Vence & Le Pigeonnier (fr) | restauracja, której Francja się nie wstydzi.

Jeśli wiesz jak czasem ma człowiek nawykły do podnoszenia sztangi kilka razy w tygodniu, to wiesz też, że gdy dopada go głód nic innego nie ma znaczenia i nic z wyjątkiem kawałka mięsa, a w momencie oczekiwania na danie, kawa, nie da mu rady. Ja tak mam. Jeśli nie zaspokoję głodu, choć ten pojawia się rzadko, to lepiej do mnie nie podchodzić. To, że podczas zagranicznych wojaży nie podnoszę ciężarów, niczego nie zmienia.

Tak więc jesteśmy w Vence, pozbieraliśmy z niego tyle, ile byliśmy w stanie unieść/zabrać/zapamiętać/upamiętnić i teraz pora dla nas. Tak, jeździmy też po to, jeść i pić. I za każdym razem robimy to po naszemu. Nas dwóch takich nie ma nigdzie. Szukamy najlepszego miejsca na kolację podsumowującą trzy tygodnie poza domem. Nie zgodzimy się tym samym na zjedzenie byle czego, byle gdzie i byle jak. Nie w Vence, w którym poczuliśmy się jak u siebie. Gombrowicz czy nie Gombrowicz, to miejsce jest nasze.

Masz ochotę na Chińczyka? Ładnie pachnie, dobrze wygląda, ale mają tylko trzy stoliki, a wszystkie są zajęte. Nie, nie będziemy jeść w środku. Ok., idziemy dalej.

Pizza? Miejsce wygląda świetnie, ale to nie Włochy, żeby jeść pizzę.

Gdzie Ci się najbardziej podobało? Przy fontannie, na samym początku.

Zawracamy.

 

IMG_0011

 

Wracamy więc pod adres 5-7 Rue du Peyra. Dookoła jasno prawie jak za dnia, mimo, że już dobrze po 21:00 (zdjęcie powyżej to zdjęcie z 20:00, połowa stolików, połowa gości). Na niewielkim, ale jednak pojemnym placu stoi około 40 stolików, minimum 4 osoby przy każdym. Musi być tu dobrze i smacznie skoro panuje tutaj taki tłok, nie ma innej możliwości. Może to TripAdvisor sprawił, że tak tu pełno, ale przecież wszyscy nie mogli przeczytać tej samej opinii, prawda? Tam gdzie jest wiele osób rozmawiających w lokalnym języku musi być dobrze i smacznie. Ta zasada zawsze się sprawdza. Nie zastanawialiście się nigdy, dlaczego lokalni klienci nie stoją do budki z kebabem?

Nie ma ani jednego wolnego stolika...

Jakby nie było, zjeść trzeba, więc daj mi jeść.


Obsługa królewska, jedzenie królewskie.

Chcecie Państwo u nas zjeść? – szybko pojawia się ktoś, kto zadaje pytanie wieczoru.

Chcielibyśmy. Jeśli tylko znajdzie się dla nas miejsce.

Proszę w takim razie poczekać.

Stoimy spokojnie i rozglądamy się z nietęgimi minami. Ani jednego wolnego stolika i nie widać, żeby ktokolwiek się spieszył z jedzeniem... Chyba nic się nie zwolni, wszyscy się delektują. Nad niektórymi stolikami stoją inni oczekujący i też zaglądają jedzącym w talerze, a gdzie dopiero my i nasza kolejka...

Jeszcze moment, chwila, momencik… - uspokajam sama siebie. 

Poczekaj, a będzie Twoja pora - myślę spoglądając na inną, też czekającą parę - też usiądziecie i też zjecie. Jedząca deser blondynka spogląda na nich z dezaprobatą. Zrozumieli aluzję i odchodzą na bok.

