Oslo (no) | pięknie, jasno i zielono, ale tego nie czuję…

Od czego by tu zacząć ten wyrzut sumienia...

Nie zakochałam się w Oslo, ale czuję, że winna mu jestem ten post. Nie pokochałam go, choć odebrało mi dech. Nie zrozumiałam go, chociaż starał się usilnie pokazać mi swoje najlepsze strony. Choć chciał być taki idealny, ułożony, czysty, architektonicznie spójny i nowoczesny. Kulturowo zdywersyfikowany (co za słowo... - ♥ check - wstawiam do notesu ze słowami robiącymi dobre wrażenie i poprawnymi politycznie).

Nie zrozumiałam różnorodności, jaka rzuca się w oczy jeśli rozglądniesz się dookoła. Choćbyś na siłę chciał udawać ślepego i jedną dłonią próbował zasłonić cały widok nie uda Ci się zignorować pewnych spraw... Długo nie rozumiałam dlaczego ten idealny obraz nie dał mi się połączyć z idealnymi odczuciami, które mają podróżnego skłonić do powrotu. Bo takie odczucia izby turystyczne tego świata mają w człowieku tu przyjeżdżającym wzbudzić. Tylko, że ze mną im nie wyszło... No niby ładnie, ale coś mi nie gra...

Podeszłam do Oslo z rezerwą, ale już po przyjeździe. Nie nastawiałam się na nic, tylko na to co nowe, które wszędzie niemal da się oswoić. Wzięłam je takim, jakim pozwoliło się wziąć. Znacie tę prawdę, która mówi, że na siłę niczego ani nikogo nie polubisz, ani też nie pokochasz? Oslo dało mi tyle ile chciało mi dać i ani grama więcej. Nie otworzyło się przede mną, a jeśli poczułam się w nim dobrze, to tylko za sprawą tych, którzy tutaj przybyli za pieniądzem i lepszym życiem. Chociaż z drugiej strony dokładnie Ci sami nie pozwolili mi się tutaj czuć jak w kraju europejskim... Norwedzy grzeczni i uprzejmi mieszają się z gburami. Nigdy nie wiesz na kogo trafisz, ale na przyjaźń nie licz z ani jednym, ani drugim. 

Pewnie Ci, którzy pojawiają się na tym blogu po raz pierwszy spodziewali się, że jak większość blogerów będę tylko chwalić... Albo też oczekują, że znajdą tutaj urocze przewodniki... Jeśli przeczytaliście choć jeden post to wiecie, że tak nie potrafię, chyba, że... jestem we Włoszech ;). Z resztą, chcielibyście takie coś czytać? Coś ładnie pustego w przekazie i będącego pustą relacją, która ma oprowadzić po ładnych miejscach, wymusić westchnienie i pozwolić odejść?

No więc, ze mną to nie przejdzie... Nie umiem się zmusić do czegokolwiek... Człowiek musi przede wszystkim myśleć i rozumieć co widzi, a dopiero potem może się uczyć i brać ze świata. Dlatego też ten blog ma swoich czytaczy i nie jest dla każdego. Bezkrytycznie umie napisać każdy, jeśli zaś chcecie czytać coś obojętnego to niestety... Ten blog nigdy nie będzie dla wszystkich. Jeśli tego właśnie chcecie, to musicie znaleźć sobie inną lekturę, choć zakładam, że jeśli doczytaliście do tej linijki, to chyba mamy jednak coś wspólnego. Ten blog nie będzie komercyjnym przekazem, choć mam z takowym do czynienia na co dzień i choć jeden z moich projektów jest wpleciony jako tako w komercyjną machinę, choć nie tak ma być w zamyśle i zrobię wszystko, żeby takim nie był. To miejsce ma być od takich pustych treści wolne, więc piszę z emocji, tak jakbym siedziała z Wami przy kawie, albo lepiej... na piwie. A że będzie nas/Was mniej niż gdzie indziej… Mnie to tylko cieszy. Jakość ponad ilość. Nie wszystko jest dla wszystkich.

Tak samo jak Oslo nie jest zdecydowanie dla wszystkich. Bo jeśli w Oslo chcesz być jak wszyscy, to schowasz się w tłumie imigrantów z innych kontynentów, którzy zdecydowanie nie są siłą napędową norweskiej gospodarki (choć przekaz polityczny i poprawność każą mówić inaczej) i których będziesz się bał idąc chodnikiem podczas nocy polarnej, jakże komercyjnie romantycznej.

