Piemont (it) | Włochy, o których nikt nie mówi.

Dokąd jadę, po co jadę…

Zabieram Was dzisiaj w region Włoch odkryty przypadkiem. Założyliśmy sobie kiedyś, że wakacje będą powiązane z pracą (i tak też robimy, wyjeżdżając szukamy nowych możliwości i spotykamy się z wieloma ludźmi), ale też każdy wyjazd będzie wyjazdem w nowe miejsce. Głównie po to, żeby nie powielać tras oraz dlatego, że świat jest zbyt piękny, żeby zamykać się w jednym regionie.

Tęskniliśmy za Włochami, ale nie chcieliśmy równocześnie wracać do Umbrii i Toskanii. Te już je znamy i dosłownie, każde miasto widzieliśmy. Taki jest urok podróżowania własnym samochodem. Nie chcieliśmy też robić więcej niż 1 500 – 1 600 km w jedną stronę licząc od Krakowa. Zupełnie przypadkiem, głównie z powodu umiejscowienia i jakości miejsca wypadowego, wybraliśmy Piemont. Strach w naszych oczach wielkim był.

O Piemoncie dzisiaj będzie. O tym co skrywa, a co jest cudowne, smaczne i lokalne. O tym, co kochamy w podróżach najbardziej. W kilku postach będzie, bo gdyby zmieścić wszystko w jednym, wyszłaby epopeja nie do przeczytania.

Jak tu dojechać i jak poznać, że to już.

Jeśli byliście choć raz we Włoszech i przyjeżdżaliście tutaj samochodem, zapewne zauważyliście, że po rzeźbie terenu i temperaturze można się zorientować, gdzie się kończy jeden, a zaczyna drugi region geograficzny. Tak samo jest z Piemontem.

Aby do niego dojechać można wybrać dwie drogi – albo przez Austrię (trasa na Linz i potem Wenecję, a później na wschód), albo przez Austrię (kierunek Innsbruck), krótki odcinek w Niemczech i później od góry spadamy w dół wzdłuż jeziora Garda. W okolicach Werony odbijamy na wschód w kierunku Asti.

Trasa jak trasa – jeśli jedziecie autostradą (po raz pierwszy zauważyliśmy, że nie jest wcale taka droga), widok jest standardowy, ale i tak możecie sobie wyrobić własny pogląd o regionie, którym przejeżdżacie (my zazwyczaj mówimy „ojej, ale płasko”, „śpisz już, mam Cię zmienić i pojechać?” – do tego stopnia płaskość terenu usypia). Jeśli jedziecie miasteczkami bywa ciekawiej, choć trasa się wydłuża w czasie, mimo, że kilometry praktycznie pozostają te same. Nie mniej jednak do czego zmierzam – moment, w którym zaczyna się Piemont jest prosty do uchwycenia – po prostu robi się ciekawie/j.

Płaski, suchy teren Emigli-Romanii (jedziecie nim króciutko) i sporego kawałka Lombardii zmieniają się. Suche, duszące powietrze ucieka do góry i powoli przechodzi w wilgotne powietrze Piemontu, oddychanie przestaje męczyć, zaczynają pojawiać się pagórki, uprawy kukurydzy zaczynają znikać, zaczynają się uprawy winorośli, a gdy zjedziecie z autostrady i będziecie wspinać się na wzgórza zaczną się pojawiać również uprawy orzeszków laskowych. Po orzeszkach poznacie, że to już nie nizina. Po orzeszkach poznacie Piemont. I się zachwycicie.

Jak tu jest?

Piemont jest niziną oraz wyżyną w jednym (Nizina Padańska w części środkowej – trasa Savona – Turyn, ograniczona Alpami Zachodnimi, od południa przechodzącymi w Apeniny Liguryjskie – tak, wiem, że nie jest to do końca poprawne rozumowanie, ale tak laikowi prościej jest wyznaczyć granicę). Piemont wspina się po pagórkach ostrymi zakrętami i tak po prawdzie, dopiero z góry widać, co ma do zaoferowania.

