Pie(d)mont (it) | winny szlak Langhe Roero

Co Piemont dla Was ma i co chce Wam dać...

Niezależnie od tego, co Was skłoniło do wyjazdu do Włoch, zawsze znajdziecie jedno – wino i lokalne specjały. I tylko jego smak, o ile odróżniacie jeden rodzaj wina od drugiego za pomocą zmysłu smaku, powie Wam, w której części kraju się znajdujecie.

Każdy region Włoch ma swoje tereny uprawne i szczyci się produkcją regionalnych specjałów. Piemont też ma swoje - od znanych cotto, czyli szynek, delikatnych jak szynka z węgierskiej świni odmiany Mangalica (kto nie wie co to za dobro, niech wybierze się na krakowski Stary Kleparz i znajdzie sklepik z produktami węgierskimi, kiosk 54), przez długo dojrzewające kiełbaski z truflą, bez trufli, bardziej lub mniej dojrzałe, albo polędwicę wieprzową suszoną lub dojrzewającą, marynowaną przez 12 dni w czerwonym winie (głównie w regionalnym Dolcetto), na serach wszelakiej maści kończąc, nie pomijając po drodze słodkości wyczarowanych z orzeszków laskowych.

Ponieważ w tym poście będzie tylko o winie, pozwolimy sobie nie zamieszczać zdjęć innych specjałów. Niech Wam ślinka cieknie po brodzie na wyobrażenie blanszowanego orzeszka unurzanego w słodkiej jak kakao z mlekiem czekoladzie koloru czarnoziemu (jeśli widzicie lody w takim kolorze to bierzcie je koniecznie, nawet jeśli macie uczulenie na czekoladę, kakao i cukier – miód w gębie, na którego wspomnienie będziecie chcieli tu wrócić).

Żeby znaleźć, trzeba zjechać z głównych dróg.

Jeśli szukacie wina to Piemont Wam je da i pozwoli Wam się wykąpać w jego wielu smakach.

 

Nie będziecie musieli długo szukać, bo jeśli tylko będziecie uważni, to sam Wam pokaże, gdzie wino znaleźć. Żeby się do niego dostać musicie tylko chcieć nieco zjechać z utartych szlaków i głównych dróg oznaczonych jako Strada Statale i wybrać którąś z dróg oznaczonych jako Strada Provinciale. Na tych pierwszych wina nie ma, ale są winnice lub widok na winnice, na tych drugich znajdziecie już wino. Czasem na którejś Strada Statale można zauważyć tabliczki z rysunkiem winnych gron, ale według mnie nie ma sensu zwracać na nie uwagi, bo często prowadzą do hurtownika. Wino w  najczystszej postaci jest na drogach lokalnych, na tych zaznaczonych na mapie na żółto lub czerwono (w zależności od mapy). Droga do winnicy nigdy nie jest prosta. Powinna porządnie Was wykręcić wokół pagórków i prowadzić przez doliny, których dna, aż po szczyty wzniesień porastają winorośle (z zasady możecie założyć, że jeśli region jest winny + droga jest kręta, to będzie tam winnica i lokalny producent).

 

Ale od początku.

Jeśli szukacie piemonckiego wina zacznijcie od miasta Alba. Też wcześniej o nim nie wiedziałam i nie słyszałam, ale wiecie... Człowiek się uczy całe życie i przed wiedzą nie należy się bronić. Mój poziom wiedzy o tym mieście zmienił się w  momencie, w którym przeczytałam, że Piemont pod względem wina bije Toskanię o głowę, a może i dwie.

