Turyn monumentalny (it) | bez niego Piemont się nie liczy.

Turyn pięknym miastem jest.

Na tym mogłabym zakończyć ten wpis i od początku do końca napisałabym prawdę. Jeśli widzieliście kiedyś jakiekolwiek zdjęcia z Kuby, czy to z Hawany czy jakiegoś innego miasta do tego kraju należącego, to na bank widzieliście wielkie ←↔→ i wysokie ↑↓ zarazem kamienice z okiennicami. Taki tez jest Turyn. Można się zastanawiać, jaki problem miał ktoś, kto to miasto budował. Przerost ego?

Bo tu wszystko jest duże. To moje pierwsze wrażenie i pierwsza myśl, jaka przyszłaby mi do głowy, gdyby ktoś mnie o to miasto zapytał. Zaraz potem powiedziałabym, że jest po prostu piękne, majestatyczne, dostojne. Wynosi się wysoko do góry i trzyma podniesioną do góry głowę i dumną postawę spinając równocześnie łopatki, żeby się nie garbić. I robi to bez przerwy, wszędzie, w każdej dzielnicy, która leży w obrębie starego miasta.

Nigdy nie widziałam, żeby ktoś tak wytrwale i tak konsekwentnie trzymał się jednego stylu i nie tracił celu z oczu.

Taki był ktoś, kto budował Turyn.

Zostawiamy samochód poza murami starego miasta, ale w tak bliskiej odległości, że wystarczy przejść przez jezdnię, by znaleźć się w strefie płatnego parkowania. Pamiętajcie, cokolwiek mówią przewodniki, każde miasto ma jakieś miejsce blisko starówki, które jest bezpłatne. Przerabialiśmy to w Sienie, we Florencji, w Pizie, a w tym roku również w Turynie. Jeśli nie chcecie to nie musicie wydać ani grosza na parkowanie. Przewodniki mówią, co mówią. Realia są inne. Wjechanie w stare miasto lub strefę “centro” to często bardzo dobry pomysł.

Zaczynamy rano, więc witamy się z Turynem filiżanką cappuccino. Już dawno oduczyłam się zamawiać kawę, bo zawsze dostawałam espresso, którego nawet nie czułam na języku. Caffe, to zawsze będzie espresso, a tłumaczenie na migi, że caffe ma być grande ←↑→↓ niczego nie zmienia, poza tym, że na końcu kłopotliwej konwersacji zastanawiasz się, czy to kelner/ka ma problem ze zrozumieniem, czy to z Tobą coś nie tak.

A na włoski poranek zawsze polecam cappuccino i croissanta z Nutellą (we Włoszech to “brioche con Nutella”, rzadko, ale zdarza się, że na słowo croissant sprzedawca nie reaguje…). Sama croissanta nie jem, jako wyznawczyni wiary w low carb i no sugar, ale patrzę jak P. się zajada.

Już po? To możemy ruszać. Idziemy do muzeum kina. Kilometr, tory tramwajowe, idziesz wzdłuż i skręcasz w lewo, w stare miasto. Mapka wklejona do przewodnika okazuje się być ratującą spokój. Handlarze rozstawiają po uliczkach stragany z chińsko-włoskimi suwenirami, selfie sticks i inne niezbędności mnożą się dookoła i cieszę się, że jestem tu wcześnie, zanim prawdziwy tłum nadpłynie i zostanie zaatakowany. Dla zagadnięcia dwóch osób nikt się nie podniesie z krzesła i nie wyjdzie z cienia.

Muzeum niestety, zamknięte, tylko jak i czemu i dlaczego? Niestety, to jedyne muzeum w Turynie zamknięte we wtorek. Pamiętajcie, że przewodniki w kwestii otwarć muzeów kłamią, oj kłamią… A my, jak Ci będący za granicą po raz pierwszy, daliśmy się nabrać. Dlatego właśnie przyjechaliśmy tutaj we wtorek, żeby wejść… Co robić…

Zaraz obok muzeum widzimy budkę z napisem Tourist Information. Cudownie włoski pracownik w wieku lat około 60ciu informuje nas, że niestety, ktoś wykombinował, że skoro w poniedziałek praktycznie wszystkie włoskie muzea są zamknięte po weekendzie, to muzeum kina będzie otwarte. A co, wolno im. Za to nie będzie otwarte we wtorek. No i nie jest, nasza strata. Tylko, czemu przewodnik kłamał, skoro to oficjalne i wszyscy ponoć o tym wiedzą?

