas, w którym lokalne osobowości (i osobliwości) zaczynają się spotykać i rozmawiać. I tylko żałuję, że nie mogę tu zostać cały dzień, bo klimat robi się iście hipisowski.

 

Przy stoliku siedzi Pan, widać znają go tu wszyscy dookoła, bowiem co drugi przechodzień mówi mu dzień dobry. Popija wino z wielkiego kieliszka i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie miał go wypełnionego po brzegi, czego się przecież nie robi... Kieliszek opróżnia się w ciągu 3 minut i pojawia się kolejny. Nie, jeśli myślicie, że osoba ta wygląda jak człowiek z problemem alkoholowym, to wg mnie raczej tak nie jest. Jeździ na wózku, widać, że jest przyjacielem wszystkich. To taki ktoś, którym chyba wszyscy się dookoła opiekują, ale który swoją dobrocią odwzajemnia to co się mu daje. Może się mylę, ale u nas ludzie z takimi problemami się tak nie uśmiechają.

Chwilę później pojawia się około 45-letnia kobieta w spodniach w szerokie czarno-białe paski, w kapeluszu i ze skórzanym plecakiem (miałam kiedyś taki uszyty z małych kawałków czarnej skóry). Siada, zamawia kawę, zapala papierosa. Śmieją się obydwoje, żartują, widać, że nie są sobie obcy, ba, mogą być nawet przyjaciółmi. Jest pomiędzy nimi jakaś taka nić porozumienia, może są sąsiadami.

Chwilę później dochodzą kolejne 2 osoby, nawet nie pamiętam czy chłopak czy dziewczyna i w jakiej konfiguracji, ale nie to tu jest istotne a atmosfera jaka tu panuje. Siedzą, rozmawiają i śmieją się, a mamy dopiero połowę dnia. Zastanawiam się zawsze w takich sytuacjach z czego żyją ludzie, którzy o tej porze, ani obiadowej ani śniadaniowej, siedzą sobie na schodkach w kawiarni i zajmują się sprawianiem, żeby życie było przyjemne i miłe. Myślicie, że to część kultury danego kraju? Uświadamiam sobie w takich chwilach, że przecież muszą pracować, więc zaraz potem wyobrażam sobie, że siedzą po nocy nad swoją pracą, po to, żeby za dnia żyć.

 

Mam ochotę rzucić wszystko i zostać w takim miejscu na dłużej, żeby się tego dowiedzieć, ale wstajemy i idziemy dalej. W dół Rue de la République, aż do Place Nationale

Wyczuwam tutaj klimaty południa...

Pięknych miejsc na świecie jest wiele, tak jak i uliczek i zakamarków. Wszystkie chciałabym uwiecznić i zabrać do domu. Zachwycają te włoskie, zachwycają te krakowskie, zachwycają wszystkie, ale te tutejsze mają w sobie coś innego, coś jeszcze... Włoskie są zimne i chronią przed chłodem, ale jeśli tylko się z nich wychylisz rażą słońcem. Francuskie... mają to samo, ale mają w sobie jeszcze coś z awangardy... Nie są ani za ciepłe, ani za zimne, słońce pada na nie pod innym kątem, a gdy padnie na liście i rozprasza się pomiędzy nimi kolory żyją swoim własnym życiem i nie wiesz czy to zieleń staje się żółta, czy to słońce w jakiś dziwny sposób wydobywa z żółtych liści resztki zieleni. Trochę jak to zagadkowe norweskie słońce. Nieodgadnione, jakby za mgłą. Feeria kolorów aż razi w oczy. Plac Nationale to coś, co zabrało mi dech w piersiach. Tutaj jest po prostu pięknie.

 

 

Nagrzany słońcem murek aż zachęca, żeby na nim usiąść, kawiarnie znowu chcą Ci podać kawę. To nawet nie o tę kawę chodzi, przecież ledwo co skończyliśmy ostatnią, ale o ten klimat... To jedno z tych miejsc, w których masz ochotę usiąść i się nigdy więcej nie ruszyć. Można tutaj oglądać twarze, jeść, wąchać, sycić oczy kolorami, nawet zapach palonego przez kogoś papierosa Ci nie przeszkadza, a staje się czymś lokalnym, co się "kojarzy"... Wyobrażam sobie, że siadam tutaj rano, biorę gazetę, nic z tego, że rozumiem co drugie słowo, kelner podaje mi maleńką kawę, jest mi ciepło, letnio i dobrze. Wystarczyłoby mi tyle, żebym mogła sobie tak po prostu siedzieć i najlepiej żeby nikt nic do mnie nie mówił. Chciałabym tylko słuchać. Podsłuchiwać.

