Vence (fr) | Gombrowicz tu uciekł i wcale mu się nie dziwię.

Wisienka na torcie.

Jak to było z tym Vence?

Nie chciałam jechać… Już mi się po prostu nie chciało.

Wielokrotnie wspominałam, że według mnie najistotniejsze w podróży jest nastawienie do tego co się napotyka po drodze i z czym należy się zmierzyć, a to dotyczy także zwykłej chęci.

Może jestem szczęściarą, albo brakuje mi trzeźwego spojrzenia i umiejętności oceny sytuacji, ale uważam siebie i swoją połówkę za dobrych organizatorów i ludzi elastycznych, dlatego też trudno nam się rozczarować tym, na co się już raz zdecydowaliśmy. Wielokrotnie zmienialiśmy plan o 180 stopni, zawracaliśmy z trasy lub szliśmy zupełnie inną ścieżką tylko dlatego, że w jakimś miejscu spodobało się nam bardziej. W tym roku jednak po raz pierwszy rozczarowaliśmy się prawdziwie, a miejscem rozczarowania było Cannes. Powiem szczerze, że nawet nie mam ochoty na post na ten temat. Nie znajduje tematu... Ale nie o tym.

Dzień w którym zaplanowaliśmy wizytę w Cannes, był dniem, który miał być długi od samego rana, bowiem zaplanowaliśmy Cannes, Grasse oraz Vence. Trzy miejscowości rozmieszczone względem siebie w takiej odległości, aby każdej poświęcić tyle czasu, ile będziemy chcieli. Wiecie już, że z Cannes uciekliśmy szybko, po to, by udać się do Grasse.

Jeśli czytacie ten blog po kolei i zaglądacie na Facebook, wiecie, że Grasse spełniło pokładane w nim nadzieje, a wisienką na torcie było Vence, o którym do tej pory nie wspominałam. Do postu o Grasse jeszcze dojrzewam. Myślałam kilka razy, że jestem gotowa, ale jeśli słowa same się nie wysypują na klawiaturę, to znaczy, że jeszcze nie czas. Tak więc post o Grasse jeszcze czeka, tak samo jak zaległy post o Oslo. Jeśli chodzi o Vence, to od pierwszego wejrzenia wiedziałam, co chcę Wam powiedzieć.


Nasi też tu byli. Bo Gombrowicz jest nasz, chociaż od nas uciekł.

Cóż mogę powiedzieć o Gombrowiczu… Niewiele. Przeczytałam kiedyś Ferdydurke, dzisiaj chwyciłam Trans-Atlantyk, o którego istnieniu na mojej własnej półce nie miałam pojęcia. Po przeczytaniu wstępu wiem, że połknę tę książkę w ciągu kilku godzin, bo wyczuwam, że Gombrowicz to moje wcześniejsze wcielenie. Problem dojrzałości i jego rozprawy z dojrzałością rozumiem aż za dobrze.

Od kilku dni zgłębiam życie Witolda G., zaglądam gdzie się da, ale bardziej interesuje mnie biografia i to dlaczego znalazł się we Francji. Ha, jeśli myślicie, że Wam coś o nim opowiem, skrócę biografię, to niestety, ja nie z tych. Poszukajcie sami, pod spodem podaję źródła. U mnie na blogu jest subiektywnie, więc w pewnych kwestiach oczekuję, że i sami potraficie subiektywnie oceniać na podstawie wskazanych źródeł, o ile Was dany temat interesuje.

O ile wiem co nieco o konkurowaniu Gombrowicza z Mrożkiem, o jego "dezercji" z kraju, o tyle nie myślałam nawet, że kiedyś zupełnie przypadkiem znajdę się w mieście, w którym przyszło mu żyć i w którym się go wspomina jak swojego. Bo mimo, że poza granicami swojego kraju, chyba było mu tam dobrze. Chyba było mu tam wręcz dużo lepiej. Był tam z wyboru i szanuję to, że miał odwagę nie mieć ochoty bawić się nie swoją wojnę.

Tak więc, zabieram Was do Vence, miasteczka schowanego w alpejskiej dolinie, dokładniej w Alpach Zachodnich, schodzących do Lazurowego Wybrzeża. Znalazłam się tam, bo to miejsce wyczytał mój mężczyzna. Znalazł je, zapakował mnie do samochodu i wywiózł 30 kilometrów za Cannes i Niceę. Schował nas pomiędzy zielonymi wzgórzami, potwierdzając, że są tutaj miejsca, w którym może się podobać takim odmieńcom jak my.