– Ile macie czasu? – pada pytanie.

– 1 dzień, a dokładnie 6 godzin.

– Uuuu, so shame, too small, too little”.

Too small? No to zobaczymy.

– Musicie iść tu, tu i tu w takim razie – mówi do nas Włoch zaznaczając na wydzieranej z bloku mapie punkty, które są o-bo-wią-zko-we.

No dobra – myślimy – to będzie maraton… Ale ja cardio już nie uprawiam, bo szkodzi i podnosi poziom kortyzolu… Robimy po swojemu wertując przewodnik i palcami zaznaczając wybrane strony. Muzeum Fiata, muzeum tego, tamtego, patrzę na arkusz wręczony przez rozmówcę… Hmm… Łaziki z nas, ale martwą naturę wybieramy wtedy, gdy nas interesuje i nie ma innej okazji, żeby ją zobaczyć oraz gdy spędzamy w mieście minimum 48 godzin, dlatego jeśli nie jest to Tate Museum w Londynie i Turner ze swoimi sztormami, albo połamany Picasso z okresu zielonego w Wiedniu, to za muzeum Fiata podziękujemy. Not this time. Spojrzenie w oczy, natychmiastowe porozumienie dusz, telepatia, obrót na pięcie…

Thank you!

Grazie mille! Buona giornata!


To, dokąd? – pytam towarzysza. Poczekaj niech znajdę. No to tędy. A dokąd? No tedy… Idziemy do centrum. No to ok. O, tu jest ładnie, tędy chodźmy. Ok, skoro tak uważasz. Tylko, czemu taki tu industrial i nie ma ludzi? Ten Turyn to jakaś dziura musi być, myślę.

Jakaś niemiecka rodzina, potem pojedynczy student… Super. Wrrr…. Idziemy opłotkami, bo tak napisali.

A możemy pójść tamtędy? A czemu? Bo tu brzydko. No, ale tędy się idzie. A skąd wiesz? No przewodnik tak mówi. No, ale tu nic nie ma. No, ale tam też. No jak to, jakiegoś gościa na koniu widzę 100 metrów dalej. Stoi na postumencie. No, ale tam nic nie ma…

Taka rozmowa z moim kompanem, a raczej awantura. Stawiam na swoim, nie oglądam się za siebie i oto życie się objawia w pełnej krasie.

Wchodzimy na Via Po, naburmuszenie znika powoli z twarzy, a miasto budzi się do życia we wszystkich swoich kolorach. W niekończących się podcieniach po dwóch stronach ulicy straganiarze rozstawiają książki, jak na krakowskim dworcu. Handlują używaną prozą i poezją po kilka euro sztuka, prowadząc dysputy, albo czytając swój produkt zanim go puszczą w dalszy obieg. Turyści ciągną tam gdzie my, lokalni przystają na czarnego shota espresso doppio i zagryzają croissantem z kremem, który jak się okazuje może być też budyniem waniliowym. Przekrojony rogal sypie się na stolik, krem kapie i osiada w kącikach ust, espresso znika w gardle w ciągu jednego przechylenia. Jeszcze tylko szklaneczka wody. Wszystko jest tak jak być powinno, ma swoją kolejność i rytm.

Za te rytuały kocham Włochy i Włochów, mimo, że gestykulują jak w pantomimie z byle powodu. Nawet ten ich włoski, cuchnący dym papierosowy zaczynam lubić na nowo. Przez pierwszy rok od rzucenia palenia nie znosiłam go wcale, teraz jego umiarkowane dawki stają się lokalną cechą, bo Włoch bez papierosa to niemal wymarły gatunek. Żeby tylko przestali palić przy jedzeniu…

Wysokie budynki zasysają mnie, chowają przed słońcem i wciągają w miasto, choć wydaje mi się, że jestem w budynku. Zaczynam czuć tempo tego miasta. Spływam żarem lejącym się z nieba, pomimo, że stoję w cieniu.

