Nicea (fr) | tego miasta nie możesz pominąć.

Nie czytaj, nie szukaj, bo i tak niczego się nie dowiesz.

Powiem Wam jedno, że wyobrażenie i cudza opinia to jest coś, co potrafi nam zepsuć każdy wyjazd. Siadasz, otwierasz Google, wpisujesz hasło „Nicea” i co widzisz? Że jest to miasto zlokalizowane na Lazurowym Wybrzeżu, że ma lotnisko, że samoloty lądują nad morzem, że jest duże i jest ładne oraz…. W sumie to tyle. Zaraz potem wzmianka o Cannes, hotelu Carlton, ogromnych pieniądzach, jakie się tutaj zostawia itd. Itd. Skutek jest taki, że nie wiesz kompletnie nic, ponieważ nikt na Nicei się nie skupia.

 

Na Niceę przeznaczyliśmy 4-5 godzin, ale zakładaliśmy mniej. Zwiedzamy ją w dniu wyjazdu z Francji, a ten post zaczynam pisać w samochodzie na odcinku autostrady Verona – Trydent. Nie ukrywam, jeśli chodzi o Niceę dałam się zasugerować. Rozczarowanie wizytą w Cannes przeniosło się na to miasto i nasze nastawienie było, powiedzmy to delikatnie, ambiwalentne. Na to nałożył się wieczorny przejazd przez to miasto pierwszego dnia pobytu we Francji (zarezerwowaliśmy hotel zlokalizowany pomiędzy Niceą a Antibes), co dało nam w mocno w kość. Z miasta, które jawiło się nam jak promenada gwiazd, wyzionęła industrialna „brzyda”, bowiem tylko tyle widzieliśmy gubiąc się nocą na drodze do hotelu.

 

Do tego 3 równoległe jezdnie, po 3 nitki w jednym kierunku, każda z 2-3 pasami w jednym kierunku, dwie z nich remontowane i źle oznaczone. Zaplątanie z poplątaniem. Zwariować można! Szukaliśmy naszego hotelu przez prawie dwie godziny, ze względu na zupełny brak czytelnych oznaczeń.

Wszystkie negatywne doświadczenia i rozczarowania nałożyły się na siebie, więc możecie sobie wyobrazić, jakie mieliśmy podejście... Do tego doświadczenia z Cannes, odwiedzonego dzień lub dwa wcześniej sprawiły, że przenieśliśmy emocje z jednego miasta na drugie (znacie efekt Horna? no właśnie).

I w tym punkcie trzeba powiedzieć STOP i zaznaczyć, że Cannes to nie Nicea, a Nicea to nie Cannes. I tak do tego należy podchodzić, ponieważ...

Pomylić się ludzka rzecz...

Czy można powiedzieć, że Nicea jest brzydka? I tak i nie. Nie jest z całą pewnością miastem, w którym tylko się bywa, wydaje pieniądze i bawi.

Jest taka, jaka powinna być. Jest normalna. Pod względem turystycznym jest zadbana tam, gdzie powinna być, za to w dzielnicach przemysłowych jest taka, jak każde miasto, w którym działa jakikolwiek przemysł. Za dnia widać, że jest zorganizowana i łatwo zauważyć, że nawet te trzy nitki w jednym kierunku były po coś wymyślone (oddzielają ruch lokalny od tranzytu, na dwóch bliższych morzu prawie wcale nie ma samochodów dostawczych, przez co ruch jest płynny).

Nicea jest piątym miastem Francji, a dzielnice, w których się produkuje, pakuje i wysyła nie wpływają na turystykę. Można mieć wręcz wrażenie, że tylko turystyka utrzymuje to miasto, a to zupełnie nie prawda. Nie bądźmy naiwni, w końcu z czegoś wielkość (i bogactwo) tego miasta się bierze, a ono naprawdę jest rozległe. To, co widać z zewnątrz (czytaj "dostatek"), nie mogło się wziąć z niczego, choć z całą pewnością przemysł turystyczny jest kołem zamachowym tego regionu.

 

Nicea jest jedną z piękniejszych miejscowości należących do Lazurowego Wybrzeża. Widać to już w chwili, gdy przekraczasz granicę miasta i napis NICE pojawia się przed tobą. Nadmorska droga prowadzi Cię kilka kilometrów wzdłuż wybrzeża i już wtedy czujesz spokój, bo wiesz, że dobrze już jest, a będzie jeszcze lepiej. Logiczne, że skoro przedmieścia są ładne, to centrum nie może być gorsze. I nie jest, choć na pierwszy rzut oka naprawdę można odnieść inne wrażenie.

