Alfama & Bairro Alto (pt) | Lizbona na piechotę. | #1

Alfama, aż po Bairro Alto. Z przewodnikiem? Poniekąd.

Ah, jaki piękny widok. Przemierzamy Lizbonę wzdłuż i wszerz poruszając się czerwonym tramwajem linii 28. Gdzie dzisiaj? Do Alfamy. Tak, startujemy tutaj, gdzie skończyliśmy wczoraj, czyli prawie na Praça Do Comercio.

Piękne lato mamy tej jesieni.

Kocham Lizbonę za wiele rzeczy, ale za rzecz tak praktyczną jak komunikacja zbiorowa chyba najbardziej. Jeśli tylko macie szczęście, aby mieć wejście do metra 50 metrów od wyjścia z hotelu, to na przystanku Terreiro do Paço znajdziecie się w mniej niż 30 minut. Linia czerwona, żółta i niebieska z przystanku Saldanha zawiezie Was nad brzeg oceanu w takim właśnie czasie.

Dzień zapowiada się cudowny. Jestem w Portugalii po raz pierwszy i jest to październik, i już się nauczyłam, że to co do godziny 10:30 będąc pomiędzy kamienicami jest chłodem, pół godziny później nad brzegiem Tagu jest upałem. Na grzbiecie płaszcz z gatunku przejściowy, kozaki, w torbie zaś sandały, w których przebiegłam przez pół Piemontu i Lazurowego Wybrzeża. Skrajności to to, co ten kraj lubi, ale o tym może później, jeśli pamięć mnie nie zawiedzie. A może mnie zawieźć, bo ten dzień będzie dłuuugi.

Płaszcz ściągam 5 minut po wyjściu z metra. Ludzie znajdujący się dookoła zostali w krótkim rękawku i wygrzewają się do słońca popijając wino. Co z tego, że to ranek dopiero.

W całej Lizbonie co jakiś czas można spotkać przenośne kawiarnie, albo wózki, gdzie można kupić wino w przypominającym szkło kieliszku. Płacisz od 4 do 10 euro, w zależności od tego, co wlewasz do kieliszka, zabierasz nietłukące się”szkoło” ze sobą i możesz się delektować widokiem na srebrzystą taflę wody na całym wybrzeżu, od Belem aż po Alfamę. Leżak do twojej dyspozycji, niezależnie od tego, w której dzielnicy jesteś.


Chcę iść, ale nie mogę. Alfama mnie wciąga.

Nie, nie siadamy do kieliszka bo mamy inne plany. Jakieś ogólne, niesprecyzowane, ale wiemy, że dzisiaj tylko Alfama i co najwyżej Barrio Alto. Co więcej, to się okaże. Dzień jest piękny.

Wracamy tam, gdzie skończyliśmy wczoraj. Do środka zapraszają wszystkie drzwi, które wczorajszego wieczoru były zamknięte, ale wchodzimy tylko w jedne, do Loja dos Descobrimentos. Szybko, szybko, bo czas goni, ale tutaj muszę być.

Tak, przepraszam Was właściciele, wiem, że prosicie, aby nie robić zdjęć, ale to co robicie jest zbyt piękne, żeby tych kilku zdjęć nie wysłać w świat. W zamian za brak posłuchy załączam link do Waszej strony dla tych, co tu zaglądają.


To w drogę. Może, w końcu uda nam się wystartować.

Czyli jesteśmy znowu pod Canto Saudade. Zaczynamy w miejscu, w którym skończyliśmy wczoraj, ale nie zasiadamy. Idziemy dalej, wczoraj bowiem, kilka metrów za restauracją zauważyliśmy schody i właśnie nimi chcemy się wspiąć do górę. W ogóle Lizbona to same góry, można się poczuć jak podczas wspinaczki. Lizbona jest płaska tylko w wymiarze 2D.

Idziemy.

Okazuje się, że te schody to nie zwykłe schody, bowiem była to brama prowadząca za mury starego miasta. Zaczyna się robić klimatycznie jeszcze zanim dojdziemy na szczyt, ponieważ gdy tylko skończą się schody, zaczną się pojawiać małe restauracje. Jest w Polsce takie słowo, używane w Małopolsce - „skitrane”, czyli schowane w bezpiecznym miejscu, żeby nie zginęło, ukryte tak, żeby ich nie znaleźć. Właśnie lizbońskie restauracje gdzieniegdzie są skitrane. Wyszliśmy ewidentnie w kierunku jakiegoś ogromnego muru, a obok małe restauracyjki, które czekają na odpowiednią porę, aby nakarmić zbłąkanych turystów. Prawda jest taka, że ich nie brakuje.