Dochodzimy do Palazzo Madama na środku Piazza Castello, dookoła którego krążą tramwaje. Czuję się jak w innym świecie. Nie mamy takiego budownictwa u siebie w Krakowie, ani też nie widziałam go w żadnym do tej pory odwiedzonym mieście. Tutaj budynki są równocześnie monumentami, które miały odgrodzić kogoś od kogoś innego. Po prawej stronie chyba filharmonia, piękne zdobione bramy są ledwo widoczne, też chowają się w podcieniach. Z głośnika słychać arię operową. Chcę do ogrodów królewskich, które widzę na planie, tam na prawo, za bramą oddzielającą stare miasto od reszty zabudowań, ale nie ma szans. Po awanturze i machaniu rękami odpuszczam. Dobraliśmy się, trzeba przyznać, idealnie do wspólnych podróży. Nuda? Nigdy w życiu.

Ale miałem rację, że tam nie idziemy? Jasne, że miałeś…

Żeby jeden raz nie powiedział “a miałem rację”…

Na placu namiot Expo 2015. Zerkamy i lecimy dalej. Expo w Turynie? O co chodzi? Nie wiem. Z plakatu rozumiem tylko Expo 2015 i Welcome to Torino. Fajnie, też Was witam i proszę o tablicę z opisem zdarzenia po angielsku. Jak Francuzi, daję słowo. Zakładają, że skoro przyjechałam do ich kraju, to włoski mam przyswojony jak język ojczysty? Czemu my w Polsce tak nie zakładamy i piszemy im po ichniemu, nie wiem…

Skręcamy do pałacu królewskiego przechodząc przez zdobioną, żelazną bramę, której pilnują dwaj jeźdźcy na koniach stojących dęba. Zapraszają nas na pałace i pokoje, pooglądać eksponaty.

Chcesz iść? A Ty chcesz? Nie. No mówię, martwa natura to nie bardzo… Ale na Lempicką bym poszła. To co? No zobaczymy jeszcze. Ok.

W upale “ok” zdaje się być najbardziej uniwersalnym słowem.

Idziemy oglądać Całun do Katedry Turyńskiej i kaplicy Świętego Całunu, której prezbiterium przykleiło się do bocznej ściany pałacu.

„Zdjęcie z frontu!” Wołam. Siadamy na ławce vis a vis głównego wejścia. Zejdzie nam, to pewne. Poprawianie najlepszego z możliwych ujęć to moja najpospolitsza wada, ma być najidealniej jak się da, przy dostępnych środkach (muszę uciąć mojemu Canonowi jedno 0). Mam 10 prawie identycznych zdjęć, z których skasuję dwa i zostanie osiem. Potem zrobię z nich kolaże „znajdź 10 różnic”… Zachomikuję tak pół świata i będę chciała mieć na własność każdą sekundę, którą oddałam miejscu, w którym byłam. Chore, ale tak mam (pamiętaj, znajdź nowy dysk zewnętrzny, notuję w pamięci…).

Ok. Mam front. Zabieram jego wszystkie możliwe ujęcia, z wieżą i bez.

No to chodź. Idziemy. Zakasuję spódnicę majtającą się wokół kostek, zakrywam ramiona i chowam się w chłodzie budynku. Oczy przyzwyczajają się do braku słońca. Chyba doznaję szoku termicznego.


O ile kościoły nie robią ma mnie wrażenia z powodów duchowych o tyle architektura zachwyca. Kocham kunszt, wzniosłość, moment, w którym uświadamiam sobie, że zrobił to człowiek własnymi rękoma za pomocą dłuta i bez prądu. Wzniósł te kamienne bloki do góry za pomocą liny, systemu przekładni i kołowrotków i jeszcze nie zapomniał tego ozdobić tak, by król pochwalił wielmożnym skinieniem palca. Czasem nie zdobił, tak jak tutaj, gdzie czystość sklepienia nie przytłacza, a jedynie przyciąga wzrok ku górze i pozwala na wzięcie głębokiego oddechu. To rzadkie, bo w większości przypadków włoskie kościoły i katedry są bogato zdobione, a pod wieloma freskami leżał Michał Anioł, albo jakiś inny artysta z powodów finansowych lub i innych będący na usługach kościoła, albo króla (choć mecenat papieski był uważany za prestiżowy i najbardziej opłacalny), co wcale nie musiało oznaczać, że ten miał z kościołem idealne układy. Kilka słów na temat układów Michała Anioła z papieżami..