Zaćmę mi kładą na oczy, jeszcze zanim je otworzę.

Z lotu ptaka Norwegia jest piękna. Lecisz nad krainą upstrzoną zielenią, błękitem morza i lazurem fiordów. Widok jest nieziemski. Z góry jest pięknie.

Do Oslo dojeżdżamy busem. Jest tu kilka firm, które są prowadzone dla Polaków przez Polaków. Można je bez większego problemu znaleźć w Google. Razem z nami w busie 10 osób, sami krajanie. Polak indoktrynuje drugiego o szansie na nowe, lepsze życie. Nowy imigrant z polskiej ziemi w ciągu 40-minutowej przejażdżki dostaje lekcję życia i polsko-norweskiej prawdy o zarobkowaniu w tym kraju, o ile rzecz jasna sprawiłeś sobie nieszczęście nie posiadania wykształcenia uniwersyteckiego lub wyszkolenia do pracy w specyficznych warunkach i konkretnym zawodzie. Ten akurat przyjechał bez bagażu, na potężnym kacu, bez pieniędzy, za to z reklamówką alkoholu ze sklepu bezcłowego na przystanku Warszawa Modlin. W zamian za pracę i procent koledzy z kraju zorganizują mu pobyt w bajecznej Norwegii, na jeszcze wyższy procent pożyczą też pieniądze i nakarmią. Jak się odpłaci to będzie mógł zacząć zarabiać na siebie. Nie, na moje oko nie nauczy się ani słowa po norwesku, nie będzie miał na to szansy bo mentalnie nadal pozostanie w Polsce, a i koledzy nie pozwolą mu chcieć więcej niż oni sami chcą. Ile stąd wywiezie (w portfelu) tyle jego. I nic więcej stąd dla siebie nie zabierze. Może z wyjątkiem szacunku do pracy, o ile się jej nauczy.

Nie będę opisywać całej prelekcji, ale po wysłuchaniu takiego monologu ciężko się zachwycić widokiem, jaki staje przed oczami każdego, kto wjeżdża do Oslo od strony lotniska Oslo Rygge. Witają Cię wysokie biurowce Price Water Coopers, Citi Banku i innych firm, których nie potrafię poszanować dlatego, że z ludzi robią korpo-niewolników nie umiejących wyjść poza ramy w jakie je wsadzono pierwszego dnia ich korporacyjnego życia. Z tego samego powodu nie lubię turystyki masowej. Bo odmóżdża. Co z tego, że twoja korporacja obkleiła ścianę za Tobą korporacyjnymi certyfikatami. Jeśli odbiorą Ci prawo do siedzenia przed tą ścianą to niewiele Ci zostanie... Z wyjątkiem depresji...

Tak samo jak Oslo nie da Ci tego czego oczekujesz po mieście opisywanym, jako idealne miejsce do życia. Dla Norwegów.

Mam z tym miastem problem. Przez cały pierwszy dzień starałam się w nie wgryźć, poczuć jakąś atmosferę, coś, cokolwiek. I nic. Bo jeśli nie jesteś stąd, to Norwegia będzie Ci zawsze obca. Nie będzie to moja Italia, w której odpoczywam od pierwszej minuty. Może to przez to słońce wiszące nisko nad Twoją głową, a wypalające oczy nie zwracając uwagi na to, że na twojej szerokości geograficznej udaje mu się rzucać cienie pod trochę innym, lepszym kątem.

Nie pojadę, ale pójdę. Błąd #1.

Wysiedliśmy na Bussterminalen. Tam, gdzie zaczynają chyba wszyscy, którzy przybywają do Oslo. Zdecydowaliśmy, że do naszej dzielnicy pójdziemy na piechotę, bo skoro mamy tylko 3 dni, to chcemy zobaczyć jak najwięcej i będziemy wykorzystywać każdą okazję by coś zobaczyć, nawet jeśli będzie to szukanie adresu, pod którym będziemy mieszkać. Nie wynajęliśmy pokoju w hotelu, ale zdecydowaliśmy się na skorzystanie z serwisu AirBnB. Czekał na nas pokój w mieszkaniu w dzielnicy Sagene. Chwyciliśmy mapę szukając dobrego kierunku i po chwili znaleźliśmy się na tyłach dworca, skąd miało być prościej.

