El Toro. Hiszpania poza Iberią.

W końcu o Krakowie i "lokalnych" smakach. Dlaczego?

W porządku. Tego wpisu miało nie być i z całą pewnością nie miał się pokazać przed kilkoma innymi. Czasem jednak jest tak, że nie ma możliwości, żeby się oprzeć, bo dzieje się coś, czego nie planowałaś/eś, czego nie widziałaś/eś w taki a nie inny sposób i nie chcesz zapomnieć ani momentu. Więc musisz to opisać. Pomijasz oczywiście wątki prywatne, które są tylko Twoimi wspomnieniami. Oddajesz tym co czytają tylko trochę, resztę za to zapamiętujesz.

O miejscach krajowych piszę rzadziej niż o innych. Może dlatego, że nie dotarłam jeszcze do punktu, w którym zaczynam mieć wyrzuty sumienia, że miasta i miejsca zlokalizowanie poza krajem są mi lepiej znane, niż te lokalne. Mam czasem wrażenie, że lokalni blogerzy na siłę zaczynają zwiedzać swój kraj, żeby się rozgrzeszyć z uczucia zdrady "swoich" miejsc. Bo przecież wiedzą więcej o połowie knajp w Londynie, Berlinie, Laos i Szanghaju, niż o knajpach w swoim mieście albo kraju.

Ja jeszcze nie jestem w tym punkcie. Nie mam wyrzutów sumienia. Nie rekompensuję i nie oglądam swojego kraju na siłę (choć mam wielką ochotę na przejechanie rowerem trasy green velo na Mazurach). Dzisiaj zupełnie bez wyrzutów sumienia zabieram Was na ośmiornicę.

Dlaczego tam?

Wiecie, że kocham owoce morza i wiecie też, że zjem je w każdym możliwym wydaniu, choć jeszcze chwili potrzebuję, żeby rozgryźć surowe małże. Jeśli wiecie o czym mówię (czytaj: o miłości do darów morza), to wiecie też, że uzależnienie od owoców morza uzależnia. To działa jak samo nakręcający się bączek. Jak tylko przestaje się kręcić, to zaraz potem coś go uruchamia na nowo. Zanim zapomnisz jeden smak, to już masz ochotę go posmakować w nieco innym wydaniu. Nie wiem o co chodzi, ale tak jest i już.

Co jemy dzisiaj na obiad? Co mam ugotować?

Nic.

Jak to?

Idziemy na miasto. Dzisiaj nie gotujesz.

Dlaczego?

Bo idziemy do "El Toro".


El Toro to restauracja, która prawie codziennie wyświetla się nam na Facebook'u. Czemu? Nie wiem. Inwigilacja Facebooka i Google jest ze sobą powiązana, to jasne. Może, jeśli kiedyś przeczytam cały regulamin Facebook'a i Google (Wy też ich nie przeczytaliście przed kliknięciem "akceptuję", prawda?), to dowiem się jak to jest sprzężone, ale szczerze stwierdzam, że nie szukaliśmy do tej pory żadnej hiszpańskiej restauracji w okolicy, ani restauracji jakiejkolwiek z prostego powodu. Bo im częściej podróżujesz tym bardziej doceniasz możliwość wrzucenia na patelnię mielonego kupionego na Starym Kleparzu i nie masz ochoty wychodzić z domu. Tym razem czuliśmy się prześladowani, więc chyba nie było szansy, żeby dokonać innego wyboru. Nie wspomnę wczorajszego gran derbi i decyzji o wyjeździe do Barcelony na mecz w 2016. Siłą rzeczy, nic innego nie można było wybrać na tę niedzielę.

Podoba mi się od samego progu.

Lubię, gdy mnie zabierają w nowe miejsce. W miejsce, które chyba polubię (czuję to pod skórą). Rezerwujemy stolik telefonicznie w tym samym dniu, nie ma z tym najmniejszego problemu.

Od progu wita nas uśmiechnięta kelnerka, która nie sprawdza w zeszycie kim jesteśmy i nie wydaje się być zdziwiona, że ktoś wszedł, więc była przygotowana na nasze przyjście. To się w Krakowie rzadko zdarza, chyba, że jesteś gościem, którego się rozpoznaje od progu (choć są lokale, w których jesz regularnie i pomimo, że od dwóch lat obsługuje Cię ten sam kelner, to i tak zawsze jesteś traktowany tak samo bezosobowo. Smutne...).

Mamy kilka minut na wyciszenie się, na zapoznanie się z miejscem. Nikt nam nie podkłada menu pod nos, zanim zdążymy złapać oddech. Lubię tak. Nie znoszę, gdy ktoś mi narzuca swoje tempo.

Po pięciu minutach pojawiają się dwie karty, pierwsza to menu dań, druga napoje i alkohole, trzecia to w sumie nie karta, a karteczka, do której dołączony jest ołówek. Po co zapytacie? Na karteczce zapisane są dostępne rodzaje tapas. Wybierasz co chcesz, zakreślasz ołówkiem to, co wybrałeś, piszesz ile porcji. Takie proste, a takie funkcjonalne. Dla takich sklerotyków jak ja to dodatkowe udogodnienie, żeby zapamiętać swój wybór z głównego menu. 

Prosta i krótka karta. Nie musisz myśleć zbyt długo.

Nie jadamy zbyt często według regionu. Nie wybieramy restauracji według kuchni, a raczej według tego na co mamy ochotę. Warunek jest zawsze jeden - jeśli jemy w swoim mieście, to jemy bez ziemniaków, makaronu, ryżu, chleba. No dobrze, tak ja jem i według tego wybieram. Co wybiera moja połówka to już inna sprawa, choć indoktrynacja robi swoje. Myślę, że panie wiedzą o czym mówię ;).