 

Tutaj właśnie, w Albie, zaczyna się prawdziwy winny szlak i to tutaj wzgórza są porośnięte hektarami winorośli tak dorodnej, że ciężko przestać robić zdjęcia. Z racji na ukształtowanie terenu i różnorakie nasłonecznienie w ciągu dnia jedno wzgórze może porastać kilka odmian winorośli, a lokalizacja nigdy nie jest przypadkowa. Jeśli trafcie na znawcę, ten będzie w stanie Wam wytłumaczyć o co chodzi wyciągając spod lady mapkę, na której pokaże, że szczep A rośnie tu, a szczep B tu. Ja nie wezmę na siebie aż takiej odpowiedzialności, jeszcze się nie znam, ale pracuję nad zmianą poziomu wiedzy.
Ważne jest, że każdy szczep ma inne wymagania i każdy daje inne grono, o różnej ilości cukru, tym samym inaczej będzie przebiegała fermentacja i produkt końcowy będzie inny, różny będzie też udział alkoholu w produkcie końcowym. Już miejsce wzrostu mówi, jakie wino będzie produkowane, jeśli więc z jednej strony wzgórza będzie nieurodzaj, to danego wina z danego rocznika nie będzie. To oczywiście duże uproszczenie, ale mniej więcej tak powinno się to rozumieć.

Langhe Roero Sightseeing

Winnice Piemontu ciągną się od Alby i rozchodzą się wokół niej, oplatając ją z każdej strony. Zajmują one każdy kawałek terenu i można mieć wrażenie, że wręcz wdzierają się do ogrodów i na podwórza.

 

Cały obszar nosi nazwę Langhe Roero (to również jest uproszczenie, ponieważ każda dolina ma swoją nazwę, ale dokładna mapa nie istnieje i granice poszczególnych obszarów są płynne) i jest wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. 33 miasteczka tej krainy pozwalają zapoznać się ze smakami wytworzonymi przez tutejszych winiarzy, mniejszych i większych przedsiębiorców, którzy zajmują się produkcją wina od małego, z dziada pradziada. Jeśli tylko macie czas nic nie stoi na przeszkodzie, aby poznać historię i dawną technologię produkcji, podstawy uprawy winorośli i nowoczesne sposoby produkcji wina. Kulturę winiarską i turystykę z nią związaną promuje się w całym Piemoncie i chyba nie skłamię, jeśli powiem, że działania te widać na miejscu lepiej, niż w samej Toskanii. Nie mam nic przeciwko Toskanii, ale byłam w niej dwa razy i znalezienie winnicy i producenta było dla mnie bardziej skomplikowane niż w Piemoncie. Może nie byłam tak dojrzała, by go zauważyć, ale chyba właśnie o to chodzi, żeby laik sobie poradził ze znalezieniem miejsca powstania produktu - ktoś doświadczony znajdzie i tak...

 

Ale wracając... Położenie poszczególnych miejscowości leżących w Langhe Roero zostało wykorzystane dla promocji regionu wśród turystów pochodzących głównie z Niemiec i Francji, włodarze promują bowiem winiarstwo wśród znawców tematyki, dla których podróże to regionalne smaki i zabawa (choć nie tylko) w sommelierów, ale i wśród tych, dla których winiarstwo to tylko ciekawostka. Nieistotne do której grupy się zaliczacie, wszystkie miasteczka możecie zwiedzić autobusem, wokół Alby utworzono bowiem 4 linie, które pozwalają wygodnie przemieszczać się od miasteczka do miasteczka.

 

Do wyboru macie linię zieloną, fioletową, czerwoną i żółtą. Linia zielona ma punkty wspólne z czerwoną, a linia fioletowa z żółtą, dzięki czemu możecie zmienić linię w dowolnym momencie, jeśli uznacie, że zobaczyliście wszystko, co Was interesowało na danej trasie oraz macie wykupiony odpowiedni bilet. Wszystkie linie spotykają się w Albie, możliwe są przesiadki w punktach zaznaczonych na mapie. Trzeba zaznaczyć, że usługa Langhe Roero Sightseeing jest dostępna w soboty, niedziele i lokalne święta publiczne, od 15 maja do 15 listopada.

