First Aid Kit – My Silver Lining

Zmęczenie, piękny dzień i kawa.

Ostatni dzień w Oslo.

Cały dobytek w dwóch plecakach, po 20 litrów każdy i to uczucie, że "udało się pierwszy raz polecieć bez walizki.

"Udało się, przeszliśmy przez barierę komfortu i trzech gwiazdek w hotelu" myślę sobie zadowolona, pamiętając, że podróż w takim trybie z moim kompanem jeszcze jakiś czas temu byłaby całkowicie niemożliwa. Wręcz nie do pomyślenia, co dopiero do zrealizowania. A ja zawsze chciałam...

Pół miasta w nogach, ale samolot mamy dopiero za kilkanaście godzin. Piękny dzień, słońce świeci, niedziela. To chyba najładniejszy dzień naszego pobytu, chociaż ranek był okropny. Już o 9 rano siedzieliśmy w autobusie, który miał nas zawieźć na półwysep Bygdøy. A tam pogoda była kapryśna, wręcz jak w marcu... Brakowało tylko śniegu.

Jest południe, wróciliśmy do centrum. Jestem szczęśliwa ze zmęczenia, czuję zadowolenie z wyjazdu, z przeskoczenia na inny poziom podróży (ten mniej komfortowy i przez to mniej typowo-turystyczny), no i nastał piękny dzień.

Szukamy miejsca na kawę. Wiecie, że tak samo jak wino i jedzenie kochamy kawę, prawda? Moi znajomi chyba mają po dziurki w nosie sprawozdań znad kubka kawy, a podejrzewam, że mój prywatny Instagram i Facebook chyba też.

Idealne latte w Espresso House

Znajdujemy. Pełny ogródek wystawiony na chodnik tylko potwierdza nasz wybór. Wchodzimy do środka i już nam się podoba. Zostajemy.

Zamawiamy po kubku, chwilę czekamy, bo kolejka spora. Zabieramy wodę, coś bardzo czekoladowego i bardzo słodkiego na spółkę i siadamy pod oknem. Lubimy tak. Teraz aktualnie przez szybę oglądamy niedzielne lenistwo w stolicy kraju, w którym gałka lodów w najmniejszym rozmiarze kosztuje 13 zł. Przyznam, że o ile czasem lubię zaszaleć i wydać pieniądze na coś, czego nie planowałam, a wręcz czego nie miałam w budżecie, tym razem się nie zdecydowałam na lody ani razu. Może dlatego, że u mnie porcja lodów zaczyna się od 4 kulek ;), w Krakowie dostaję w tej cenie porządne żeberka z sosem (chcecie wiedzieć gdzie?).

Ale kawy sobie nie odmówię nigdzie, bo niezależnie od ceny wyciąga mnie z największego zmęczenia. Może to placebo, bo specjalnego kopa nigdy nie dostaję, za nogi zaczynają mniej boleć, pojawia się nieziemska moc i mam ochotę iść dalej i zobaczyć jeszcze trochę, jeszcze więcej, wyssać z każdego dnia w podróży każde możliwe wspomnienie.

Jakie tam znowu Renault…

Więc siedzę popijając najdroższą kawę w życiu i przeżuwając najsłodsze ciastko, jakie kiedykolwiek wzięłam do ust, spoglądam na kompana, kompan spogląda na mnie, nić porozumienia, telefon, szukanie Wi-Fi. Jest... Shazaam... Jest, działa, ufff... Mamy kolejne wspomnienie z podróży. Mamy swój utwór, coś co tylko nam będzie się kojarzyć z tą chwilą. Naszą i nikogo innego.

I oto od tego momentu ten utwór to wcale nie reklama Renault Kadjar z rozpływającym się w zachwycie głosem Bogusława Lindy (z resztą ona ukazała się dopiero kilka tygodni po naszym powrocie), ale wspomnienie Oslo.

I tylko się zastanawiam po fakcie czy to przypadek, że kawę, wyciągającą mnie w to południe za nogi ze stanu totalnego zmęczenia, piłam przy piosence zespołu o nazwie First Aid Kit.



Booking.com

Follow on Bloglovin