Karta jest cudownie prosta i nie skomplikowana. Nie wylewają się na mnie wszystkie regiony na raz, nie muszę przez kwadrans czytać listy dań. Widzę też, że z całą pewnością jest kuchnia katalońska. Owoce morza, paella, proste dania. Co wybieramy? Jak zawsze to, co jest proste.

Dla nas - tapas (wiecie, że w Portugalii czytają "sz" na końcu?) - kozi ser zawijany w boczek i grillowany - wg menu powinien być na rukoli, ale był na sałacie. Ach, gdybyście mi podali danie główne w tej postaci (ale w większej ilości rzecz jasna) to mogłabym na tym smaku skończyć. Idealna kompozycja.

Dla niego - picadillo, czyli rosół z makaronem, kurczakiem i jajkiem. Naprawdę dobra porcja, z prawdziwą porcją makaronu (wiecie, tak po polsku, jak u babci), siekanym jajkiem i siekanym kurczakiem. Gdyby nie makaron wybrałabym ją kolejnym razem, bo smak bulionu nie ma nic wspólnego ze znanym nam rosołem.

Dla mnie - zupa kastylijska. Na co dzień nie jadam i nie gotuję zup, ale swego czasu zrozumiałam, że tak naprawdę to zupa informuje nas o czym chodzi w kuchni danego kraju. Jeśli zupa Wam posmakuje to możecie zakładać, że reszta dań też Wam przypadnie do gustu i na odwrót.


Zupa, którą wybrałam to dla mnie raj i coś, po coś będę wracać. Bulion na boczku i hiszpańskiej szynce, z jajkiem, czosnkiem i grzankami. Grzanki zaraz po przyjściu wpadły do rosołu z drugiej strony stołu, ale reszta? Miód dla kogoś, kto kocha mięso, szynkę, boczek i jajka. Nie mogłam wybrać lepiej. Zupa jest podawana w żeliwnym naczyniu i nie mam pewności jak wygląda proces przygotowań, ale jajko z całą pewnością jest wbijane surowe wprost do zupy. Prawdziwe "poached egg", które miało szansę przejąć smak dania, w którym zostało posadzone. Idealnie ścięte, tak jak lubię. Płynące po przecięciu łyżką.

Danie główne dla nas - ośmiornica na desce a la Gallega - cieniutkie plasterki ośmiornicy, grillowane, w wersji podstawowej (dla niego) podane na ziemniakach, w mojej wersji podane z sałatą. Nie ma najmniejszego problemu z zamianą jednego składnika na coś innego. A ośmiornica? Niebo w gębie!! Jedliście kiedyś ośmiornicę w Chorwacji? Albo próbowaliście ją zrobić w domu? Uwierzcie mi na słowo, ta nie ma nic wspólnego z tamtejszą. Ryzyko z owocami morza zawsze jest jedno, prawda? Że będzie miało konsystencję gumy. A tutaj? Nic z tego. Gdyby ktoś mi zawiązał oczy i powiedział, że jem cieniutko pokrojonego kurczaka, uwierzyłabym. I może porcja nie jest imponująca, bo od dania głównego oczekiwałam większej ilości (nie najadłam się), ale dla samego smaku warto się tutaj po to danie wybrać. Polecam polać odrobiną oliwy (hiszpańska, nie włoska, czyli nie tak ostra). Skropcie, dodajcie odrobinę octu winnego, zamknijcie oczy i włóżcie porcję do ust, a sami zobaczycie, a raczej posmakujecie, o czym mówię.

Wino dla nas - Nominum Dry - jak wspominałam, #vivino mówi, że ma niską ocenę. Problem w tym, że z oceną jedzenia, miejsc i wina jest tak jak z wszystkim. Nie należy się tymi ocenami kompletnie przejmować, a już tym bardziej sugerować przy dokonywaniu wyboru. Sugerowanie się ocenami to ryzyko, że z zupełnej ignorancji i lenistwa (oszczędności??) nie znajdziemy smaku, który dla nas jest odpowiedni. Dlatego zaufajcie tym, którzy się specjalizują w danej kuchni (czytaj - właścicielowi restauracji albo sommelierowi), którzy potrafią komponować smaki i wybierzcie to, co proponują. Albo po prostu nie kombinujcie za bardzo. Nominium idealnie się nam skomponowało z ośmiornicą. Nie dominowało, nie zabijało smaku cudownie delikatnego mięsa, nie gryzło się ze smakiem oliwy. Leciutko taninowe, niezbyt głębokie, ale o bardziej zdecydowanym smaku niż np włoskie dolcetto. Dobre wino w towarzystwie dobrego dania.

Cena

Za obiad dla dwóch osób zapłaciliśmy około 160 złotych, co uważam, za rozsądną cenę za pełen obiad dla dwóch osób, biorąc pod uwagę fakt, że owoce morza w Polsce nie są tanie, tym bardziej, jeśli są dobrze przyrządzone. Zamówiliśmy również butelkę wina.

A na koniec? Nalewka pomarańczowa jako gratis do rachunku. Przepyszna.

Na co warto zwrócić uwagę?

Polecam spróbować tapas, których wybór jest dość szeroki. Tym razem skończyliśmy na kozim serze w boczku, ale kolejnym razem z całą pewnością będziemy próbować małży i innych przysmaków, których lista jest dość spora.

Jak dojechać?

Adres:

pl. Wolnica 9

31-060 Kraków

Polska

+ 48 (12) 421-47-33

www.eltoro-restauracja.pl

FACEBOOK