Wspinamy się nadal, w kierunku muru. Gdzieś doszliśmy. Zaczynają się pojawiać małe skutery przerobione na pojazdy dla turystów, riksze, pokazują się tory. Po raz pierwszy widzę wspinające się pod górę tramwaje z numerem 28. Jeden za drugim wpełzają po krętych uliczkach, a turyści wysypujący się z nich robią sobie zdjęcia. Październik, a gorąco jak w lipcu. Zaczynam się zakochiwać w tym mieście.

 

Sé de Lisboa. Głośno, ale cicho. Tłoczno, ale jestem sama.

Wchodzimy do Sé de Lisboa, lizbońskiej katedry, bo to jej mury widzieliśmy wcześniej. Jest przez chwilę chłodno. Spada na mnie spokój.

Przez te kilka ostatnich lat nauczyłam się wyciągać z każdego zatłoczonego i turystycznego miejsca tyle spokoju dla siebie ile to możliwe. Szukam miejsca, w którym nikogo nie ma, bo wszędzie można takie znaleźć, zamykam się w sobie, zamykam uszy i wyłączam odbiór oraz nadawanie. Stoję sobie w tłumie i jestem sama. I jest cicho, pomimo, że dookoła cała masa ludzi. Stoję w swoim miejscu i robię zdjęcia, czuję każde po swojemu.

W takich miejscach jak katedry, zawsze mnie w zastanawia, po co ktoś kiedyś wymyślał ozdoby w takich budynkach. Rzeźby, postumenty, złoto, srebro. Nie rozumiem tego. Że niby ludzie sądzili, ze im więcej złota włożą w kościół tym bardziej uświęceni będą? Nie pasuje mi to kompletnie… Stojąc w cieniu chłodnych ścian katedry myślałam sobie, że nie, nie napiszę ani słowa o szlaku 13 najpiękniejszych włoskich katedr, nie ma mowy. Ilość złota w nich się znajdująca jest tak wielka, że aż monotonna i przytłaczająca. Nie umiem i nie chcę umieć wielbić miejsc ani rzeczy, które są po prostu przesadzone. Ani nie chcę o nich pisać. Ani nie chcę nieść na barkach ich ciężaru.

Napasłam się spokojem, odpoczęłam. Wychodzimy. Wychodzimy wziąć z tej kolorowej, wydłużonej jesieni tyle, ile to możliwe. W przyszłym roku wrócę wziąć jej więcej.

Miradouro Sophia de Mello Breyner Andresen. Podejście #1.

Jedziemy na jeden z kilku punktów widokowych. Najpierw Miradouro Sophia de Mello Breyner Andresen, później kolejne. Nie, nie znałam nazwy tego miejsca aż do teraz, do momentu, gdy spojrzeliśmy na mapę. Jaki cel ma nazywanie miejsc będąc jeszcze w kraju? Można odhaczyć w głowie kolejny punkt programu? Nie, nie potrzebuję tego. To nie wyścig. Moja głowa i tak nie zapamięta nazwy, jeśli ta się nie skojarzy z obrazem.

Nie mamy pojęcia gdzie punkty widokowe są, bo rozdawane na około darmowe mapy miasta są trochę niedokładne. Całe szczęście, że możemy się wspomóc innymi. Pomimo, że Louis z hotelu dał nam swoją wersję mapy i zaznaczył miejsca, gdzie trzeba być, w tym właśnie punkty widokowe, nie jest to proste (przynajmniej my nie zauważamy dokładnych oznaczeń - to jest minus Lizbony).