 

Ważne, że w autobusach możecie korzystać z przewodników audio, dzięki którym usłyszycie o tym, co dzieje się w danej miejscowości, nie musicie się więc obawiać, że wszystko co dostaniecie, to ładne widoki i nic więcej.

 

Bilety są dostępne w przystępnych cenach, bilet dzienny to koszt 10 euro na 1 dzień na 1 linię, 15 euro na 2 linie, bilety weekendowe to 15 euro na 2 dni na 2 linie, lub 25 euro na 2 dni na 4 linie. Każdy może poświęcić na zwiedzanie tyle czasu, ile ma i chce. Dostępne są zniżki dla różnych grup wiekowych.

 

Nie powiemy jak się zwiedza autobusem, bo nie korzystaliśmy, ale wiemy od osób z którymi rozmawialiśmy, że jest to dobre rozwiązanie dla tych, którzy lubią podróżować w grupie, do czego rzecz jasna nie jest się zobowiązanym. Nam przydała się ogólnie dostępna mapka tras, dzięki której zyskaliśmy dokładniejszą orientację w terenie.

Winna mikstura.

Nasza winna trasa rozpoczęła się oczywiście od Alby, w której spędziliśmy kilka godzin, ale, że nie o Albie w tym poście ma być (może będzie kolejny na ten temat), to zabieramy Was od razu na nasz szlak. Na własne potrzeby pomieszaliśmy trasę fioletową z żółtą i wybraliśmy te miejscowości, które interesowały nas najbardziej.

 

Zaczęliśmy od Barbaresco, które króluje nad Albą i którego winnice widać jeszcze z doliny. Uwierzcie na słowo, dopóki jesteście w miasteczku, nie macie wyobrażenia ile winnych krzewów może się znajdować w jednej miejscowości.

 

Wspinając się po wzgórzach powoli dochodzi do Was świadomość, że wokół nie ma nic, tylko pola. A na tych polach tylko ułożone w równych rządkach winne krzewy, z ogromnymi, fioletowymi kiściami wiszącymi sobie ot tak niemal nad samą ziemią. Jeśli pomnożycie te ilości winnych gron przez ilość hektarów, które Was otaczają, zacznie do Was docierać ogrom całego przedsięwzięcia i niezliczona ilość godzin pracy, jakich wymaga produkcja wina. Do mnie dopiero tutaj dotarła skala jakiej wymaga winiarstwo i chyba po raz pierwszy zrozumiałam, jak cenna jest praca ludzkich rąk, codzienny znój i powtarzalność czynności, jakie należy wykonać, żeby stworzyć winnicę, utrzymać ją, dbać o winorośl, by ta nie chorowała i co rok dawała grona coraz lepszej jakości, a potem aby z tych owoców stworzyć coś dobrego.

 

Mam nadzieję, że te kilka poniższych zdjęć zilustruje to, co staram się opisać słowami.

No to gdzie to wino? Zapewne w winiarni Rusel.

Jak w podtytule - wino znajdziecie u producenta i jeśli jesteście w centrum regionu, w którym produkuje się wino, nie ma sensu kupować wina w sklepie. Raz, że cena będzie zawierać marżę, dwa, że stracicie 3/4 przyjemności z degustowania wina, trzy, że sklepy będą Wam oferować wino również z innych regionów, a to jest bez sensu. W dolinie znajdziecie producentów lokalnych i lokalne wina. Żadne spoza regionu tu nie są oferowane.

 

W Barbaresco, do którego się kierujemy, wystarczy przejechać kilkaset metrów i zbliżyć się do pierwszych zabudowań, by zauważyć tabliczki nakierowujące na winnice i piwnice, nieodłączny element każdej winiarni. Ciekawa jestem bardzo jakie macie wyobrażenie i co podsuwa Wam wyobraźnia, gdy używam słowa „producent”? Widzicie pana w kaloszach, sprzedawcę w sklepie, czy kogoś innego, nie określonego? Kim jest dla Was producent i jaką ma twarz?