Jeśli ktoś chce poczuć więcej emocji, związanych z wysokopienną architekturą sakralną, polecam mu przeczytanie “Katedry w Barcelonie”, którą napisał Ildefonso Falcones. On najlepiej opisuje budowę obiektu sakralnego w czasach, gdy dźwig nawet nie przypominał współczesnego. Od kiedy przeczytałam tę powieść wydawnictwo Albatros jest moim ulubionym.

Całunu nie zobaczycie, tak samo jak my i wielu innych. Pomimo, że Turyn od wielu lat zarabia na biznesie zbudowanym wokół Całunu, to nie często go pokazuje. Raz na 25 lat to raczej niewiele, jedyne odstępstwo od tej zasady zrobił Benedykt XVI w 2010 roku, który to wyraził zgodę na publiczne pokazanie Całunu po 15 latach od wcześniejszej prezentacji. Czy to się powtórzy za kolejne 15 lat, nie wiem. Może uda się wcześniej. Może będę w okolicy.

Czy Całun to prawda? Nauka i religia się nie pokrywają, wiele na ten temat opracowań i wiele “dowodów” na tak i na nie. Niech każdy wierzy, w co chce. Póki co i tak nam wszystkim dane jest oglądać Całun tylko na ogromnej plazmie, która daje nam gotową odpowiedź i udowadnia, że Całun to prawda jedna z jedynych, i że inne podejście jest niemożliwe i nawet nie powinno się go rozważać. Jedna prawda przeciwko wielu domniemaniom, które potrafią udowodnić wszystko i nic za pomocą jednej i tej samej metody badawczej. Metoda węgla C14 potrafi udowodnić w tym wypadku wszystko w zależności od interpretacji.

Nie dojdziemy tu do ładu. Możemy potwierdzić za to bez żadnych badań to to, że kościół jest przepiękny, a jego architektura urzeka.

To co teraz? Dokąd? To ja proponuję tutaj i tutaj, tu jest największy plac targowy w europie czynny codziennie za wyjątkiem… A co tam jest? Piazza Della Republica przecież… No wszystko tam jest. No dobra. Moje stopy i tak już dawno zmieniły kolor na czarny.

Chcesz wody? Dawaj, bo się topię.

Pięknie jest. Naprawdę. Kocham to zmęczenie i brakuje mi go już po tygodniu siedzenia przed komputerem.

Idziemy…. chowamy się przed upałem w każdej plamie cienia. Powoli przyzwyczajam się do wysokości nade mną. Liczę piętra. Tylko cztery albo pięć najwyżej, ale wysokość jak na 6 pięter w naszym bloku mieszkalnym. Powoli przestaję myśleć, że coś mi spadnie na głowę. Jak to możliwe, że na prawie trzykilometrowej trasie prawie każda kamienica ma taką wysokość? Każda jest zbudowana z gładkiego kamienia i w przeciwieństwie do kamienic z innych dzielnic Włoch nie są wcale specjalnie zdobione, choć gdzieniegdzie pojawia się jakiś zawijas. To właśnie brak gzymsów nadaje miastu ten wzniosły charakter. Szkło zlewa się z kamieniem, tworzą całość. Czy to banki czy budynki mieszkalne, różni je niewiele. Dobrze tu pomiędzy ścianami. Chłodno. Okiennice na budynkach każą myśleć, że w kamienicach może być najwyżej dwadzieścia stopni.

Daleko jeszcze? W przewodniku jest napisane, że jeszcze trochę. A co tu jest? – pytam skręcając w jakiś pasaż wyglądający na handlowy. Nie wiem, ale możemy wejść. Jasne, że wchodzimy. Zawsze wszędzie wchodzimy. Wysysamy każdą okazję jak szpik z żeberek.