Oslo to nasz pierwszy wyjazd z plecakiem, bez walizki na wygodnych kółkach. Dla mnie coś normalnego, w takim sensie, że nie widziałam większego problemu w tym, żeby zapakować wszystko w 30 litrowy plecak. Walizka na 3 dni pobytu to sporo za dużo. Dla mojej połowy, która to z plecakiem zwiedzała jedynie Bieszczady za młodu, obcy kraj z plecakiem to był przełom. Ale przemógł się.

Z tymi plecakami więc, wypchanymi po brzegi, stanęliśmy na Brugata starając się znaleźć trasę. Nie wychodziło. Założyliśmy, że będzie prosto, że wydrukowana mapa z Google nam wystarczy. Nic z tego. Przez 20 minut szukaliśmy trasy już na zwykłej mapie, po 20 minutach podszedł do nas przypadkowy człowiek i niewiele czekając, nawet nie pytając o zdanie, zaprowadził nas na ulicę, którą należało iść prosto, a potem pytać o dalszą trasę. Ten wyraz zainteresowania i bezinteresowna pomoc to coś, co pomogło nam poczuć się tutaj lepiej. W późniejszym czasie z resztą wielokrotnie oferowano nam taką pomoc. Pomoc za jeden uśmiech i dziękuję.

Nie mówimy po norwesku i raczej wątpię, że kiedykolwiek będziemy. Mówimy po angielsku, a kto nie był niech wie, że w Norwegii po angielsku mówią wszyscy. Starsi pewnie wiedzą, a młodsi mogą się dowiedzieć teraz, że w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku studentów na niektórych kierunkach studiów było tak mało, że nie opłacało się dla nich drukować podręczników, uczyli się więc z podręczników angielskojęzycznych. Ot, zaradność. Mają teraz dwa języki narodowe, choć tylko jeden oficjalny.

Spacer ten od Bussterminalen do dzielnicy Sagene wspominać będziemy po wieki, albowiem 3,8 km, które w krakowskich warunkach wydaje się spacerem wokół Błoń, w Oslo i w kierunku z południa na północ, zajmuje prawie 2 godziny. Taka ot norweska Lizbona, rozsiana na pagórkach. Odliczasz każde 100 metrów i przystajesz co 300. Idąc wzdłuż Thorvald Meyers gate przechodzisz przez dzielnice Grünerløkka, przysiadasz na ławce przy Olaf Ryes plass, ściągasz plecak, oddychasz innym powietrzem (w środku miasta czujesz zapach morza i za to kocham każde nadmorskie miasto) i spoglądasz na studentów, którzy spokojnie, w środku tygodnia wylegują się na trawniku.

Rozglądasz się na prawo i lewo, szukasz miejsca na kawę, ale spoglądasz na zegarek i mówisz sobie, że nie teraz. Weźcie tramwaj, mówię Wam. Pierwszego dnia zawsze tramwaj, albo metro. Szanujcie nogi.

Może i kiedyś byliśmy wariatami, ale nam przeszło. Po porannym locie (wylot z Modlina o 8:30, pobudka o 4:30) i spacerze do apartamentu, byliśmy w stanie jedynie rzucić się na łóżko i przespać 3 godziny, a gdy wstaliśmy jeszcze nie wiedzieliśmy, że ten dzień dopiero się zaczął.

Vigelandparken. Aż ciężko oddychać z emocji zamkniętych w kamieniu i brązie...

IMG_4286

 

 

Vigelandparken to chyba jedyne miejsce, które mogę uznać za prawdziwie piękne, bo stworzone z emocji. Pięknych artystycznie miejsc w Oslo jest wiele, jeśli tylko założysz, że podejdziesz do Oslo jak do bryły architektonicznej i potraktujesz ją jak sztukę użytkową. Do tego jeszcze wrócę.