 

My też nie mieliśmy żadnego wyobrażenia. Zawsze bierzemy to co jest i szanujemy wszystko to, co daje chwila. I powiem Wam, że to podejście sprawdza się idealnie za każdym razem, nie znacie bowiem dnia ani godziny, gdy obsłuży Was właściciel kilku hektarów i winiarni wraz z żoną. Nasza wyprawa miała miejsce w sobotę, w dzień, w którym ludzie powinni odpoczywać. Nie zdziwilibyśmy się wcale, gdyby wszystko było zamknięte na cztery spusty i gdybyśmy musieli pojechać dalej. Nie musieliśmy.

 

Ponieważ nie mieliśmy dużo czasu nie chcieliśmy wjeżdżać w pomniejsze dróżki, wybraliśmy pierwszą z winiarni, jaką zobaczyliśmy z głównej drogi (z głównej, ale jednak z lokalnej). Nie byliśmy pewni, czy jest otwarta, ale zdecydowaliśmy się spróbować. W ciągu ułamka sekundy pojawił się uśmiechnięty właściciel, za którym snuł się husky o bajecznych oczach (czyż nie jest piękny?). Dwie minuty później staliśmy przed półkami zastawionymi butelkami, a chwilę później zostaliśmy ugoszczeni.

Cały fun w tym, że masz czas.

Najlepsze u włochów jest to, że nie widać w nich pośpiechu. Nie generują atmosfery stresu, nie przymuszają Cię do zakupu, nie dają Ci odczuć, że jesteś gorszym klientem od tego, który kupuje na kontenery, a nie na kartony (kartoniki?). Nie jesteśmy koneserami, lubimy za to dobre wino i lubimy próbować nowych rzeczy. Cieszymy się nimi, smakujemy, rozkoszujemy się, wyrabiamy sobie własną opinię na dany temat. Włosi to szanują i rozumieją. Pozwalają nam, gościom, zrozumieć ich oraz ich kulturę i/lub produkt, dają się poznać. To samo poczuliśmy stojąc przed rzędem butelek. Nikt nas nie poganiał, nikt nie patrzył na ręce, nikt nie zagadywał na siłę, nikt niczego nie wciskał. Nie wiedzieliśmy nawet czy coś kupimy.

 

Nie minęło pięć minut, gdy właściciel, osoba stojąca na równi z nami, człowiek biorący odpowiedzialność za swój produkt i podpisujący się pod nim swoim nazwiskiem, pojawił się przed nami z dwoma kieliszkami i butelką Dolcetto, czerwonego wina, które jest wizytówką regionu. Dolcetto jest winem codziennym, podaje się je do obiadu, ma delikatny smak i nie da się go nie polubić. Takie właśnie było to, które zostało nam podane podczas degustacji.

 

Kilka minut później pojawiło się Nebbiolo, później Chardonnay (smaczne!!! poczytajcie o zasadzie ABC - to Chardonnay zupełnie od niej odstaje choć jest tak ukochana przez sommelierów, którzy uwielbiają wręcz kręcić nosem) i musujący Muscat. Pamiętajcie, białe wino zawsze schłodzone, czerwone w temperaturze wskazanej przez producenta. Tak właśnie zostały nam podane dwa ostatnie.

 

Prawdą jest, że jedynym miejscem, w którym skosztujecie świeżego wina, jest sklep producenta lub winnica. Nebbiolo, które zostało nam zaserwowane, zostało zlane prosto z kadzi, z czego zdaliśmy sobie z tego sprawę dopiero po wyjściu. Myślę, że umiejętność nienachalnej obsługi klienta to wielki dar i główna cecha dobrego sprzedawcy, kogoś kto rozumie co ma i kto podchodzi do pracy i tworzenia swojego produktu z szacunkiem. Tak właśnie zostaliśmy obsłużeni, nie zauważając, co dzieje się dookoła. Przegryzając orzeszki laskowe degustowaliśmy przez dobre dwadzieścia minut i całe szczęście, że mamy podział „dzisiaj ja piję, ty jedziesz”, bo nie byłabym w stanie pojechać. Może to nie jest zgodne ze sztuką degustacji, ale nie jestem skłonna wypluwać smaków, które można określić słowem „genuine”. Przepraszam, za angielskojęzyczną wstawkę, ale wg mnie słowo "genuine" nie posiada odpowiedniego polskiego tłumaczenia. Słowa „autentyczny” i „prawdziwy” są zbyt płytkie, żeby określić to, co mam na myśli myśląc o winie i unikalnym smaku każdej butelki.

