Kaprun & Kitzsteinhorn (at) | widok z lodowca

Salzburgerland jest pełen możliwośc.

Nie wiem jak Wy, ale my nigdy nie byliśmy zapalonymi narciarzami, ale powoli się nimi stajemy. Trudna i bolesna to miłość.

Osobiście jeżdżę od 2 lat, reszta naszego podróżującego zespołu nie więcej niż 10 lat. Biorąc pod uwagę nasze krajowe możliwości, (choć nie można zaprzeczyć – poprawia się z roku na rok, choć wyższych gór nikt nam nie da) jest to całkiem niewiele. Należymy równocześnie do tego kawałka populacji, która woli pojeździć więcej w krótkim czasie, ale za to postawić na intensywność, zapłacić trochę więcej za tę przyjemność, ale cenić równocześnie swój czas, nerwy (każdy, kto ustawia się w korku do Zakopanego lub w Beskidy w sezonie zimowym wie, o czym mówię). Dlatego, pomimo naszych ograniczeń technicznych, doświadczenia i tym podobnych jeździmy w Alpy.

Miałam do czynienia tylko z tymi Austriackimi, reszta ekipy miała do czynienia również z Francuskimi. Zapytacie, czy wybieracie się w takie góry ma sens bez większych umiejętności? Jasne, że ma sens.

W tym poście kilka słów o regionie Zell am See – Kaprun – Saalbach z punktu widzenia niezbyt doświadczonej, ale chętnej do prób snowboardzistki oraz samouka narciarza śmigającego wzdłuż tras po swojemu, w swoim własnym tempie, w towarzystwie osób, które zawsze są przed nami. A wcześniejszy ogólny post o tym regionie powstały w okresie poszukiwań informacji podstawowych schowany w poniższym buttonie.

Dostać się do punktu 0, a później już z górki.

Nasz tygodniowy pobyt zaczynamy w Kaprun, tutaj też mamy nasz punkt wypadowy – jak zawsze jest to apartament. Lubimy swoją własną kuchnię (zawsze gotujemy sami, gdy dokądś się wybieramy, czy to prywatnie czy biznesowo), brak skrępowania, brak konieczności dostosowania się np. do godzin posiłków serwowanych w hotelu. Tak samo tutaj jak i wszędzie można znaleźć apartament za 400 euro za dzień i za 100. Wystarczy poszukać i być bardziej dociekliwym. Oprócz oszczędności można mieć też świetne warunki, wolność i saunę za całe 0 euro przez 3 godziny na dobę.

Zanim jednak dojedziemy do Kaprun musimy odstać swoje. Tak jak w większości regionów urlopowych letnich i zimowych i tutaj obowiązuje zasada przyjazd w sobotę, wyjazd w sobotę. Ostatnie 120 km to korki i szukanie sposobu na ich ominięcie. Podpowiem tylko – szukajcie.

Możecie w ten sposób, tak samo jak i my, zaoszczędzić około 1,5h. Po dniu w samochodzie to całkiem sporo. Trzeba zapamiętać, że Salzburgerland to wiele ważnych i znanych ośrodków narciarskich zlokalizowanych wokół 2-3 dolin. Oznacza to tyle, że przez długi czas widać samochody jadące w jednym kierunku, które w pewnym momencie stoją w jednym korku, a potem odbijają w prawo i w lewo. Do samego Zell am See i Kaprun wjeżdżamy już płynnie. Większość korków zostaje za nami przy rozjeździe na Salzburg i Kaprun. Autostrada przejmuje ruch, pozostałe samochody odjeżdżają po drodze w swoim kierunku.

Kaprun = glacier = Kitzsteinhorn

Kaprun to miejscowość typowo narciarska. Można tutaj spotkać twarze znane z telewizji, twarze „dorobkiewiczów” w przepięknych samochodach i świeżym outficie DG lub Prada (pamiętajcie – na każdy dzień inny – jak klasa to klasa, poziom trzeba trzymać), klasę średnią w średnich, dobrych samochodach, studentów i uczniów, całe rodziny z maluchami, które ledwo sięgają rodzicom wzrostem do połowy uda.

Przekrój jest ogromny i tak jak w każdym miejscu, które wydaje się drogie, ekskluzywne i „nie na moją kieszeń” okazuje się, że jednak jest na każdą kieszeń. Kwestia nastawienia, oczekiwań i dociekliwości. Naprawdę można dostać dobrą jakość za dobrą cenę, również w szczycie sezonu.