Jeśli wjeżdżasz do Nicei nocą od strony Włoch, z całą pewnością będziesz zjeżdżał ze wzniesienia, a oczom twym ukażą się miliony świateł i westchniesz z zachwytu, bo czujesz, że to faktycznie riwiera.

Promenade des Anglais

W Nicei, przez całą długość nabrzeża miasta, aż od lotniska do ciągnie się Promenade des Anglais, nazwana tak na cześć anglików, którzy osiedlali się w Nicei, główne po to, by tworzyć, bo większość z nich była artystami rzecz jasna.

 

 

Promenade des Anglais to niemalże 7-kilometrowy deptak i ścieżka rowerowa, na której od samego spotkać można biegających ludzi, starsze osoby na rolkach i z kijkami, odpychającymi się i nabierającymi prędkości, rowerzystów, panie uprawiające Nordic Walking (może nie trzymają postawy, ale czy to ważne?). Ogólnie świetnie jest, a jadąc samochodem wzdłuż promenady masz uczucie, że wjeżdżasz to enklawy luzu, spokoju i sielanki. Nawet to, że stoisz w korku, a twój bagażnik chce staranować autobus miejski, nie psuje tego wrażenia. Do tego blask słońca, które odbija się od cudownie niebieskiej wody. Śmieszne, ale jeśli spojrzycie pod odpowiednim kątem, będziecie mieć wrażenie, że woda jest pomarańczowa.

 

 

 

Czy wiecie nota bene, że:

 

a) na Lazurowym Wybrzeżu słońce świeci przez 320 dni w roku? To dlatego, że Alpy schodząc niemal do samego morza, a gdzieniegdzie kończą się w morzu, przez co odcinają całe wybrzeże od kontynentu tworząc tym samym mikroklimat?

Z resztą zmianę tę widać, gdy będąc jeszcze we Włoszech zjeżdżacie z najwyższych po stronie włoskiej, a znajdujących się jeszcze w Piemoncie szczytów Alp, czyli z przełęczy św. Bernarda i kierujecie się do Albengi (nasza zasada – w jedną stronę jedziemy przez kraj, z powrotem autostradą, stąd na lazurowe wybrzeże jechaliśmy właśnie tą trasą). Z chwilą, gdy teren staje się płaski znikają wszystkie chmury, również te burzowe jeśli są, i dalej towarzyszy nam już iście wakacyjna, upalna pogoda i słońce zaczyna palić skórę. Gdy zjeżdżaliśmy temperatura „na górze” wynosiła minimalnie 19 stopni, gdy tylko zrobiło się płasko temperatura podniosła się do 27 stopni i nie malała. Zaczęła spadać dopiero wieczorem, gdy już dawno byliśmy na terytorium Francji (a był to pierwszy tydzień września).

 

b) kolor wody zależy od kilku czynników

  • od czystości wody, to jest logiczne
  • od odległości ziemi od słońca na danej szerokości geograficznej
  • od dna morskiego/oceanicznego, a dokładnie od materii organicznej

Szczegółowy opis tego zjawiska znajdziecie na stronie Baltic Museums. Ciekawe, jaka mieszanka tworzy lazur...

 

Jak zwiedzać Niceę mając mało czasu i żeby zobaczyć tyle, ile trzeba.

Jeśli nie przylatujecie do Nicei samolotem, tylko tak samo jak my przyjeżdżacie samochodem, możecie liczyć na to, że problemu z parkowaniem nie będzie, tak samo jak w żadnym innym mieście na Lazurowym Wybrzeżu. W porównaniu z Polską to niebo a ziemia. Z resztą począwszy od Słowacji w każdym mieście zastaniecie wygodną infrastrukturę parkingową (z siecią Vinci Park spotkałam się chyba w każdym odwiedzonym kraju i nigdy się nie zawiodłam - tutaj linkuję sieć francuską, ale jest i niemiecka, słowacka itd.).