Czy znasz język czy nie, nie ma to znaczenia.

I powiem Wam jedno... o ile może drażnić fakt, że mało który Włoch mówi po angielsku, tak w przypadku winiarzy z dziada pradziada nie ma żadnego znaczenia to, czy się rozumiecie dosłownie czy nie. Na twarzy człowieka, który własnymi rękoma zbiera grona widać to, co chce nam powiedzieć i dać odczuć. Jego autentyczne emocje pozwalają nam wyciągnąć ze smaku to, co w nim jest istotne. Nienachalna gestykulacja wskazuje kierunek, w którym powinniśmy pójść, jakiego smaku powinniśmy szukać. I prawdą jest, że wino należy zamieszać i powąchać, zanim skosztujecie.

 

Smak wina zmienia się w czasie i jeśli kupicie dwie butelki tego wina z tego samego rocznika, jedno wypijecie dzisiaj a drugie za rok, to smak będzie inny, np. dlatego, że wino ma tym więcej taniny, im jest starsze i im dłużej leżakuje. Jego smak jest pełniejszy (rzecz jasna zależy od rodzaju gron, z jakich wino jest produkowane i wielu innych czynników oraz od samego rodzaju wina, który chcemy zrobić).

 

Z winiarni Rusel wyjechaliśmy z zaledwie pięcioma butelkami, ale poczuliśmy się jak starzy wyjadacze i znawcy. Od dłuższego czasu pijemy jedynie wina wytrawne i półwytrawne, ale zabraliśmy ze sobą również deserowego Muscata, o smaku tak orzeźwiającym, jak woda mineralna z bąbelkami, kostkami lodu i sokiem z połówki cytryny, choć wodą to wino nie smakuje zdecydowanie :).

 

Jeśli jesteście zainteresowani tym miejscem, zapraszamy. Mapa poniżej.

P.S. Można płacić kartą.

Barbaresco. Mała perełka pełna smaku.

Skoro jesteśmy w Barbaresco zapraszamy do tego ślicznego miasteczka, nad którym króluje średniowieczna wieża. Warto na nią wjechać (5 euro za osobę – jedno z lepiej wydanych), bo widać z niej cały region, spory kawałek doliny i inne miasteczka zlokalizowane na wzgórzach otaczających Albę.

 

Mówiłam Wam już, że najlepsze rzeczy na świecie i najlepsze wspomnienia są za darmo, a nie za pieniądze? Jest na to jakaś zasada? Pytam, bo ta teoria sprawdziła się nam wielokrotnie. W tym przypadku tutaj, na szczycie wieży spotkaliśmy wycieczkę, która była oprowadzana przez lokalnego przewodnika, człowieka tak ekspresyjnego i oddanego swojej pasji, że jego twarzy, mimiki i gestykulacji nie sposób zapomnieć. Stojąc w upale opowiadał o winie z zaangażowaniem skrzypka, który za wszelką cenę chce przepiłować skrzypce na pół. Widok wprost cudowny, a wspomnienie jedyne w swoim rodzaju - siedzisz sobie w domu, piszesz post i czujesz się tak, jak w chwili, gdy wymachując rękoma i jednocześnie mieszając wino w kieliszku opowiada o zasadach produkcji, rodzajach wina, szczepach i o winnicach położonych poniżej.