Coś Wam powiem – nie bójcie się Piemontu, bo jest fantastyczny. Jeśli Włochy kojarzą się Wam jedynie z pocztówkowymi widokami z Cinque Terre, albo ze zdjęciami stolika nad brzegiem morza, to Piemont może Was na początku wystraszyć, tak samo jak wystraszył mnie. Pomijam fakt, że takie Włochy, to nie Włochy prawdziwe, tylko wykreowany marketingowo twór, działający na użytek firm zlokalizowanych w Toskanii. Ale do rzeczy…

Przyjeżdżaliśmy tutaj podczas załamania pogody (w Piemoncie suche nizinne powietrze spotyka się z wilgotnymi masami powietrza znad morza, więc potrafi padać przez kilka dni z rzędu). Byłam załamana. Zawsze uważaliśmy, że nawet jeśli mamy pracować w wakacje, to warunki powinny być przynajmniej dobre. Wolimy więc pracować w ogrodzie, a w biegu od spotkania do spotkania chcemy skorzystać ze słońca. Myślałam, że deszcz nas nie opuści, tym bardziej, że podczas trzydniowej trasy dojazdowej każdy region witał nas temperaturą powyżej 25 stopni, odczuwaliśmy 30, świeciło słońce i gdzieniegdzie wiał przyjemny wiatr. Zmiana pogody wydawała się nam więc zmianą klimatu. W chwili przekroczenia granicy Piemontu z Lombardią termometr pokazywał nawet 16 stopni i niestety było po prostu zimno… Nic bardziej mylnego. Tak było tylko przez 2 dni.

Kolejne natomiast, to prawdziwe włoskie lato, z temperaturami dochodzącymi do 32 stopni, odczuwalne 38. Tak więc, nie ma się czego bać.

ZIelono tu.

Piemont jest cudowny. Oprócz temperatur pozwala Wam na poczucie się jak w domu. W przeciwieństwie do Toskanii pozwala Wam na cieszenie się równocześnie pogodą i możliwością chodzenia po trawie. Że nie ma w tym niczego specjalnego? Oczywiście, że jest. W Umbrii i Toskanii taką prawdziwą, gęstą, bujną i zieloną na zielono trawę widzieliśmy tylko w lesie i/lub w okolicy jezior (mowa rzecz jasna o sezonie wakacyjnym). W Piemoncie trawa to standard, zielone drzewa liściaste to standard i poczucie, że jest się w dziczy również. Bo lasów tutaj jest ogrom. Porastają wzgórza, wdzierają się na podwórza, widać je z okna. Uwaga – dziki, sarny i inne wychodzące na drogę nocą zwierzęta to też standard. Jak dzicz to dzicz.

Oczy odpoczywają. Jest po domowemu, po naszemu.

Jeśli są wzgórza, to są i doliny, ale są i przepiękne miasteczka, z kościołami w punktach centralnych i z wieżami strażniczymi. Co wzniesienie, to miasteczko. Stoją jedne obok drugiego i pilnują się nawzajem, ciężko poznać, które jak się nazywa, nawet jeśli ma się dokładną mapę. Zakręcają się wokół nich wspomniane już drogi i musi minąć trochę czasu, aby rozpoznać, czy to miasteczko po prawej to Novello, czy może jakieś inne, które wg mapy wydawało się stać na wzgórzu, a w praktyce stoi w dolinie i całkiem się chowa.

Każde z tych miasteczek to około 300 osób mieszkających w domach wokół wieży lub kościoła, kolejne 300-500 mieszka poniżej lub powyżej miasteczka, w dolinie lub na wzgórzu. Jeśli poszukacie w Internecie konkretnej miejscowości, wyszukacie ją po nazwie, zobaczycie, że każda z nich to maksymalnie 800 osób. I to widać. A raczej nie widać.

Cicho tu.