Chill, spokój i normalność.

Czy Vence, to już? Nie, jeszcze nie. Ale ja jestem głodna. Poczekaj, jeszcze chwilę. Obiecałem Ci najlepszą kolację na koniec wyjazdu i ją dostaniesz.

Zamykam się i jedyne co mówię, to „stop” co kilometr. Zatrzymujemy się na każdym zakręcie, żeby chwycić każdy promień zachodzącego za górę słońca.

Wjeżdżamy do Vence około 19:00. Miasteczko chowa się powoli w cieniu, pomiędzy budynkami słońca nie ma już wcale. Nie mogę się przyzwyczaić do tego, że o ile tam na dole, na Lazurowym Wybrzeżu (czytaj - nad brzegiem morza), słońce i cień potrafią śledzić człowieka aż do 20:00-20:30, to zaledwie kilka kilometrów dalej i nieco wyżej, na pagórkach, dają Wam spokój, gdy słońce chowa się za najwyższym wzgórzem. Zostaje szarówka. Cień znika. Pomyślałam sobie tutaj, że Vence skąpane w tej szarówce, wygląda jak małe hiszpańskie miasteczko oglądane na pocztówce.

Parkujemy w centrum miasta, do starówki kilka kroków. Dwie minuty po wyjściu z parkingu jesteśmy tam, gdzie wszystko się zaczyna. Spodziewamy się wyślizganego rynku wyłożonego płytą, a tu nic. Główny plac w mieście jest wysypany białym, udeptanym na sztywno piachem, dookoła rosną klony powoli nabierające wczesnojesiennych barw. W knajpkach siedzą ludzie. Klimat tutaj jest iście śródziemnomorski. Przyznaję, że pierwszy raz go poczułam. Nie czułam go nawet na samym nabrzeżu. Nie chodzi mi o upał, chodzi mi o chill.

Bo też ciężko czuć chill pomiędzy jachtami za grube miliony, ja tam odczuwam tylko zadufanie. Nie wiem czy w takich warunkach człowiek może odpocząć, wyluzować... Dla niektórych ma to urok, dla mnie nie. Nie kręci mnie to, chodź jak już gdzieś pisałam, chciałabym się na chwilę w takim „życiu” potopić, żeby potem z jeszcze większą przyjemnością wrócić do mojej normalności.

No to gdzie ten dom?

Gdzie Gombrowicz? – pytam.

Poczekaj, znajdziemy. Szperamy w przewodniku, chwila moment i jest – okazało się, że już go minęliśmy. Zawracamy, bo dom Gombrowicza bowiem znajduje się w samym centrum, brakowałoby tylko, żeby stał na samym środku placu. Kamienica znajduje się na Place du Grand Jardin. A nazywa się Villa Alexandrine. Wynosi się nad placem, stoi w takim miejscu, że ciężko jej zrobić zdjęcie, które uchwyci cały budynek, aż od góry do dołu. Stale brakuje kilku centymetrów, albo ucina mi dach, albo ucina mi dół. Cóż, obiektywu szerokokątnego brak. Canon musi zostać podrasowany, nie ma innej opcji.

Stoję przed Alexandrine i wyobrażam sobie, że Gombrowicz zerka z góry na to co się dzieje na dole. Podgląda ludzi pijących kawę w kawiarnianych ogródkach, zerka na góry, które wypiętrzają się zaraz za starówką. Ponoć ta kamienica z drugiego piętra oferuje 5 różnych widoków, pytanie na który balkon zajdziesz. Szczęściarz. Gombrowicz zerkał na nie wszystkie, bo nie bardzo miał wybór. Chorując na astmę przez ostatnie lata życia nie mógł schodzić po schodach, nie był w stanie. Alexandrine go zniewoliła, nie pozwoliła się opuszczać. Władze miasta nie wyraziły zgody, aby w Alexandrine zamontować windę, bo nie chciano ryzykować, że zniszczony zostanie zabytek. Tylko tak się zastanawiam, czemu człowiek nie był ważniejszy od kilku ścian. Teraz za to zostały same ściany, bo nikt w środku nie mieszka. Czy ma to teraz jakąś wartość, poza tę, że mieszkał tam Gombrowicz? Nie wydaje mi się... Nie potrafią nawet zrobić tam muzeum.