Uczestnicy wycieczki zostali poczęstowani czerwonym winem Barbera. Ale wiecie jak to jest... W takich miejscach jak to i w takich sytuacjach nie ma ani lepszych ani gorszych gości więc i my zostaliśmy poczęstowani lampką. Barbera wspaniała jest, tyle Wam powiem... Głęboka w smaku, lekko taninowa, delikatnie ziemista, uważana, za jedno w najważniejszych win regionu, za klasę samą w sobie (co przekłada się na cenę, ale i na jakość).

Ciekawe jest, że Barbera jest winem, które otrzymuje certyfikat autentyczności w trzecim roku po zbiorach, licząc od pierwszego po zbiorze – czyli nie jest Barberą, jeśli jest młodsze niż 3 pełne lata. Im starsze tym lepsze i tym droższe - to się w tym winnym świecie nie zmienia.

I jeszcze jedna rzecz za jeden uśmiech…

Wspominałam wcześniej o serach, prawda? I o małych rzeczach za uśmiech, dobry gest i szczery zachwyt?

W tym dniu przy głównym "deptaku" Barbaresco swoje stragany rozstawili lokalni producenci sera. No co jak co, ale nie potrafię przejść bez zainteresowania, gdy takie wspaniałe aromaty rozchodzą się po całej ulicy. Nie potrafię. Nie raz obrywam za to po łapach, bo opóźniam całą wyprawę (wiecie, jest zapisane, więc musi być odhaczone ;)), ale nie mogę się powstrzymać.

Podchodzę, serowar podaje mi na skrawku noża kawałek do spróbowania, smakuję, rozpływam się w zachwycie, wyciągam rękę do portfela:

–Ile chcesz?

– A ile masz?

– Za dużo Ci nie dam, już i tak mamy serów a serów... Nie przesadzaj...

– No daj ile masz...

– 5 euro może być?

Nurkuję w portfelu...

– Ha, mam 5,50! - wykrzykuję zadowolona i już mnie nie ma.

I idę z bananem na twarzy do uroczego Pana sprzedającego swój ser, wyciągam 5,50 potwierdzając, że biorę za tyle ile mam. Kładzie kawałek na wadze, coś mu nie pasuje, kręci głową, spogląda na mnie, na mej twarzy wyczekiwanie, banan i chęć dorwania się do swojego kawałka tuż za rogiem, żeby nie widział jak rzucam się na ten ser jak szczerbaty na suchary i mówi z ciepłem w głosie:

– Dam kawałek za 7, może być? 5,50 wystarczy. - I daje mi ten kawałek z takim namaszczeniem, że ten smakołyk i jego lekko szczypiący, ale mięsisty smak będzie mi po wsze czasy przypominał, że czasem wystarczy się uśmiechnąć, pochwalić i szczerze zachwycić tym, co człowiek umie wyprodukować własnymi rękoma.

Tak niewiele potrzeba, żeby doznać ludzkiej dobroci. Jasne, 1,50 to teoretycznie nic, ale od tej chwili będę pamiętać tę chwilę, jako jedną z najprzyjemniejszych i najcieplejszych. Kojarzy mi się z ludzką więzią, taką chwilową, ale prawdziwą i szczerą, pomiędzy jednym człowiekiem, który kupuje i docenia i pomiędzy drugim, który sprzedaje, ale równocześnie to docenienie i pochwałę szanuje oraz szczerze się z niej cieszy. Tak po ludzku. W gestach. Bo ja nawet po włosku nie mówię (update 2016 - już trochę mówię :D) i mam wrażenie, że mogłabym w tym kraju żyć bez znajomości języka robiąc tam to co robię teraz.

Wybaczcie, zdjęcia z tej radości nie zrobiłam (smutek i żal).


Będąc w Barbaresco nie zapomnijcie wejść do kościółka. Nie, nie chcemy Was nawracać. Chcemy Was skierować do miejsca, gdzie kupicie każde wino z regionu, i nie, to co piszę to nie pomyłka.