Fryzjer, sklepy z odzieżą, połowa powierzchni zamknięta, z zasuniętymi roletami. Eh, nic tu nie ma. Nie zauważamy, że wszystkie otwarte stoiska to stoiska arabskie. Wychodzimy z drugiej strony pasażu i oto… wychodzimy na ogromne targowisko. Znaleźliśmy skrót. Piazza della Republica w Torino nijak się ma do Piazza della Republica w Livorno.

W jednej chwili dopada nas harmider, szum, bzyczenie kręcących się dookoła ludzi. Tłok, ścisk, tysiąc głosów, tysiąc nawoływań. W jednym momencie widzę na raz co najmniej trzy religie, trzy kolory skóry, słyszę muzykę hinduską, włoską, angielskojęzyczną, radio, płytę, wiadomości, mułłę nawołującego do modłów z radia na baterię. Wokół nas gładko poskładana pościel, ręczniki, ścierki, szczotki, mopy i włoskie kawiarki. Ubrania, obuwie, mydło, suszone owoce i włoskie sery. Kilka kroków dalej owoce, warzywa. Stoiska i mieszane, czyli mam wszystko i nic, i iście zanzibarskie – jak mam banany to mam tylko banany, jak mam arbuzy to mam ich od razu tonę, jak pomidory, to cały wózek plus dwa wózki z boku. Banany za euro kilo bo mam końcówkę i chcę iść do domu, świeża mięta, trawa cytrynowa, fioletowe bakłażany, sto tysięcy sztuk oliwek, zielonych, nadziewanych, marokańskich pomarszczonych jak dłonie wyciągnięte z gorącej wody, jabłka, granat rozerwany palcami na pół i wysypujący z siebie rubinowe ziarna. „Bella, bella, solo uno euro per kilo!” słyszę. Czuję się jak w Stone Town, do tego upał jak w Stone Town… Inny świat. Inny świat zaledwie 600m od Piazza Royale. Duszno, tysiąc zapachów, miłych i mniej miłych, zlewających się w jedno parujące tysiącem zapachów miasto.

Wychodzimy. Kolory mnie zalały, zakręciły w głowie.

Poczekaj! Jeszcze suszone pomidory! Daj pieniążka – po mojemu wyciągam rękę do skarbnicy. 6 euro? Dawaj.

5 minut później niosę prawie kilogram suszonych pomidorów o smaku tak intensywnym i zapachu tak bogatym, że gdybym tylko dorwała kulkę mozarelli, to zjadłabym je na środku ulicy pozwalając, żeby solanka ściekała mi po łokcie. Za to kocham Włochy! Są dla mnie zapachem i smakiem, ekscytacją i bolącymi nogami, prostymi rzeczami, które mnie radują. Tak mam.

Wychodzimy przez drugą część placu. Powiadam Wam, ilość majtek i skarpet na metr kwadratowy jest ogromna. Od zwykłych no name po Coco Chanel i Tommy Hilfinger. Tylko sklep nie ten i jakość nie ta sama. Zaczyna się robić brudno. Uciekamy stąd.

Głodna. Szukamy czegoś dobrego i nie koniecznie będącego pizzą. Mimowolnie wchodzimy w ulice arabskie, gdzie tylko kebaby. Ale nie mamy odwagi. Nie do końca tu czysto, chociaż ludzi nieobawiających się zagrożenia w środku całkiem sporo.

Focaccia? Nie chcę, ale Ty możesz. Nie, nie teraz. Nie chcę sam. No, ale ta w innym miejscu nie będzie bardziej bezglutenowa niż ta tutaj, tamtej też nie zjem. Ale ja sam nie będę jadł.

No to idziemy szukać złotego gralla w świecie mąki pszennej. Mozarella i speck – 10 euro na głowę, ale talerz spory. Hmmm… Za miastem w tej cenie będzie gorące mięso w warzywnym sosie… Odpuszczamy, tylko głód zostaje.

Przed nami znowu Palazzo Madame. Zatoczyliśmy koło przechodząc przez Via Giuseppe Garibaldi, gdzie obok sklepów znanych marek na kocach swoje towary rozkładają uchodźcy lub po prostu emigranci, jakich wielu można spotkać w całych Włoszech. Pomiędzy nimi, na środku deptaka, rozstawione stoliki, przy których turyści, ale chyba też mieszkańcy, jedzą swoje obiady. Dziwny widok. Nie zajmuję stanowiska, idę dalej.