Mieszkał tutaj przez ostatnie pięć lat życia, gdy był już znany. Wtedy, gdy co poniektórzy już zaczynali go rozumieć. Nie wrócił do kraju, ale czemu - nie wiem. Pewnie miał gdzieś to, że zaczęto go rozumieć wtedy, gdy on przestał chcieć być rozumianym. Z resztą wstęp do Trans-Atlantyku o tym mówi dość wyraźnie.

Ponoć kamienicę można obejrzeć, wystarczy skontaktować się z panią, która się nią opiekuje. Jeśli chcecie, to pogrzebcie w internecie. My nie planowaliśmy zwiedzania budynku, więc nie próbowaliśmy też nawiązać żadnego kontaktu. Po prostu nie wiedzieliśmy, na którą godzinę uda nam się dotrzeć, więc nie zawracaliśmy głowy. Jeśli tylko macie ochotę, to spróbujcie wejść na drugie piętro i podeślijcie nam zdjęcia. Z przyjemnością je opublikujemy.

A świetny artykuł o Gombrowiczu znajdziecie poniżej, na Culture.pl. Dostępny w trzech językach.


Chyba mamy coś wspólnego.

Powiem Wam, że pisząc ten post w tle cały czas czytam o Witoldzie G. (pewnie dlatego schodzi mi tak długo) i o ile na początku tego posta nie czułam go kompletnie, tak staje mi się on coraz bliższy. Zaczynam rozumieć, a może bardziej „wyczuwam” jego walkę o siebie samego, pogardę dla tych, którzy nawet nie próbują poświęcić mu uwagi, a za to wygłaszają osądy i z tego powodu traktują jego twórczość, jak zabawę pisaniem, a nie sztukę. Mamy chyba coś wspólnego. Napisał w którymś zdaniu, że pisze, gdy czuje, że musi to wszystko co ma w głowie z siebie wysypać. Powiem Wam, że coś w tym jest.

Tak samo piszę tego bloga. Czasem mam wrażenie, że za bardzo się tutaj odsłaniam, ale co mi tam. Mój blog i jeśli ktoś nie chce, nie musi czytać, ani rozumieć. Mnie też nie interesuje co sądzą inni i robię swoje. Nie bez powodu z resztą napisałam w opisie tego bloga „podpowiadamy subiektywnie”. Bo czyż nie o to w życiu chodzi, żeby nam było dobrze z samym sobą? A jak ma nam być dobrze z innymi, skoro pozwalamy, żeby z samym sobą było nam źle? Nie można mieć drugiego, jeśli nie ma się pierwszego. Kropka.


Nikt nikomu nie przeszkadza. Jest po prostu dobrze.

Idziemy dalej, zostawiamy Alexandrine. Zamykamy się w uliczkach, znajdujemy wytarte, wyszlifowane podeszwami na wysoki połysk płyty chodnikowe, których tak mi brakowało. Mam wrażenie, że chodzę po marmurze, albo po szkle. Miałam tak tylko raz do tej pory, tylko w Dubrovniku. Łyżwy i w drogę! Na rolkach nie odważyłabym się tutaj jeździć. Nawet na porządnych, miękkich, kauczukowych kółkach.

Vence to 5 bram, które pozwalają nam wejść w stare części miasta. Każda brama wyprowadza w inną stronę i zamyka najcenniejsze budynki w obrębie starych murów miejskich. Spacerując po miasteczku nie do końca wiadomo, gdzie kończy się teren „dla turysty”, a gdzie zaczyna się „teren prywatny”. Można się zgubić w zakrętach i zaułkach. Jeśli się zgubicie macie czasem szansę zauważyć maleńką tabliczkę „teren prywatny, proszę nie wchodzić”, a mury idealnie izolują turystów od mieszkańców.

Niesamowite jest to, że na małym placu może tętnić życie, ludzie mogą się śmiać, popijając wino w jednej z wielu małych restauracji, a za rogiem, 50 metrów dalej, w kompletnej ciszy można usłyszeć czyjeś chrapanie, albo śpiew pod prysznicem. Urok starych murów.