Wsiadamy w tramwaj pod Sé de Lisboa, chyba w trzeci, który nas mija, bo niestety sposób oznaczenia godzin odjazdów na przystankach nie jest idealny, ani też nie do końca mamy pewność, czy wszystkie jadą w to samo miejsce. Nie tylko my mamy problem z rozkładem jazdy, ale i Francuzi, Anglicy, Niemcy. Wszyscy czekają i przepuszczają autobusy. Nie, nie przepuszczajcie ich, bo jadą szybciej i rzadziej stoją w korku, które tutaj, na wąskich lizbońskich uliczkach wcale nie są rzadkością. Nie można też zapomnieć o tym, że tory są po prostu zastawiane przez samochody. Ale wiecie co… mam wrażenie, ze tutaj to taka norma, że nikt się nie stresuje. Ale to prawda. Autobusy jadą tam gdzie tramwaje, ale dowiedzieliśmy się o tym trochę później, więc jednak wsiedliśmy w tramwaj.

Tłocząc się w tłumie turystów mijamy kilka znanych nam ze zdjęć na Facebook'u miejsc. Wrócimy tu później. Na razie jedziemy na szczyt. Problem w tym, że nie do końca wiadomo gdzie on jest, więc po prostu jedziemy. Oglądamy Alfamę, w której żyją mieszkańcy i którzy tak się zlewają z przybyszami, że czasem ciężko poznać kto jest kim. Wszystko jest spowolnione, nikt nie goni się sam ze sobą, choć pewnie są i tacy, sklepikarz stoi w drzwiach i czeka na klientów, ktoś spogląda przez okno, ktoś podlewa kwiaty. Śródziemnomorski luz jak widać ma też nad atlantyckie wydanie. Obłożone płytkami budynki wtapiają się w ludzi, znane wszystkim lizbońskie pranie suszy się dosłownie wszędzie, tramwaje, starsi ludzie, młodzi ludzie, tramwaje, słońce, nattas… To wszystko tu współgra niczym w symbiozie i jest jedną Lizboną, tak starą i sypiącą się samą na siebie, że aż ciężko mieć jej za złe to, że na każdym kroku jest przeprowadzany remont.

Słońce zalewa miasto i pokrywa je morą, miasto wygląda jak przesłonięte folią. Świeci słońce. Jest pięknie. Tramwaj wspina się pod górę, wymija drugi, zjeżdżający na dół, za moment my będziemy zjeżdżać z góry. Trzynastoletnia dziewczyna chwyta się tramwaju od zewnątrz i jedzie na gapę. Niecały kilometr dalej dołącza jej kolega i wiszą tak przez dobre 15 minut wzbudzając powszechne zainteresowanie. Zeskakują gdzieś po drodze i biegną każde w inną stronę. Ups, zajechaliśmy chyba za daleko, bo zmieniliśmy kierunek jazdy.

Wyciągamy mapę, po przystankach staramy się zorientować gdzie jesteśmy. Po 10 minutach ktoś proponuje nam pomoc. Inny świat, w moim kraju mogłabym przez godzinę stać i nikt by do mnie nie podszedł. Tak samo jak we Włoszech i Norwegii i w Portugalii, jeśli tylko ktoś widzi, że masz problem, to do Ciebie podejdzie i zapyta, czy aby Ci nie pomóc.

Jednak jesteśmy za daleko. Wyskakujemy w Baixa, czyli prawie na samym dole, zawróciliśmy już w kierunku Tagu. Dzielnica zupełnie się zmieniła, ale nadal widać, że jest tutaj normalnie. Dookoła mieszanka etniczna współgra ze sobą i razem żyje. Arabskie szyldy i szyldy portugalskie wiszą obok siebie, muzułmanka idzie za rękę z kimś, kto przynajmniej z koloru skóry nie wydaje się pochodzenia arabskiego (na pewno jest Europejczykiem, takim z lądu). Wszystko jest normalnie. Na przystanku staruszkowie różnych nacji rozmawiają ze sobą jak w kawiarni. Miasto żyje po swojemu nie zwracając na nas uwagi.

Łapiemy pierwszy lepszy tramwaj i wracamy na miejsce, które wydało mi się uprzednio szczytem. Awantura o to, czy robimy dobrze zawracając czy nie dość szybko zostaje wygaszona. Przypominam sobie z uśmiechem, że jeszcze się nie zdarzyło, żeby stało się nam coś złego, gdy się zgubiliśmy. Nigdy. Nauczyłam się z tych pomyłek wyciągać tyle, ile się da. Idealnie to można zaplanować przyszywanie uciętej ręki, gdy ta odpadnie (w tym przypadku faktycznie liczy się precyzja), ale przy podróżowaniu? Bez przesady… Wiem z codziennego podwórka, że itinerary ma sens tylko w przypadku, gdy chodzi o transport. W rzeczywistości nie ma najmniejszego sensu i zabija całą spontaniczność. Dowiesz się tylko tyle, na ile pozwala Ci itinerary. Czyli tyle, ile ktoś zaplanował, żeby ci pokazać. Nie.