Niezależnie od tego dokąd jedziecie, zawsze możecie wjechać do samego centrum, zostawić samochód na strzeżonym, podziemnym parkingu, w którym nikt nie będzie widział co macie w samochodzie i spokojnie możecie wyjść na miasto nie martwiąc się o to, co wieziecie z sobą (w myśli mam 21 butelek włoskiego wina :)). Jeśli wybieracie parkingi Vinci to pamiętajcie jedynie, że jeśli w parkingu podziemnym (tj. na poziomie np. -1) nie możecie zapłacić kartą, to prawdopodobnie kasę parkingową akceptującą tę formę płatności znajdziecie na zewnątrz, przed wejściem. Czasem niestety niektóre karty wcale nie są akceptowane. Z czego to wynika, nie wiem. Nie ma znaczenia czy to Visa czy Master Card. Niektóre kasy przyjmują tylko monety.

 

Szukamy parkingu, a w tym mapy Here są niezawodne, tym bardziej, że dowolną mapę możecie ściągnąć na swoje urządzenie przenośne. Dzięki temu działa w trybie off-line i rzecz jasna jest darmowa.

Wpisujemy „parking Nicea”, z wyników wskazujemy na mapie ten, który wydaje się nam najwygodniejszy i gotowe. Odprowadza nas dokładnie do wjazdu. Wybraliśmy parking Saleya, jesteśmy więc dokładnie w punkcie, w którym powinniśmy się znaleźć, żeby móc w wyznaczonym czasie zrobić wszystko, co mamy w planie. A zobaczyć chcemy wszystko, co się da.

Ale najpierw jeść!

Petit déjeuner to coś obowiązkowego.

Jeśli chcecie mojej rady to zapamiętajcie, że jeśli jesteście we Francji i śpicie w hotelu, to śniadanie hotelowe za 10 euro jest kradzieżą, na którą dobrowolnie się godzicie. Przeglądając popularne strony rezerwacyjne, a potrafię szukać długo i wytrwale, zarezerwować 10 hoteli w jednym mieście po to, żeby na końcu wybrać najlepszy, znalazłam tylko jedną sieć hotelową, która serwuje śniadania na wysokim poziomie. Przez wysoki poziom w odniesieniu do Francji rozumiem jajecznicę, kilka plasterków pomidora, ogórek, trochę sera i masło.

 

Nasz hotel proponował nam śniadanie za 9,50 od osoby i całe szczęście, nie skorzystaliśmy. Rogalik z folii, kilka kawałków sera, dżem w plastikowym opakowaniu. To wszystko co nam zaproponowano i nawet basen na dachu nie zdołał sprawić, że poczuliśmy się tutaj lepiej. Podziękowaliśmy. Miasto oferuje więcej, lepiej, na świeżo, za te same bądź podobne pieniądze. A żeby znaleźć dobre śniadanie wcale nie musimy daleko szukać.


Parking Saleya Marché aux Fleurs jest zlokalizowany w samym centrum Nicei, do starówki mamy dwa kroki. Tutaj aż roi się od piekarni, restauracji i cukierni, a wszystkie one biją się o klienta od samego rana oferując śniadania, do wyboru do koloru, dla każdego. To nie prawda, że tutaj na śniadanie zjada się tylko rogala. W wielu miejscach można dostać wszystko.

Pain & Cie - tutaj warto zjeść.

Nie wybieramy pierwszej restauracji z brzegu. Z resztą nie ma takiej możliwości, ponieważ nawet jeśli chcę usiąść w pierwszej z brzegu, to zawsze słyszę głos „ale chodźmy sprawdzić jeszcze gdzie indziej”. Czasem to nie działa i po godzinie szukania rezygnujemy kompletnie z jedzenia, a ja chodzę zła do końca dnia. Często też trafiamy na najlepszą knajpę w mieście. A najlepsza jest zawsze ta, która ma największy wybór i w której siedzi najwięcej osób. Nawet jeśli na posiłek wybieramy te same dania, to obydwoje mamy przekonanie, że wybraliśmy najlepsze miejsce za najlepszą możliwą cenę. Nigdy nie wydajemy więcej niż potrzeba, ale zawsze wydajemy rozsądnie i tak, żeby z każdego centa wyciągnąć jak najwięcej lub żeby uzyskać jak najlepszą jakość.