Park Vigelanda wydał mi się z kolei jedynym miejscem, które zostało stworzone po to, aby coś opowiedzieć. Oprócz tego, że miało być użyteczne, ładne i czyste jest jeszcze historią opowiedzianą przez człowieka żyjącego w bólu. Wielkie słowa, co? Ale tak jest… W Vigelandparken ten ból, wściekłość, brak zrozumienia, wyobcowanie, dążenie do bycia kochanym po prostu czuć i jeśli tylko nie przejdziecie koło wszystkich zebranych tutaj rzeźb jak niemyślące stworzenia, to to poczujecie. Proponuję Wam zabawę - wybierzcie jedną rzeźbę, spójrzcie jej w twarz i przeczytajcie o czym opowiada. Ja poczułam przygnębienie i ból człowieka, ból rozdzierający przez całe życie. Pewnie gdyby Vigeland żył w naszym stuleciu powiedziałabym, że brak mu witaminy D, a że żył w innych czasach powiem, że brak mu było witaminy M (L).

Vigeland uważany jest za największego norweskiego rzeźbiarza. Był człowiekiem skrzywdzonym za dziecka, z traumą rzutującą na całe jego życie. Dane mu było opowiedzieć swój ból w 650 figurach z brązu i kamienia, którym poświęcił 22 lata życia. Żeby móc zrealizować swój cel, czyli opowiedzieć życie człowieka od narodzin po śmierć, zawarł z władzami Oslo układ – oddał miastu wszystkie swoje prace w zamian za studio i środki potrzebne do realizacji swojego projektu i za to, czego potrzebował do życia. Co widział Vigeland w człowieku zobaczcie sami w galerii. Jedno co muszę wspomnieć, to to, że jego spojrzenie na związki międzyludzkie były zaburzone dzięki/z winy ojca, który będąc zatwardziałym protestantem wierzył w moc pasa, bicia, poniewierania innym człowiekiem i który nie wykazywał żadnego szacunku do kobiet jako takich. Z zasady. Dla niego właściwie mogły one nie istnieć. Przez to podejście ojca do kobiet młody Vigeland nie widział w matce matki, a kobiety na jego rzeźbach i posągach są bez wyrazu, zimne jak bryły, choć pewnie można się z tym niekiedy kłócić.

Tak naprawdę, jeśli chcecie poczuć Oslo, to wystarczy tutaj przyjść. Można tutaj spędzić całe godziny. Pytanie tylko na ile chcecie zatopić się w ludzkich, negatywnych emocjach.

Jasne, że dla norwegów to miejsce jak każde inne. Na trawniku rozłożone koce, obok stoją wszechobecne grille (jakoś tutaj nie kopcą), trenuje drużyna cheerleaderek, tańczą tancerze z Ekwadoru, matki prowadzą swoje wózki i życie się toczy swoim rytmem.

Dla mnie to miejsce chyba nie mogłoby być tylko parkiem, sama nie wiem. Jest w nim tyle bólu i złości, że aż mnie to przeraża. Wychodzę stąd rozbita. Ale zadowolona. Takie uczucie zostało ze mną na 3 dni, ale powraca z łatwością, gdy tylko pomyślę o tym miejscu, nawet niemal rok po tej wizycie.

Aker Brygge. Uspokajająca geometria.

Nigdy wcześniej nie byłam na północy, nie przeleciałam wcześniej nad Bałtykiem. Nie miałam do czynienia z długimi dniami i jasnymi nocami. Nawet nie zauważyłam, że połowa moich zdjęć zrobiona jest nocą, która była dla mnie wtedy dniem. Nierealne uczucie, w dodatku połączone z takim stanem jaki się osiąga po zbyt długim patrzeniu przez okopcone szkiełko na zaćmienie słońca. Uczucie lekkiego zawrotu głowy nieodłącznie kojarzy mi się z Norwegią.

 

Zmieniamy kierunek, jedziemy na Aker Brygge. Dla mnie nazwa jak każda inna, ale miejsce samo w sobie jest z tych zapierających dech w piersiach. Proste, geometryczne, szklano-metalowo-betonowe, efekt norweskiej zasady "wymyśliliśmy coś, to teraz to zbudujmy - zobaczymy czy się uda".

 

Lubię dwa rodzaje miejsc, z których każde jest inne i nijak ma się do drugiego. Pierwsze to ciepłe, małe i gościnne, najlepiej włoskie domy, gdzie czujesz się jak u siebie. Drugie to zimne, odmierzone linijką, skorygowane do kąta prostego bryły, które Cię pochłaniają, które są tak doskonałe, że ma się ochotę sprawdzić czy mają gdzieś wady. Takie właśnie czuję Aker Brygge...