Patrzę na P. i widzę ślinotok na widok kolejnej budki z focaccią za 2 euro.

Idź, ja nie muszę i nie chcę, a Ty nie musisz tak jak ja. Mogę? No przestań.

Widok placka z serem i odrobiną pomidorów i tłuszczem przesiąkającym przez papier wraz z nieśmiałym uśmiechem sprawia, że jest mi lepiej, choć zachwytów nie słyszę. Najważniejsze, że głód lekko zaspokojony. Teraz moja kolej, bo za miastem znajdziemy się pewnie za 4 godziny, a wierzcie mi, najlepsze jedzenie jest właśnie za miastem. W mieście nie warto.


Znajdujemy stosunkowo szybko, bo kilkadziesiąt metrów dalej. I tutaj wieść pozytywna dla wszystkich mięsożerców – w Turynie wybierzcie się do Mucca Pazza na Via Viotti, świetny grill, gdzie w podcieniach zjecie dobrze, za niewielkie pieniądze. Duże sale i ilość gości to najlepsza rekomendacja, a wybór dań dla wszystkich jest świetny przy jednoczesnym zachowaniu zdroworozsądkowego podejścia do cen.

Najedzona? Jasne, skrzydełka były pyszne. To powoli wracamy. W lewo, czy w prawo? Myślę, że w prawo, zrobimy kółko i zawrócimy.

Skręcamy na Via XX Septembre, szukamy magicznych galerii handlowych i mega drogich sklepów, które koniecznie należy zobaczyć (czasem mam wrażenie, że Ci, którzy przewodniki piszą dostają procent od wskazywania takich miejsc… Bo też co ciekawego jest w krawacie za 200 euro, albo w bluzce, która wygląda jak podomka, a kosztuje 400 euro… Nie mam pojęcia. Mnie to nie kręci, zakupów nie znoszę, a szelest pieniędzy mnie bawi tylko wtedy, gdy pozwala mi wyjechać w nową podróż.).

Piazza San Carlo. Piękny plac i kolejny przejaw fascynacji monumentalizmem. Zaprojektowany przez Charlesa Castellamone, serce Piemontu. Przytłacza przestrzenią. W wyobraźni ustawiam rzędy poddanych wyczekujących na słowo władcy. Albo pułki wojska, oczekujące na rozkazy. Wielkość i wielkość i jeszcze raz wielkość. Jest piękny, ponoć najpiękniejszy w kraju, ale chyba ktoś przesadził. Mam wrażenie, że czegoś tu brakuje. Wcześniej tego nie czułam, może dlatego, że pomimo wysokości bywało zielono. Tutaj jest betonowo.

Placu pilnuje pomnik Emanuela Filiberto (Caval ëd Brons) z XIX wieku, ale wygląda na osamotnionego, choć zadziera gardę.

Przechodzimy po czerwonym bruku, kierujemy się w stronę bramy, wyglądającej na wypastowaną do gładkości. Via Roma. Pewnie tędy faktycznie przechodziły wojska. W tej części miasta czuję się nieswojo, choć rozumiem założenie. Wejścia na plac Piazza San Carlo od strony Piazza CLN pilnują rozłożone nad fontannami rzeźby, tak samo wielkie jak i budynki.

Układam się do zdjęcia, uważając, żeby nie wpaść do wody. Jak nic są 4-5 razy większe ode mnie. Uciekamy szybko na Via Lagrange.

Oj, uciekajmy już. Szczerze, to już się cieszę na wyjazd. Jestem zmęczona. Zwiedzanie przyjemne, ale głowa pracuje cały czas. Ilość kontrastów mnie przytłacza, nie lubię, gdy coś/ktoś stoi nade mną, czuję się wtedy jak pouczane dziecko. A to miasto stoi nade mną od samego rana i w żadnej dzielnicy, na żadnej ulicy mi nie odpuszcza.

