Pallapugno (it) | włoski sport, którego polski Google nie zna

Już chyba bardziej lokalnie być nie może.

W całym tym podróżowaniu na własną rękę, bez biura podróży, tych samych twarzy przez dwa tygodnie i zwiedzania w grupie, najlepsze jest to, że nigdy nie wiadomo co się stanie i co zobaczymy. Plany są płynne i mogą zmienić się w minutę. Kocham stan, w którym wszystko jest możliwe i ogranicza mnie tylko własna decyzja. To idealny moment na przetestowanie umiejętności dopasowania się do sytuacji i wykorzystywania nadarzających się okazji.

Dlaczego będąc na dłuższym wyjeździe zawsze mieszkamy w miasteczku, przy gospodarzach? Bez śniadania w formie bufetu i bez porannego rozruchu z instruktorem w basenie? Żeby nie odcinać się od miejsca, w którym jesteśmy. I o ile mamy świadomość, że wiele wydarzeń lokalnych odbywa się "pod turystów" (bo takich jak my jest zdecydowanie więcej), to zdarzają się i takie, które są czymś normalnym dla mieszkańców i należą do ich codzienności, której my, ludzie z zewnątrz, możemy liznąć dzięki ich uprzejmości.

Kilka minut przemyśleń.

Trzy dni temu wieczorem, w momencie, w którym zdecydowałam, że powoli zacznę się przygotowywać do snu zza okna dobiegł mnie dźwięk gwizdka, takiego jakim pani na zajęciach WF rozpoczynała grę drużynową. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie była prawie 22:00. O ile przez pierwsze dziesięć minut odgłosy te były dla mnie zupełnie obojętne, o tyle po tym czasie podniosłam się z krzesła, odeszłam od komputera (post o winie się pisze, więc research jest konieczny), wychyliłam głowę przez okno i zrozumiałam, że "coś się dzieje".

Czemu to takie dziwne? Pamiętacie, że wspominałam wcześniej o tym, że mieszkamy w miejscowości, w której jest niewiele ponad 800 mieszkańców i wszyscy są rozsiani w dolinie? Bywają tutaj dni, kiedy nie widać żywego ducha i ma się wrażenie, że wioska jest wymarła a jedyne żywe stworzenia, to gołębie okupujące jedną z dwóch dzwonnic... Mając to na uwadze, jakikolwiek ruch o takiej porze jest wielkim wydarzeniem i koniecznie należy je zidentyfikować.

Niezależnie od tego gdzie we Włoszech jesteście, czy to duże miasto, czy mała mieścina bądź wioska, wszędzie, ale to dokładnie wszędzie znajdziecie przynajmniej boisko do gry w piłkę nożną. Zawsze pełnowymiarowe, nie jakieś tam "dla dzieci", z pełną infrastrukturą, jupiterami (tak się nazywa te wielkie lampy??) i pełnym wyposażeniem. Gdzieniegdzie widać korty tenisowe i boiska do koszykówki. Federer by nie pogardził.

Człowiek z kraju, w którym orliki to maksimum jakiego można oczekiwać w mniejszych miejscowościach i gdzie konieczne jest wprowadzenie akcji "Stop zwolnieniom z WF" pomyśli sobie zapewne, tak jak i ja: "Jest tu szkoła, fajnie. Czyli jednak nie wszyscy uciekli do dużych miast, bo rodzą się dzieci i dba się o ich ruch od małego". Czyli ogólnie odczucie jest dobre i przyjemne. Na to myślenie należy jednak wziąć poprawkę i zadać sobie pytanie "A może jednak się mylę i chodzi o coś innego?".

Taka sytuacja.

I jakże wielce się myliłam i jakże wielce się zdziwiłam, gdy założywszy co miałam pod ręką o godzinie 22:15 wyszłam z domu, minęłam obydwie dzwonnice górujące nad lokalizacją mą na wzniesieniu się znajdującą i schodząc w dół pagórka ujrzałam taką ilość, samochodów, jaką tylko ta mieścina mogła pomieścić.

Idę i dziwię się, dlaczego na boisku jupitery zaświecone, dlaczego widzę samochody, słyszę coraz głośniej wiwatujących ludzi, ale nic nie widzę. Chyba, coś nie tak... No, ale przecież ktoś tymi samochodami przyjechał, gdzieś Ci ludzie musieli się podziać, a niczego innego, co by ich pomieściło w tej mieścinie nie ma... Tylko boisko.

Idę za głosami i znajduję drugie boisko, którego nie zauważyłam, od kiedy tu jestem, bowiem znajduje się poniżej boiska do piłki nożnej, czyli poniżej poziomu samej jezdni. Jest tej samej na moje oko długości jak to wyżej położone.