Miradouro Sophia de Mello Breyner Andresen. Podejście #2.

Wysiadamy na przystanku Graça. Albo na jednym wcześniej. Nie ważne.

Jezu, jak dobrze, że się zgubiliśmy. Dopiero teraz poczułam, że Lizbona to nie tylko obrazkowy Disneyland, jaki się nam pokazuje na odległość, ale to miasto, które ma swoje życie. Wskakujemy do pierwszej lepszej cukierni i chwytamy 2 nattas, po jednej na głowę. Zbliża się południe, więc zaczyna nas męczyć głód. Jakie to jest dobre!!!


100 metrów dalej, na samym szczycie kasztany. Jadalne, takie jakie zaczynają się powoli pojawiać i u nas. Kopcą i zawierają skrobię, ale i tak je zjem.

Mały rożek proszę. 2 euro. Sprzedawca ruchem pełnym wprawy zwija z kartki papieru rozmiaru a4 rożek i wsypuje garść parujących kasztanów. Zasypuję solą. A, nie… no no no no. Palec sprzedawcy mówi, że to nie tak się robi. Dostaję drugi rożek, pusty, zostaje przeprowadzony szybki coaching. Sprzedawca pokazuje na migi, że najpierw muszę obrać z łupiny, dopiero potem posolić. No dobra, stoimy więc i obieramy. Do rożka po raz kolejny wpada garść gruboziarnistej soli. Kasztan i pękająca w zębach sól. Ale to jest dobre! (Już tak mówiłam co? W Lizbonie chyba wszystko jest dobre...). Dla tych kasztanów mogłabym się tu przeprowadzić, tak samo jak kilku znajomych moich znajomych.


Lizbona skosztowana.

Którędy na punkt widokowy? - pytam sprzedawcę drinków, który ulokował swój wózek koło wózka sprzedawcy kwiatów, zaraz przy torach tramwajowych.

To proste, do góry, na plac tam gdzie wózek z kasztanami, w lewo, w prawo.

Proste. 10 minut później jesteśmy tam, gdzie chcieliśmy być godzinę temu.

Jesteśmy. Przed nami rozciąga się panorama Lizbony. Tag, gdzieś tam ocean, zatoka, most. W dole Praça da Figueira, za nim rozciąga się nierozpoznana jeszcze przez nas dzielnica. Będziemy tam na pewno. Dzisiaj.

Nad miastem samolot nad samolotem. Leci od strony oceanu, wbija się w miasto i chowa się pomiędzy budynkami. Wirtuozeria. Przypominam sobie nocny widok, gdy lądowaliśmy dzień wcześniej. Coś nowego rozpościerało się przede mną i teraz w tym jestem, wyciągam sobie z tego miasta dla siebie to co chcę, ile chcę i w kolejności jaką sobie obrałam. Pewnie Ci, którzy wylądują za chwilę myślą podobnie. Przynajmniej jeden z nich.

Taka myśl mnie nachodzi... Zdarza Wam się mieć wrażenie, że przeskakujecie z jednej bajki w drugą, gdy podróżujecie? Zwłaszcza, gdy lecicie samolotem (głównie samolotem?). Tak, żeby to poczuć zdecydowanie jest potrzebny lot.

Wsiadasz, lecisz kilka godzin, w podróży albo śpisz albo czytasz, albo zajmujesz się czymś jeszcze innym, po czym wychodzisz i dosłownie budzisz się w zupełnie innej rzeczywistości. Dookoła inny język, inny świat, zwyczaje, tempo. Nikt cię nie popycha, nie pogania, "powoli" wtapiasz się w to, co cie otacza. To "powoli" to albo kilka godzin, albo kilka dni. W Lizbonie to półtora dnia wg mojego tempa przyswajania innej rzeczywistości. Dopiero dzisiaj czuję to miasto, dawniej było to kilka dni (na Berlin potrzebowałam trzech). Chyba nauczyłam się znacznie szybciej odcinać od tego, co dla mnie tutaj przygotowano i napisano w cudzym poście pod tytułem „10 miejsc, które musisz zobaczyć w Lizbonie”… moje 10 to chyba będzie inna dziesiątka. Albo ta sama, tylko inaczej widziana i zdecydowanie nie zmieszczę jej w poście długości dwóch stron maszynopisu.