Z kolei urokliwe jest to, że pomimo małej powierzchni są tutaj miejsca gdzie nikogo nie ma. I tak na przykład znajdujemy mały plac, na którym pałaszujemy nasze lody, a na którym dwóch młodych hiszpańskojęzycznych ludzi nagrywa telefonem jakiś film, który później wrzucą na YouTube, a przy tym wszystkim popijają Yerba Mate. Śmieją się, spędzają razem czas. Nikt nikomu nie przeszkadza. Jest po prostu dobrze.

Widzicie, jednak są dookoła miejsca, w których ludzie mają coś do powiedzenia.

O ile może się wydawać, że na Cote d’Azur musi być tłoczno, że wszystko musi być zalane pieniądzem i jedną wielką imprezą (szczerze powiem, że tak to sobie wyobrażałam), o tyle możecie mieć pewność, że tej komercyjnej nakładki nie ma w większości miast i miasteczek. Po raz kolejny mam wrażenie, że ta opisywana wszędzie komercja jest wydmuszką, zwykłym narzędziem marketingowym. Myślałam, że zostanę tą komercją zaatakowana na granicy i pożegnam ją dopiero w drodze powrotnej.

Okazuje się jednak, że enklawy bogactwa widzą chyba tylko Ci, którzy ich szukają, bo najlepiej czują się w towarzystwie takich samych jak oni. Do tej pory widziałam takie enklawy chyba tylko w tym okropnym Cannes. I może jeszcze w Monaco, ale Monaco to inny świat. Bo czyż normalnym jest świat, w którym Porsche to Fiat 125p?

W Vence za to czuć, że ludzie, którzy są dookoła Ciebie, mają coś do powiedzenia. Lubią dobre wino, lubią porozmawiać, wymienić poglądy, nie noszą na sobie połowy zawartości swojego sejfu, rozmawiają o książkach, jedzeniu, czasem o pracy, wszystko jest na dobrym, europejskim poziomie. To widać po twarzach, to słychać w urywanych rozmowach. Lubię ten poziom i na tym poziomie chcę podróżować i poznawać świat. Nie widać w Vence ani zadufania, ani nikt też się nie wywyższa.

Przepraszam Was za wielość obserwacji, którym muszę dać upust, ale uważam, że człowiek podróżuje po to, żeby zauważać, oglądać, porównywać i uczyć się. Dlatego też nigdy nie pojadę na wycieczkę "all inclusive", nie pozwolę się przeganiać z punktu A do punktu B w wyznaczonym czasie i nikt mnie nie zmusi do zaliczania obowiązkowych punktów wycieczki. Nie, nie jestem w stanie odmówić sobie możliwości obserwacji, podsłuchiwania cudzych rozmów, powolnego czytania informacji na tablicach. A to wymaga czasu i bywania w miejscach, do których przewodnik grupy nas nie zaprowadzi, bo nie za to mu się płaci.


W Vence nikt Cię do niczego nie zmusi, możesz pójść swoją własną trasą.

Tak, lubię miejsca, w których nie czuję się jak ktoś, od kogo nie wymaga się jedynie wyłożenia gotówki i pójścia dalej. Nie godzę się na komercjalizację turystyki i nie zamierzam wspomagać tych, którzy w ten sposób każą nam oglądać świat, bo to co mogę zobaczyć, to jedynie ich wersja świata, a nie moja.

W Vence nie poczułam ani przez chwilę, że jestem celem. Poczułam się tutaj jak ktoś, kto przyjechał coś zobaczyć, może coś zjeść, dowiedzieć się czegoś więcej, poszukać, poszperać, znaleźć interesujące szczegóły, wyłuskać coś, co zauważę tylko ja i co tylko dla mnie będzie ważne. Nie spotkałam tutaj ani jednej japońskiej wycieczki. (hurrra!!). Może miałam po prostu szczęście, może są przywożeni wcześniej i wywożeni przed porą obiadową. Nie istotne. Najważniejsze, że mogłam zobaczyć to, co chciałam i w sposób jaki chciałam. 50 osób nie zasłaniało najlepszego widoku w mieście, a ich nieustające rozmowy nie zabierały mi ciszy, która jest potrzebna, żeby zobaczyć w mieście to, co ma najpiękniejsze. I może nie byłam wszędzie, bo nie miałam czasu zaglądnąć wszędzie, może tutaj też są jakieś imprezowe enklawy i może tutaj też przyjeżdżają chordy młodych ludzi chcących się wyszaleć, ale ja ich nie widziałam. Czego nie można powiedzieć np. do Cannes, gdzie nawet w ciągu dnia widać, gdzie się szaleje i gdzie świat zmienia się pod osłoną nocy. Cannes to nie moja bajka...