 

 

A najlepsza jakość jest w Pain&Cie stojąca na samym rogu Rue Saint-Francois de Paul i Rou Louis Gassin. Wybierając ten lokal możecie mieć pewność, że będziecie jeść patrząc na zastawione kwiatami stragany. To idealne miejsce do obserwowania, co wiecej tutaj jest po prostu pięknie i panuje słodko rozleniwiona atmosfera.

 

Zatem siadamy na zewnątrz, świeci słońce, a nad naszymi głowami rozciągnięta jest czerwona markiza, która pięknie koloruje zdjęcia na czerwono. Dostajemy kartę, przygotowaną w czterech językach, bez problemu wybieramy więc swoje śniadanie.

 

Biorę zestaw musli, czyli musli z jogurtem (aj, chrupie pomiędzy zębami, uwielbiam tak!!!), chleb, masło i 3 domowej roboty dżemy w wielkich słoikach + cappuccino w uroczej czarce. On wybiera śniadanie parisien, czyli croissant + cappuccino + sok pomarańczowy. Niedawno wypieczony i chrupiący rogal pokaźnych rozmiarów, chleb ciemny i ciemny z ziarnem, również własnego wypieku, rozpływające się masło. Poza okresem wakacji nie jem pewnych produktów, ale nie mogłam się oprzeć i nie pożałowałam wyboru. Tego oczekiwałam od tego chleba. Czy trzeba czegoś więcej? Za wszystko płacimy 15,80 eur. Nie mogliśmy się najeść.

Jeśli nie chcecie szukać daleko i przeglądać wielu menu, żeby znaleźć to najlepsze, to polecamy to miejsce z całym przekonaniem. Nie rozczarujecie się. Oprócz tradycyjnego śniadania na słodko zjecie tutaj również zwykłe kontynentalne i wiele innych, łącznie z wędzonym łososiem, sadzonymi jajkami, szynką, serami itp. Jest tu coś dla każdego, dla każdej nacji, upodobań i diety. Nawet nieco żałowałam, że nie zdecydowałam się na talerz z serami i kiełbaską, tak jak jedząca przy stoliku obok Niemka, ale co tam. Do tej pory pamiętam smak tego chleba, chrupiącą skórką i dżem z kiwi.

 

Powiadam Wam, nie jedźcie w hotelu, jeśli musicie za nie płacić dodatkowo, nie opłaca się. Żaden produkt pieczywo-podobny zapakowany w celofan nie zapewni Wam ani zadowolenia, ani świeżości, anu tym bardziej energii. Poza tym, jeśli nie chcecie jeść pełnego śniadania, to zawsze możecie chwycić w biegu croissanta w jednej z wielu piekarni (około 1 eur za sztukę bez nadzienia, 1,20 – 1,40 z Nutellą). Kawa za 3 euro to standard, więc i tak oszczędzacie, za to nikt Was nie zmusza do jedzenia tego, czego pewnie sam by nie zjadł.

Najedzony? Więc w drogę!

Po śniadaniu koniecznie wybierzcie się na spacer po starówce. Jest przepiękna. Dopiero tutaj zobaczycie, że Lazurowe Wybrzeże to nie tylko Rue d’Antibes w Cannes, ale i piękne, stare budynki miasteczka z historią, które zostało zepchnięte na boczny tor przez gwiazdy chodzące po czerwonym dywanie.

 

A tutaj się dzieje! I jest pięknie!

 

 

 

Jest cisza bocznych uliczek, są kolory rozciapane na obrazach wystawionych przez lokalnych artystów na Place Pierre Gautier, zapach suszonych pomidorów, oliwek, serów, zapachów wydobywających się z Boutique Fragonard. Weźcie ze sobą gotówkę, bo jeśli tylko chcecie kupować lokalne produkty, to tutaj znajdziecie wszystko. Przyprawy, herbaty na wagę, orzechy, sery, kiełbasy suszone, przetwory, antipasti, owoce, warzywa, pieczywo. W drugiej, dalszej części targu znajdziecie produkty tekstylne. To co mi się tutaj podoba, że tutaj nic nie jest nachalne. Nikt Was nie zmusza do zakupu, nie podtyka niczego pod nos, nie jest komercyjnie, ani też nie czuje się, że wszystko jest „pod turystę”, choć zapewne tak jest. Ceny naprawdę nie odstają od cen włoskich, które zazwyczaj są niższe od francuskich.