Jak tu jest, gdzie właśnie stoję? Zobaczcie sami w galerii poniżej. Ja idę szukać knajpki odpowiedniej na obiad.


Miradouro da Senhora do Monte.

Było przepyszne. Dzień nam ucieka, ale będziemy go ścigać. Obieramy azymut na Miradouro da Senhora do Monte.

Nie mamy daleko. Kilka minut spaceru, jedno podejście pod wzniesienie i oto jesteśmy w miejscu, z którego widok jest jeszcze piękniejszy. Dopiero stąd w pełni widać zamek, most, będący wizytówką Lizbony i wszystkie dzielnice. Każdy budynek można rozpoznać, każde miejsce można podejrzeć.

To chyba takie samo miejsce jak kładka Bernatka w Krakowie, albo most w Salzburgu. Kłódki na każdym metrze kwadratowym przypominają o wielkich miłościach tutaj przywiezionych.

Spędzamy tutaj dobre pół godziny zanim zaczniemy się chować pomiędzy uliczkami. Bo to, że wejdziemy tam, gdzie nikogo nie ma jest pewne.

 


Na końcu znajdujemy się znowu w punkcie wyjścia, czyli pod cukiernią, w której kupiliśmy nattas. Wsiadamy w autobus. Wracamy bliżej Tagu. Tam zobaczymy jeszcze inny widok i zaplanujemy co dalej.

Będąc w Lizbonie trzeba być na zamku. Zawracamy więc na Miradouro de Santa Luzia. Spoglądamy na Tag z tej strony, a chwilę później wspinamy się na wzgórze zamkowe.

Wchodzimy na Zamek św. Jerzego, chowający się rzecz jasna w zamkowym ogrodzie, wystający ponad konary starych zamkowych drzew. Bez obaw, nie ma tutaj żadnych monumentów, komnat, wielkich wystaw, ani strażników, którzy nie pozwolą Wam wejść tam gdzie chcecie. To raczej miejsce dla tych, którzy chcą zrobić dobre zdjęcie, czekają na zachód słońca lub przyszli napić się wina, zjeść kolację w znajdującej się tutaj restauracji lub zostać tutaj na noc w hotelu.

Spokojne miejsce. Ludzie rozkładają się na ławkach lub oglądają Lizbonę wrzucając 2 euro do lunety. Nikt nie krzyczy, nikt nie biega, panuje błogi spokój. Polecam popołudniową wizytę, bo lizbońska mora wygląda cudownie w zachodzącym słońcu. Pomarańcz odbija się od Tagu, zmienia się w czerwień. Jeśli tylko macie czas zostańcie do momentu, gdy słońce schowa się za Basílica da Estrela i wzgórzami, które za nią rozciągają.


Bairro Alto. Od dołu, aż do góry i znowu w dół.

Jeśli zasiedzieliście się na zamku zbyt długo i zastała Was noc nie musicie się obawiać, że nie macie jak wrócić ze wzgórza. Wystarczy, że zejdziecie około 100 metrów poniżej zamkowej bramy, a zauważycie przystanek, na którym zapewne będzie czekał na Was autobus. Zawiezie Was prosto na Praça da Figueira, czyli tam, gdzie my chcieliśmy się udać. 10 minut później znajdziecie się w centrum życia, w miejscu idealnym, aby zacząć nocne zwiedzanie Bairro Alto.

Tak więc jesteśmy. W samym centrum, tylko nie znając jeszcze dokładnie układu miasta nie mamy o tym zielonego pojęcia. Budynki tak szczelnie odcinają znajdujący się niewiele ponad kilometr od nas Tag, że nie czuć nadmorskiego klimatu, pomimo, że za kilka kilometrów Tag wpada do oceanu. Może to taka pora roku, nie wiem, ale nie czuć tutaj wiatru.