We Włoszech, które się starzeją, normą jest, że zbyt małe parafie są zamykane a budynki, które wcześniej były kościołami parafialnymi są przystosowywane do innych potrzeb. Spotkaliśmy się z tym wielokrotnie. W Barbaresco kościół został przystosowany do potrzeb producentów i sprzedawców wina, czyli tak naprawdę do potrzeb całej lokalnej społeczności, bo tu wszyscy z tego żyją.

Możecie tu liczyć na dobrą, angielskojęzyczną obsługę.

Treiso.

Treiso, to kolejne miejsce, w którym zawitaliśmy, a które się znajduje jeszcze na trasie fioletowej. Miasteczko tak małe, że można je ominąć szukając centrum, z jednym (tyle znaleźliśmy) sklepem, zlokalizowanym w podcieniach kościoła parafialnego. Znajdziecie tutaj wybór win z regionu.

Uroczy, typowo włoski sprzedawca wytłumaczy, że co tydzień otwierają 4 różne wina do degustacji i tyle właśnie zostanie Wam zaproponowane. Cudowne jest to, że tutaj naprawdę każdy wie, jaki produkt sprzedaje, jakie ma cechy, do czego się go podaje, do czego pasuje a do czego nie. Nie da się tego porównać do niczego, do żadnego wykładu w sklepie monopolowym, a nawet w specjalistycznym sklepie. Żaden sprzedawca krajowy nie odda w tonie głosu emocji, jakie są w głosie człowieka, który z produkcji i sprzedaży wina żyje.

Zapomniałabym.. Wspomniałam wcześniej o mapce upraw według poszczególnych gatunków winorośli. Jeśli będąc tutaj zapytacie o nią. Tutaj zobaczyliśmy ją pierwszy raz.

Neive. Cicho tu. I mówią, że smacznie.

Ostatnie co polecę w tym poście to Neive i cudowny wręcz sklep zlokalizowany w pobliżu macedońskiej cerkwi. Znajdziecie tu wspaniałą sprzedawczynię, typową rozgadaną Włoszkę, która opowie o 4 winach, które zostaną Wam zaproponowane do degustacji.

Będziecie tu mogli spróbować również lokalnych produktów z warzyw, pasty z wątróbki, serka z truflą, dojrzewających kiełbas, cudownych serów twardych, grissini, lardo, focacci i innych wspaniałości. Różnorodność tego sklepu rozbraja, zapachy szynek mieszają się z zapachem i smakiem wina, makaronu (będąc gluten free wyczuwam smak makaronu na odległość). Wejść tutaj i wyjść z pustymi rękoma jest niemożliwym.

Na TripAdvisor możecie znaleźć dobrą recenzję jednej z restauracji, która się tutaj znajduje, zaraz obok cerkwi i sklepu. Nie pamiętam nazwy, ale po ilości gwiazdek ją poznacie.

Dobrze tam, czyż nie? Może spróbujecie sami?

Wyszło przydługie, ale mam nadzieję, że smacznie i kusząco na tyle, żebyście zechcieli zapakować walizkę i przyjechać tu choć na kilka dni. O winnych miasteczkach to jeszcze nie wszystko. Zostały jeszcze te najważniejsze, ale o tych za chwilę. O niektórych rzeczach pisze się lepiej, gdy nieco poleżakują i odpoczną.

 

Jeśli chcecie pójść naszymi śladami, zwiedzić winnice, spotkać się z ludźmi, którzy produkują wino oraz chcecie tego wina posmakować w akompaniamencie przepysznych serów i lokalnych specjałów piszcie do mnie. Pomogę Wam zorganizować pobyt na miejsu.

Mój adres: anna@workintraveller.com jest do waszej dyspozycji.

Hotel Langhe****

Szukasz innego hotelu? Kliknij na banner poniżej.



Booking.com