Powiem inaczej… Myślę, że jeśli przyjedziecie tutaj poszukać czegoś innego niż to, co pokazuje się grupom zorganizowanym, to to coś tutaj znajdziecie. Nie ważne czym to jest, zapewne dla każdego jest czymś innym, ale czymkolwiek to jest to znalezienie tego nie sprawi Wam większego problemu. Tu jest spokój, jakieś takie wyciszenie, atmosfera ma wyższą "jakość".

Mam nadzieję, że rozumiecie dlaczego ten blog jest subiektywny… Bo jest subiektywny. Nigdy nie będzie pisany po to, żeby tylko kogoś/coś wypromować. Jeśli będzie coś promował to tylko po to, żeby w niektóre miejsca przyprowadzić ludzi, którzy szukają czegoś więcej niż punktów do zaliczenia. Każde miejsce można zrozumieć i każde może być nasze, moje, twoje. Ale, żeby każde miejsce było Twoim musisz mu poświęcić odpowiednia ilość czasu. Czasem może się okazać, ze miejsce okaże się Twoim pół roku po jego opuszczeniu, a może i po roku, a może i po dwóch. Czasem okaże się, że miejsce nigdy nie będzie Twoim i na końcu powiesz sobie, że zmarnowałeś pieniądze, bo kupiłeś bilet do tego miejsca. Ale powiem Ci coś… Jeśli oddasz Vence wystarczająco dużo siebie (a to wcale „dużo” to czasem chwila zastanowienia i ciszy), to to miejsce będzie Twoim, a jego wspomnienie da Ci spokój, oderwie Cię od zmywania, odkurzania, przeniesiesz się do niego i poczujesz się dobrze.

Nie będę Vence bardziej opisywać. Obejrzyj te kilka zdjęć, które tutaj zamieszczam. W zamian powiem Ci, gdzie zjesz jak król.

Jeśli uważasz, że nadeszła pora kolacji wpadnij na posiłek do najlepszej restauracji w mieście.

Le Pigeonnier | Vence

Z pewnością tu wrócę, a jak będzie mnie stać, zamieszkam w Alexandrine 😉

Zabieram z tego miasta całą kolekcję wspomnień, o których nie umiem napisać.Bo jak mam opisać, że prawie rozjechał mnie skuter, że bolały mnie nogi, że zdjęcia wyszły rozmyte i szarpałam się z każdym?

Vence to moje miasto, mogłabym tu żyć. Musiałabym sobie tylko znaleźć odpowiednio ukrytą uliczkę, z odpowiednim widokiem i z odpowiednią kafejką zaraz pod moim nosem. Żebym mogła rano schodzić na espresso w kapciach.

Niedługo Wam powiem, gdzie są najlepsze lody. Mniam.

[bloglovin_button]

Szukasz hotelu w Vence? Wyszukaj poniżej.



Booking.com

Comments

  1. Jestem zachwycona twoim blogiem! Po pierwsze jego bardzo profesjonalnym wyglądem, po drugie wspaniałymi wpisami, a po trzecie zdjęciami. Zazdroszczę Ci tego co tutaj tworzysz, mam nadzieję, że moja twórczość (bo ja dopiero zaczynam) też tak będzie kiedyś wyglądać.
    Pozdrawiam serdecznie 🙂

  2. Ajajaj, aż mi się łezka w oku zakręciła i to na poważnie… Dziękuję bardzo. Naprawdę bardzo mi miło, że podoba Ci się to co piszę i jak piszę. Powoli uczę się pisać po swojemu, czyli tak, żeby nie ograniczać samej siebie i nie bać się tego, że ktoś może nie zrozumieć tego, co mam na myśli i jak odbieram to, co widzę… Będę się cieszyć i paść (ale nie ego) Twoimi słowami cały dzień. Ach, zatkało mnie… Jeszcze raz dziękuję z całego serca. Trzymam kciuki za Ciebie i Twoje pisanie. Dasz radę!

  3. You actually make it seem so easy with your presentation but I find this matter to be actually something which I think I would never understand. It seems too complicated and extremely broad for me. I am looking forward for your next post, I’ll try to get the hang of it!