Wjeżdżając do miejscowości zobaczycie, że wszędzie wokoło panuje cisza i spokój. Nie wynika to jedynie z podziału dnia na dwie pory „do południa” i „po południu”, czyli od 8:00 do 12:00 i od 16:00 do 18:30. Tutaj po prostu jest pusto, a mieszkańców jest mało. Nawet w godzinach pracy nie ma tłumów.

Ci, którzy pracują w regionalnych firmach są w pracy, w miasteczkach pozostają osoby starsze, chowające się w domach do późnych godzin popołudniowych, oraz turyści, którzy nie przywykli do upałów i albo chowają się w osteriach, trattoriach i barach (jeśli te są rzecz jasna otwarte – często nie są). Większy ruch natomiast można zauważyć w polach, bo to jest miejsce, gdzie znikają ludzie. I tu się zaczyna najlepsze.

Piemont płynie, pachnie, wygląda i smakuje Nutellą.

Jeśli jedziecie do Umbrii i Toskanii spodziewacie się zapewne oliwek i wina. Albo wina i oliwek. I je tam znajdziecie bez większego problemu.
Wyjeżdżając do Piemontu możecie się spodziewać wina, sera i orzechów laskowych, z tego bowiem słynie ten region.

Piemont jest ojczyzną Nutelli. Ferrero, które ma swoją główną fabrykę w Albie, daje zatrudnienie całemu regionowi. Kto nie produkuje orzechów, ten produkuje wino i na odwrót. Wokół rolnictwa zbudowana jest gospodarka regionu, jej wpływy widać wszędzie. Nota bene, czy wiecie skąd się wzięła Nutella?

Nutella powstała podczas II wojny światowej. Żołnierze otrzymywali racje żywnościowe, a w nich znajdowała się czekolada. Ponieważ jednak kakao było reglamentowane i sumiennie wyliczane, a tym samym czekolada była produktem deficytowym, włoski cukiernik, Pietro Ferrero dodał do półproduktu orzechy laskowe, których Piemont miał pod dostatkiem. Tak powstała Nutella, produkt, który znany na całym świecie i będący wizytówką regionu.

Czy ma obecnie taki sam smak jak podczas wojny? Wątpię. Wiem jednak, że będąc w Piemoncie możecie Nutellę spotkać w tysiącach wydań – w lodach, na waflach, na gofrach, w naleśnikach, na kruchych ciastkach w Albie i w każdej cukierni tego regionu. Logo znajduje się na kubkach, tosterach, kawiarkach i na czym popadnie. Jeśliby poszukać dokładniej, weszłoby Wam do łóżka razem z pościelą.

Miasteczka najbardziej zaangażowane w produkcję Nutelli lub jej składników obchodzą święta Nutelli lub święta orzechów. Serwuje się wtedy wszystko z Nutellą. Znaleźliśmy nawet miejsca, gdzie można dostać focaccię z Nutellą (placek z ciasta pizzowego lub podobnego, zazwyczaj wyrastającego więc bazującego na drożdżach, podawany na ciepło z wybranymi składnikami, zazwyczaj z serem, szynką i warzywami). Niestety nie mieliśmy możliwości, żeby dotrzeć do miasteczka Montaldo Roero, w którym odbywało się Nutella party, ale obiecujemy, że kolejnym razem pojedziemy i zdamy Wam relację.

I co jeszcze?

Więcej o Piemoncie w kolejnym poście. Celowo nie piszemy Wam wszystkiego.

Kiedyś usłyszałam od kogoś „a po co mam jeździć i oglądać, wydawać na benzynę, skoro wszystko mam w internetach, na zdjęciach i w blogach, albo w telewizorze”. Od tego czasu nikomu i nigdzie nie podaję pełnych informacji. Zapakuj walizkę i jedź. Twój osąd zawsze będzie inny od mojego, a żaden, ani mój ani Twój nie będzie gorszy od innego.

Jeśli macie jeszcze chwilę, bardzo prosimy, odpowiedźcie na kilka pytań na temat wina. Bardzo ciekawią nas Wasze preferencje.

Create your own user feedback survey