 

Masz pięć godzin, więc musisz:

  • wybrać się na spacer promenadą Anglików, ciągnącą się wzdłuż całego nabrzeża – jeśli macie rolki polecam serdecznie ten „środek lokomocji” – nawierzchnia jest gładka jak stół, a różnie poziomów nie są wielkie, można się zdrowo zmęczyć, ale i opalić w ruchu (choć nikt tu w samym stroju kąpielowym nie jeździ – nie wpadajcie na ten pomysł). Sprawdźcie jednak wcześniej dozwolone prędkości, nie widziałam, żeby ktoś jeździł szybciej niż „normalnie”, ale może to też wynikać z rozleniwienia słońcem i ogólnie panującym spokojem i atmosferą spokojnego, nadmorskiego miasteczka.

 

  • zobaczyć Katedrę - nam się nie udało, ponieważ była zamknięta, ale po przeczytaniu wielu pozytywnych recenzji chcieliśmy bardzo móc to zrobić

 

  • zobaczyć Place Masséna i otwierającą go Fontaine de Soleil. To miejsce jest głównym placem nowej części miasta. Na ogromnym, wyłączonym z ruchu kołowego placu, stoi 7 filarów, nawiązujących do siedmiu kontynentów, a na każdym siedzi Nomad (nikt tego tak nie nazwał, ale po wizycie w Antibes, nie możemy uważać inaczej). Nie widzieliśmy iluminacji nocnej, ale ponoć jest warta obejrzenia.
 

 

  • Miroir d’eau – wodne lustro – projekt ulokowany na obszarze 3 450 m2 zlokalizowanym po dwóch stronach Place Masséna. Projekt artystyczny, w którym woda i jej różne stany skupienia są motywem przewodnim. Jest to największy tego typu projekt na świecie, więc nie przystanięcie przy nim choćby na chwilę należy zdecydowanie uznać za marnotrawienie okazji. Cały obszar jest stale pokryty dwu-centymetrową taflą wody, która odbija niebo niczym lustro. W porze letniej aparatura sterująca projektem co 15 minut tworzy parę, która roznosi się nad powierzchnią płyt niczym mgła. Zaraz potem mgła znika, a pojawiają się małe fontanny, wokół których, jeśli tylko nie macie nic przeciwko zamoczeniu stóp, można chodzić. Być może to tylko moje wrażenie, ale naciskając dłonią strumień wody ten chyba się obniża. Miałam wrażenie, że ma wpływ na wysokość strumienia. Ale może to być tylko moje wrażenie. W każdym razie można tutaj spędzić sporo czasu, choć wydaje się to śmieszne i błahe.

Projekt można oglądać pod różnym kątem, ponieważ jest zlokalizowany przy Promenade de Paillon. Na ławeczkach stojących wzdłuż instalacji można spotkać siedzących turystów lub starsze osoby, a ich sylwetki wyłaniające się ze znikającej mgły, to naprawdę uroczy, lekko magiczny wręcz widok.

Czy wydać na bilet?

Czy warto wydać na bilet, żeby spędzić czas wyłącznie w Nicei? Jeśli to weekend to tak, jeśli więcej czasu, trzeba to rozważyć.Warto wtedy zaplanować wizytę w jakimś innym mieście. Nie zapominajmy, że Nicea to oprócz turystyki „przejazdowej” również bogate życie nocne.

 

Władze miasta starają się promować miasto i przygotowują różnorakie atrakcje dla mieszkańców i turystów. Nie zdążyliśmy przyjechać wcześnie, ale w dniu naszego przyjazdu (05.09) odbywała się wielka impreza „Port de Nice” (zaglądnijcie na profil Port de Nice, żeby sprawdzić co się działo). To wielka impreza połączona z koncertami, jedzeniem i rozrywką, trwająca do późnych godzin nocnych. Jeśli tylko macie czas i ochotę warto się wybrać na kolejne wydarzenie z tego cyklu. Śledziliśmy wpisy na profilu społecznościowym długo przed tym terminem i program był imponujący.

Jeśli się wybierzecie i zechcecie nam opisać co się działo opublikujemy jeden lub dwa posty. Bo wiecie, że możecie tworzyć ten blog z nami, prawda?

 

Więcej informacji znajdziecie na stronie Nicejskiej organizacji turystycznej.

Hôtel La Pérouse****

Zarezerwuj swój pobyt w Nicei

Szukasz innego hotelu w Antibes? Kliknij na banner poniżej.

Booking.com