Z takim uczuciem chyba będę wracać, choć nie mogę powiedzieć, że jest mi tu źle. Jest inaczej, bo nie czuję w tym mieście włoskiego ciepła małych, piemonckich miasteczek, z którym Piemont kojarzyłam do tej pory. Nagle się okazuje, że Piemont ma dwie twarze, a ta lokalna bardziej mi się podoba i nie przytłacza. Jest przyjazna, czuję się tam spokojnie. Turyn każe mi być w gotowości, stać na baczność. Brakuje tutaj miejsca (dosłownie) na wyciszenie. Nie odpoczywam tutaj tak, jak przy zwiedzaniu miejscowości, w której mieszka 100 osób.

Jeszcze chwila, jeszcze moment i wsiądę do samochodu. Jeszcze tylko zerknę co na prawo, skręcam w Via Giovanni Giolitti.

O patrz – patrzę w lewo – pamiętasz konia, którego Ci rano pokazywałam, jak nie chciałeś zmienić trasy? Nie pamiętasz? Ale ja pamiętam. To oznacza, że do samochodu niedaleko. Skręcam w Via Carlo Alberto.

Że do tego konia kilometr, a za koniem jeszcze dwa i nie wiesz jak tam dojdziesz? Cóż, mamy ten sam problem.

Okazuje się, że nie jeden, bo Turyn zasysa nas na nowo.

Bo przechodzimy obok Palazzo dal Pozzo Della Cisterna, w którego ogrodach urządzono jedną z ośmiu plenerowych wystaw przygotowanych w ramach projektu Arte Alle Corti.

Jeszcze nie weszliśmy do środka, tylko zerknęliśmy, żeby sprawdzić czy warto i o co chodzi, a już zaprasza nas miła kobieta, wręcza nam informacje o projekcie pytając skąd jesteśmy. Znikamy w ogrodzie i już żałujemy, że nie doczytaliśmy więcej, wcześniej, bo zamiast iść według przewodnika, szlibyśmy wg mapy projektu, który obejmuje całe miasto. Skręcając jedynie w inne przecznice, niż te, które wybieraliśmy, zobaczylibyśmy wszystkie 8 wystaw. Nierozsądni uczą się na błędach i żałują.

Nie będę Wam pisać co tu się dzieje. Wklejam linki i buttony, i mam nadzieję, że zakochacie się tak jak ja. Powiem tylko, że to miejsce zmyło ze mnie całe zmęczenie. Ilość zieleni i w końcu bodziec inny niż beton, aż zachwycił.

Wychodzimy zachwyceni i ożywieni, choć stopy proszą o koniec. Chcielibyśmy więcej, ale chyba nie na raz. Zostać tutaj dłużej? Nie wchodzi w grę. Mamy jeszcze sporo pracy, każdy dzień się liczy. Nie wspominamy, że jesteśmy tutaj też po to, żeby spotkać się z kilkoma ważnymi dla nas osobami, więc na koniec zostawiliśmy sobie pracę.

Zapraszamy Was do Turynu, bo z pewnością warto go zobaczyć. Czy można się w nim zakochać? Zapewne tak, ale trzeba go poznać i zrozumieć. Miłość od pierwszego wejrzenia to nie będzie, ale takie szybkie zakochanie z szybkim odkochaniem i późniejszy powrót po namyśle i dokonaniu analizy, jest możliwy.

Stare miasto to nie wszystko. Nie piszę o wielu ważnych kwestiach, które zauważyłam, bo nie recenzuję aspektów społecznych, na przykład migracji, którą w Turynie bardzo widać zaraz poza starówką. Nie wiem jak się tutaj ludziom współżyje z migrantami, ale jest ich wielu, gdzieniegdzie nie widać Włochów. Nie jest to odpowiedni okres, a ja sama chyba nie jestem gotowa, żeby do tej kwestii podejść bez emocji.

Jak zawsze powiem Wam jedno – wsiądźcie w samochód i zobaczcie sami co się dzieje na świecie. Wyjdźcie poza przewodnik, bo “prawda turystyczna” to żadna prawda, ani też żadne poznawanie miasta czy regionu. Z takiego podróżowania nic nie wychodzi, choć zgadzam się, że należy sprawdzić, czy ktoś inny ma rację, żeby mieć własne zdanie i wiedzieć czy iść wskazaną drogą, czy też ją modyfikować według swojego uznania.

Komentarze mile widziane :).