Pierwszy dzień jak zawsze ekscytuje najbardziej. Wstajemy o 6 rano, jemy śniadanie, o 8:30 jesteśmy najedzeni, po talerzach ani śladu, ubrani i gotowi do drogi. Szukamy ski-bus’u i nie szukamy zbyt długo. Od pierwszego przystanku dzieli nas zaledwie 300 metrów, od kolejnego tyle samo, może nawet mniej. Nie czekamy długo. Od wyjścia z apartamentu do wejścia do autobusu nie mija więcej niż 15 minut. Po kolejnych 15 minutach jazdy jesteśmy na miejscu.

Autobus numer 660 jedzie na lodowiec, na piętrzący się nad całą doliną Kitzsteinhorn. Im wyżej tym piękniej. Zza szyby pokazuje się to, na co czekaliśmy pół roku. Przepiękne Alpy. 660 zaczyna trasę w Zell am See, zatrzymuje się na każdym przystanku, i jeżdzi na tyle często, żeby nie czekać zbyt długo w przypadku, gdyby wcześniejszy pojazd okazał się zatłoczony.

Mały tip – jeśli nie jesteście biegli w niemieckim i nocujecie w samym Kaprun to nie wsiadajcie w żaden inny autobus, bo tak jak my możecie zajechać za daleko.

Docieramy na miejsce i jak zawsze w tym kraju jesteśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni. Tego, czego nie można Austriakom odmówić, to umiejętność zorganizowania całej infrastruktury tak, żeby każdy miał dowolność wyboru, na miejscu bowiem znajduje się ogromny parking na autokary oraz ogromny parking na samochody osobowe. Wszystko idealnie oznaczone, żeby każdy, nawet niemówiący po niemiecku, wiedział o co chodzi i dokąd ma się kierować.

Jeszcze na parkingu zauważamy kasę, a w każdym okienku sprawnie pracujących kasjerów, z którymi można spokojnie porozumieć się po angielsku. Dość długa kolejka kupujących znika po 5 minutach. Kupujemy karnet na 6 dni, na 3 góry/regiony – na Kitzsteinhorn, Schmitten w Zell am See oraz na wszystkie góry w regionie Skicircus Saalbach Hinterglemm Leogang. Za karnet płacimy 249 euro. Płatność kartą to nic nadzwyczajnego. Nie ma z tym żadnego problemu.

Dostać się na start.

Nie czekamy długo. Od wyjścia z apartamentu do wejścia do autobusu nie mija więcej niż 15 minut. Za kolejne 15 minut jesteśmy na miejscu i jak zawsze jesteśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni. Tego, czego nie można austriakom odmówić, to umiejętność zorganizowania całej infrastruktury tak, żeby każdy miał dowolność wyboru, na miejscu bowiem znajduje się ogromny parking na autokary oraz ogromny parking na samochody osobowe. Wszystko idealnie oznaczone, żeby każdy, nawet nie mówiący po niemiecku, wiedział o co chodzi i dokąd ma się kierować.

Jeszcze na parkingu zauważamy kasę, w każdym okienku sprawnie pracujący kasjerzy z którymi można spokojnie porozumieć się po angielsku. Dość długa kolejka kupujących znika po 5 minutach. Kupujemy karnet na 6 dni, na 3 góry – na Kitzenhorn, Schmitten w Zell am See oraz na wszystkie góry w regionie Ski Circus, czyli Saalbach, Hiltegrimm i Leolang. Za karnet płacimy 249 euro (aktualny cennik zobaczycie tutaj). Płacimy kartą, nie ma z tym żadnego problemu, tak jak w całej Austrii.

Na szczyt lodowca możecie wyjechać dwiema kolejkami (stacja każdej znajduje się na innym poziomie, trzeba pokonać kilka schodów). Wybierając Panoramę możecie obejrzeć Alpy w całej okazałości, wybierając Gletscherjet 1 dojedziecie szybciej na pierwszą platformę lodowca (nie ma możliwości jazdy u podnóża lodowca, zbocza są skaliste i bardzo strome, nie utrzymuje się na nich śnieg).