Ani to boisko do piłki nożnej, ani do siatkówki. Dookoła zagrodzone na wysokość około 20 metrów, a może i wyżej, z długą ścianą, na której zaznaczono odległości od środka boiska w jedną i drugą stronę. Na boisku ośmiu graczy, po czterech w drużynie, jeden sędzia, jeden pan biegający pomiędzy punktami wskazywanymi przez sędziego jakimś dziwnym wskaźnikiem i rozstawiający pachołki z numerami od 1 do 4 w tych właśnie miejscach, tablica wyników z punktacją jak w tenisie (0, 15, 30, 40) i druga tablica z ilością wygranych rund (gemów??). I co najważniejsze, pełne trybuny. Od matek z dziećmi, przez młodzież, babcie i dziadków, nauczycieli (widziałam niektóre twarze dzień wcześniej na lokalnym święcie, o czym w innym poście). Dosłownie wszyscy przyszli wydać 8 euro na bilet i popatrzeć, pokibicować.

Stoję z aparatem, 2 metry od drewnianej budki, w której 4 urocze starsze panie sprzedają lody wodne i coca-colę oraz obowiązkowo, niezależnie od pory dnia i nocy, wydają espresso w maleńkich, plastikowych kubeczkach. Klimat wprost nieziemski, czarujący i tak uroczy, że pomimo zmęczenia oglądam przez dobre pół godziny.

Oglądam i staram się zrozumieć o co chodzi, bo nie mam pojęcia co to za gra. Dopiero po powrocie do domu siadam do komputera, przypominam sobie kilka zdań z przewodnika, każę Dr. Google szukać po nazwie, po obrazach, po czymkolwiek i oto po 45 minutach mam!

Pallapugno. Co znalazłam?

Dr Google mówi o pallapugno niewiele. W przewodniku nie mogę znaleźć tego jednego zdania na ten temat, które jeden raz przypadkiem znalazłam i zignorowałam myśląc, że ta gra to jakiś prastary zwyczaj, który jest kultywowany przy okazji obchodów lokalnych świąt.

Jakież mnie ogarnęło zdziwienie, gdy mój Google zaczął myśleć po włosku, a nie po polsku, po przełączeniu go z trybu google.pl na google.it. Nagle okazało się, że pallapugno jest dla Piemontu czymś tak normalnym, jak dla całych Włoch kolarstwo i szeroko pojęty cycling. Nota bene, czy też się dziwicie będąc tutaj, że o każdej porze dnia na włoskich drogach widać cyklistów wszelkiej płci i wieku, w strojach tak profesjonalnych jak na Giro D'Italia? Z uporem i wyzwaniem na twarzy pedałujących na szczyt najwyższej góry w temperaturze niemalże czterdziestu stopni? Jak dla mnie to ewenement sam w sobie. Zawsze się dziwię, dokąd oni jadą, gdzie zaczynają trasę, a gdzie kończą, i jak to robią nie mając ze sobą kompletnie nic...

Ale wracając... Pallapugno okazuje się łączyć całe miasta Piemontu i pokolenia. To gra z taką tradycją, że jej zasady znają najmłodsze dzieci i uczy się jej w lokalnych szkołach. Ma swoją ligę, play-off'y, puchar, federację, oficjalne tabele wyników i tak dalej. Wszystko, czego potrzebuje powszechnie znana gra, by stać się widowiskową.

Kliknijcie poniżej, żeby dowiedzieć się więcej z oficjalnych stron (niestety, hasło "pallapugno" w google i wikipedii indeksowanych po polsku nie występuje).

Zagadka za sto tysięcy uśmiechów.

Żeby dać Wam poczuć o co chodzi, wrzucam Wam poniżej krótki film z fragmentu meczu. Z góry przepraszam za jakość, ale musiałam znacznie zmniejszyć jego rozmiar, poza tym kręcony był aparatem, a nie kamerą.

Zauważcie, że chcąc Wam dać odczuć atmosferę rozgrywek nie wyciszam żadnych głosów. Wspomnianą wyżej panią ze sklepiku z lodami słychać w tle, jest również jedną z lepiej dopingujących na meczu :). Cały urok.

A do Was mam pytanie. O co w tej grze chodzi? Może ktoś po tych prawie trzech minutach filmu powie mi na czym ta gra polega? Sama nie jestem w stanie tego rozgryźć, a materiałów na ten temat niewiele.

Piszcie w komentarzach wasze propozycje. Możemy być pierwszą stroną w polskim internecie, która się na ten temat wypowie ;). A może prowadzimy ten sport do kraju i założymy własną ligę? Co Wy na to?

Pallapugno. Czy ktoś nam powie na czym ta gra polega?

Follow on Bloglovin



Booking.com