Nagle małe zamieszanie, otwierają się drzwi, nasz kelner wychodzi ze stolikiem (stolik żeliwny, chłopak ma krzepę, choć wygląda niepozornie), za nim drugi dźwiga krzesła.

To chyba dla nas, tak mi się przynajmniej wydaje. Jest dobrze. Mamy swój stolik i mamy swoje miejsce. Chwilę potem pojawia się obrus, sztućce i karta. Szaleję z radości i nawet żołądek przestaje się skręcać z głodu.

 

FB_IMG_1441652252019

Jesteśmy w ostatnim rzędzie. Chętny do pomocy kelner znajduje dla nas miejsce pomiędzy czwórką Włochów, a dwoma Francuzkami omawiającymi jakieś sprawy firmowe. Przyjaciółki kontra lubiący wino Włosi, a my w środku. Dobre towarzystwo, choć początkowo wszyscy czują się skrępowani. Siedzimy pomiędzy sześcioma osobami, które są tak blisko siebie, że dotknięcie ręki to nie problem. Mogłabym sfotografować ich jedzenie bez zoomu. Z prawej i z lewej cisza jest przez chwilę krępująca. Do momentu, gdy kelner przynosi nam kartę.

Uśmiech, kilka słów i wszystko normalnieje. Zapominamy o tych po prawej i o tych po lewej, a oni zapominają o nas. Każdy stolik ma inną historię do opowiedzenia. Zapominamy o sobie nawzajem, tym bardziej, że oni nas wcale nie rozumieją, a my ich połowicznie. Podsłuchuję wywód o wyższości wina czerwonego nad białym. Mam ochotę wtrącić się i coś powiedzieć, ale się stopuję. Niech myślą, że nic nie rozumiem. Więcej się dowiem.

Na co masz ochotę? Zjadłbym mięso, a Ty? Też. – cóż innego mogę odpowiedzieć. I dobre wino. I oliwę. I chyba skuszę się na bagietkę, tak mi się wydaje.

Zaczęliśmy z winem i z winem pożegnamy ten wyjazd. Mam ochotę spróbować wszystkiego, czego do dzisiaj nie zjadłam. Przyjechaliśmy tutaj, żeby wykorzystać każdą okazję na poznanie smaków. I oglądając kartę widzę, że wybraliśmy dobrze.

Wybieram gulasz z gnocchi. Moja połówka wybiera stek z frytkami. Do tego sałatka. Szukamy odpowiedniego wina. Wybór nie jest szeroki, za to jest dobry. Ceny... Francuskie, ale Na stoliku ląduje czerwone francuskie, nazwa nie istotna. Powoli uczę się, że każde wino i tak smakuje inaczej i jesteś w stanie zapamiętać kilka, a pozostałe rozpoznajesz po szczepie i kraju pochodzenia.

Gulasz jak gulasz, powiecie? Nie prawda. Za tym gulaszem będziecie tęsknić, jeśli go tylko spróbujecie. Mięso rozpływa się w ustach. Żeliwny kociołek, w którym go zaserwowano, długo nie daje się opróżnić. Porcja jest spora. Mięso rozpada się w ustach, rozpływa, zatopione w ciemnym sosie. Nie mam pojęcia z czego był i nie muszę wiedzieć. Smak jest nieziemski. Zamaczam w sosie kawałek bagietki...

 

gulasz

A jak stek? Wspaniały. Nie jadłem takiego. Spróbuj jakie dobre.

Dostaję odrobinę na próbę. Faktycznie, nieziemski. Z tej kolacji tylko dwa zdjęcia, bo też zbyt dobra była, żeby pozwolić jej wystygnąć. Deser? Muffin czekoladowy, który nie był muffinem, a rozpływającym się w ustach czekoladowym kremem o konsystencji puddingu. Z gałką waniliowych lodów. Najlepsza kolacja w życiu, w jednym z miast, do którego będę chciała wrócić.

Szukasz hotelu w Vence? Wyszukaj poniżej.



Booking.com