Przysiądźcie tutaj na krótki odpoczynek u podnóży Estátua de Dom João I, którą chyba ubóstwiają tutejsi deskorolkarze, można bowiem po niej poskakać na desce. To też dobre miejsce, żeby zatrzymać się na moment i ustalić dalszą trasę, bowiem świat na lewo, to już trochę inna Lizbona. Lizbona też spokojna, ale też bawiąca się i tętniąca rozmowami. Niekomercyjna i komercyjna, zależy w którym punkcie się znajdujesz. Wydaje się, że im wyżej tym przyjemniej i spokojniej, przy czym w momencie, w którym wzgórze zaczyna znowu opadać w dół, znowu zaczyna się tłok i gwar.


Bairro Alto jest takie, jak w nazwie. Wysoko tu.

Znikamy pomiędzy kamienicami, wyglądem przypominającymi kamienice otaczające plac zamkowy w Turynie (odruchowo wyobrażam sobie panie w sukniach stojące na balkonie i spoglądające w dół na plac, na którym z całą pewnością działa się historia). Znikamy po to, żeby za 2 minuty znaleźć się na Praça Dom Pedro IV (choć Google nazywa go też Rossio Square), wokół którego życie tętni jeszcze bardziej, niż na Praca de Figueira. Tu się dzieje. Kawiarnie, knajpki, ruch uliczny, metro, podczas naszej obecności manifestacja w obronie czyichś praw, dymiące kasztany. Zupełnie inny klimat niż w miejscach, w których byliśmy do tej pory.

Przystajemy tylko na chwilę, żeby zaraz za chwile schować się za dworcem kolejowym Rossio (jeśli nie kierujesz się do głównego wejścia, wieczorem nie widać, że to dworzec) i żeby zagubić się w uliczkach Bairro Alto. A to nie jest tutaj trudne.

Wspinamy się do góry. Jeśli nie byliście w Lizbonie, to weźcie sobie te słowa do serca przed wyjazdem, bowiem naprawdę można poczuć się tutaj jak w górach. Wspinamy się wzdłuż Calçada do Carmo, skręcamy w lewo i zaczynamy się rozglądać za miejscem na kolację. Idziecie do Google Maps i szukacie? Wydaje się Wam, że wszędzie jest blisko i szybko, prawda? Też mam teraz takie wrażenie siedząc wygodnie przy komputerze i robiąc to samo co wy teraz. Tylko, że w wymiarze 2D Lizbona taka właśnie się wydaje. Mała, zwarta, prosta i łatwa. Teoretycznie mapy można się nauczyć na pamięć bo "wszędzie jest przecież blisko". Cóż, jeśli nałożycie na to fakt, że wspinając się wzdłuż Calcada do Carmo należy przystając co 100 - 200 metrów, żeby złapać oddech, odległości nie będą się wydawać tak małe. Jeśli jesteście tutaj pierwszy raz, tym bardziej. Znane jest Wam złudzenie, że droga powrotna zajmuje mniej czasu niż droga do danego punktu, pomimo, że idzie się tą samą trasą? Tutaj to odczucie się potęguje, a zsumowane z nieznajomością topografii miasta daje wrażenie przemierzenia wielu kilometrów.

Obeszliśmy połowę Bairro Alto (do Rua da Misericórdia), w poszukiwaniu miejsca na kolację, ale zawróciliśmy na plac, który celowo minęliśmy, czyli na Largo do Carmo. Dlaczego? Bo jeśli szukacie dobrego jedzenia, ale chcecie się zamknąć w budżecie, to to miejsce jest tym, w którym ceny zamykają się w rozsądnym przedziale. W wyższej części dzielnicy zaczyna być drożej, bowiem wyżej jest bardziej turystycznie.

Co wybraliśmy? Kliknij w button poniżej. Polecamy, choć trochę można poprawić.

<soon>

To teraz idziemy szukać fado. Takiego prawdziwego.

Tak, musimy poszukać fado. Czy znaleźliśmy? Sprawdźcie w linku poniżej. Ten post już jest wystarczająco długi i nie będę go przeciągać.

Jeśli się podobał zostawcie jakiś znak. Jeśli się nie podobał, napiszcie dlaczego. Postaram się poprawić ♥.