 

W tym raju znaleźliśmy najlepsze lody pod tym promieniem słońca. O nich tutaj. My idziemy dalej.

Wszędzie pachnie morzem.

Przyciąga nas coś do wody. W rzeczywistości szukamy Muzeum Picassa, ale zamiast skręcić w prawo skręcamy w lewo i schodzimy do mariny, a stamtąd już ciężko zawrócić. Wystarczy wspiąć się na mury oddzielające port od plaży, ażeby ujrzeć kolejny widok pozwalający oczom odpocząć. Nic z tego, że na plaży tłok, skoro wystarczy spojrzeć w lewo, aby rzędy czekających na odcumowanie łódek dały Wam wyobrażenie o tym, co (również) żywi ten kawałek świata. Ci, którzy tłoku mają dość odpoczywają po tej stronie, iście po francusku, scena jak ułożona do sesji w Vogue. Myślę, że gdybyście mnie zapytali w ciemno gdzie zostały zrobione poniższe zdjęcia mogłabym bez dłuższego zastanowienia odpowiedzieć, że właśnie we Francji, gdzieś na południu. Lokalizacja? Bliżej nieokreślona, ale nazwa jest zbędna, bo klimat zdjęcia oddaje atmosferę.

 

 

Z poziomu ulicy wydaje się, że nic się tutaj nie dzieje a poza miasteczkiem nic nie ma. Wyjdźcie wyżej, a z poziomu murów ujrzycie Alpy schodzące do morza. Odbijają się w niebieskiej wodzie, gdy w tym samym momencie upał topi się w jej błękicie.

Dla takich widoków warto odpuścić zabudowane apartamentowcami Cannes. Tam się tak nie oddycha, tam ciężko znaleźć spokój, o ile w ogóle można go tam zastać. A dla mnie spokój to niekoniecznie cisza dookoła, raczej coś co skupi moją uwagę na tyle, że niezależnie od okoliczności umiem się wyłączyć i uspokoić, czymś się zachłysnąć i o niczym nie myśleć. To coś na wzór pierwszego wyjścia na plażę w Paje...

Patrząc na góry, wodę, żaglówki z białymi masztami, ledwie się poruszające, można zapomnieć o świecie. W głowie pojawia się myśl, że jednak świat jest piękny i jest cała masa miejsc, do których się tęskni jeszcze zanim się z nich wyjedzie.

 

 

Chcecie do wody? Proszę bardzo. Wystarczy zejść na dół po schodkach, by zanurzyć stopy w rozżarzonym piachu. Trzeba szybko uciekać do wody. Jeśli zapomnieliście kostiumu nie ma sprawy.  Tutaj nikt nie będzie miał Wam za złe, jeśli góry nie będzie. Kwestia gustu i wygody (Waszej) czy coś będziecie drogie Panie miały zamiast stanika. Tutaj to nic dziwnego, a i w pruderię nikt się nie bawi. Plaża jest publiczna, więc za wstęp nic się nie płaci. Ci, którzy słońca mają dość mogą się schować w cieniu drzew.

 

 

No dobrze... Chyba skończę tę wycieczkę na dzisiaj. Zostawiam Was na plaży przy błękitnej wodzie. Niedługo zabiorę Was w moje 3 ulubione miejsca. Tak, po raz pierwszy będzie post z tytułem "3 rzeczy/miejsca/smaki, które musisz zrobić/zobaczyć/spróbować". A myślałam, że nigdy do tego nie dojdzie.

 

W międzyczasie, jeśli zapragnęliście wybrać się na spacer po Rue de la République, znalazłam Wam dobry hotel. Jak zawsze polecany tym, którzy lubią wyspać się w komfortowych warunkach.