 

Aker Brygge jest dzielnicą mieszkalno-biurową położoną nad fiordem. Mieszkają tutaj Ci, którzy dobrze czują się w wystylizowanych miejscach, lubią wstać rano i spojrzeć na taflę wody. Na ten widok ich stać. Jest to najdroższa dzielnica Oslo, tutaj człowieka weryfikuje stan konta. Gdybym miała więcej czasu, gdyby tak bardzo nie wiało od morza, schowałabym się pomiędzy budynkami na cały dzień, nie musiałabym do nich wchodzić. Nie czuję potrzeby. Może nawet wzięłabym szkicownik i pobawiła się w odtwarzanie geometrii tego miejsca na papierze. Poczułabym się przez chwilę tak, jak się czułam dawno temu próbując się dostać na budownictwo i architekturę. Godzinami rysowałam bryły w perspektywie. Może w końcu udałoby mi się odwzorować jakąś poprawnie. Aker Brygge jest do tego idealne. Zimno tej dzielnicy, gra światłem, gra wodą. To wszystko udowadnia, że każdy centymetr kwadratowy przestrzeni został zaplanowany z precyzją i nic tu nie jest przypadkowe. To miejsce aż tchnie dopracowaniem. W pewnym sensie daje spokój. Swoją dokładnością każe wierzyć, że wszystko wygląda tak, jak ktoś to wymyślił. Wszystko ma swoje miejsce, jak w idealnie rozplanowanym planie podróży.

 

To co mi się tutaj podoba to to, że miejsce to jest blisko sztuki i samo w sobie jest sztuką. U góry mieszkanie, na dole galeria. Oprócz sztuki życie. U góry mieszkanie, na dole restauracja. Wszystko w jednym miejscu. Wszystko można odciąć twardą geometryczną linią dom - praca, choć czy w takim miejscu jest to możliwe? Nie wiem. Mieszkając tutaj chyba stale czułabym się jak w pracy... Zbyt dużo porządku nie pozwala mi wyłączyć głowy, dlatego zawsze na moim biurku staram się mieć porządek... Ciekawe czy w takim mieszkaniu jest ciepło... Miejsce zdecydowanie polecam. Nie wiem czego szukacie będąc w innym kraju albo mieście, ale ta dzielnica zaspokoi Wasze oczy. Tutaj woda miesza się ze szkłem. Niebo miesza się z wodą. Beton miesza się z odbiciami i powietrzem. Nowoczesna wizja połączona ze sztuką użytkową. Takie Tate Modern po norwesku na otwartym powietrzu.

 

Powiem Wam, że pisząc słowa ostatniego paragrafu poczułam jakiś spokój. Porządek zawsze uspokaja, czyż nie? Daje ułudę kontroli...

Na dzisiaj chyba koniec...

Jak w tytule moi drodzy... Nie napiszę Wam dzisiaj więcej, ponieważ właśnie opowiedziałam Wam najcięższy dla mnie Oslo-dzień, w którym czułam się tak obco, jak jeszcze nigdy i nigdzie. Zacznę pisać kolejny dzień jutro i gry tylko wszystko sobie przypomnę dowiecie się o tym jako pierwsi.

 

Teraz w pamieci wspinam się znów pod wzgórze Sagolene. Jest 23:30, jasno jak za dnia, to dziwne, ciężkie i nisko wiszące słońce wkręciło mi się w głowę. Czuję się jak pijana, chociaż nic nie piłam... Myślę o tym, że chyba nikt się dzisiaj do mnie nie uśmiechnął tak po ludzku... Każdy spogląda w swoim kierunku i idzie przed siebie udając, że otacza go jakaś chroniąca go powłoka... We Włoszech by to nie przeszło.

 

Jeśli chcecie zobaczyć wszystkie emocje Vigelanda i przejść się po Akker Bryge kupujcie bilety, tym bardziej, że ostatnio ceny są niskie. W buttonie powyżej macie zniżkę na AirBnb, a poniżej podrzucam Wam hotel, który poleciła mi znajoma. Powinien przypaść Wam do gustu, jeśli szukacie spokoju.