Po wyjściu z kolejki zobaczycie widok, którego oczekuje każdy wybierający się na narty – restaurację, w której można wypić gluhwein, kupić przekąski, odpocząć i wygrzać się w słońcu w przerwie pomiędzy jednym a drugim zjazdem. Możecie tutaj również kupić potrzebny sprzęt (sklepy Intersport to widok tak codzienny, że nie dziwi nawet na szczycie lodowca), oddać narty do serwisu. Jest wygodnie, trzeba przyznać.

My jednak nie zaczynamy od tego miejsca.

Wyjeżdżamy na górę, tak wysoko ja tylko można. Niestety nie ma możliwości wyjazdu na sam szczyt. Po wypadku, w którym wagoniki spaliły się w tunelu prowadzącym na wysokość 3029m n.p.p., ten odcinek kolejki został zamknięty. Aby dostać się wysoko z pierwszego poziomu lodowca wsiadamy do Glacierjet 2 (gondola) a później na Sonnenkarbahnen, czyli już na krzesełka. Podgrzewane fotele to doskonały wynalazek, zgadzacie się? Trzeba przyznać, że na sporej wysokości (Kitzenhorn na osiągalnej dla narciarzy wysokości ma 3029 m.n.p.m.) potrafi porządnie wiać.
Ci z nas, którzy lubią czerwone trasy wybierają jeszcze orczyki (Kitz- i Keeslifte), ale większość grupy zostaje na tym poziomie. Wiatr i tak daje w kość, choć słońce mocno świeci. Inna sprawa, że może wszyscy zrezygnowalibyśmy z pozostania na trzecim poziomie, gdyby orczyki były krzesełkami. Niestety, orczyków nie lubimy (po prostu z nich spadamy i skręcamy kolana ;)).

Moje ulubione trasy.

A więc jesteśmy na interesujacym nas poziomie, na którym znaleźliśmy to czego się spodziewaliśmy – narciarski raj. Jeszcze na dolnej stacji zaopatrzyliśmy się w bezpłatne mapki stoków. Zmieszczą się w kieszeni na ski-pass, więc nawet jeśli się zgubicie w gęstwinie tras, to łatwo się odnajdziecie.

Poświęćcie chwilę czasu na jej analizę i ustalcie, gdzie chcecie zjeżdżać. Polecamy uważać na okolice tras 2, 3a, 3b, niebieską 10 (widok wypinających się z wiązań snowboardzistów i męczących mięśnie naramienne narciarzy skutecznie zmienił nasze zdanie na temat zjazdu tą trasą – po prostu jest albo za płasko, albo zagłębienia nie wybijają na tyle, aby na rozpędzie przebrnąć przez kilka kluczowych odcinków – nie wspomnimy, że są one rzecz jasna na zakrętach).

Trzeci poziom jest zadowalający i myślę, że to dobre określenie. Zjeżdża się super, odpowiednie nachylenie na niebieskich i czerwonych trasach, trochę słabiej z oznaczeniami pomiędzy trasami 6, 1, 8b (nie widać zupełnie 8b, więc mimowolnie kończy się na 8a, albo na 7).

Polecamy za to dwie sprawdzone przez nas kombinacje – 6 z górnej stacji kolejki Sonnenkarbahnen, aż do 13, z której wpadamy na 11 (stroma, ale najdłuższa i pozwala się wyżyć – pamiętajcie o rozpędzie na końcówce, bo wypinanie macie gwarantowane – trzeba się porządnie wybić – na szczęście 11 nie przecina się z żadną inną trasą, więc bez obawy, nikogo na dole nie pokiereszujecie. Zjeżdżacie prosto po kubek gorącego gluhwien.
Druga sprawdzona trasa to 6 przechodząca w 1 i 12 do Kristallbahn. 13, czyli Black Mamba jest dla tych, którzy lubią palące mięśnie czterogłowe. Gwarantuję, że jeśli tego chcecie, to to dostaniecie, bo jest po czym kręcić. Byli z nami tacy, którzy dali jej radę tylko raz. Większość wróciła na trasę 10 i żeby nie dublować zjazdu 10 zjechaliśmy do 11 (o tak, to zdecydowanie najlepsza trasa).

Co polecamy poza tym? Co robić, a czego nie?

Zdecydowanie restauracje na stoku. Można tutaj dobrze zjeść i to czego się akurat nie spodziewaliśmy, ceny są przystępne i nie rozczarowują.

Zabieranie jedzenia na stok (chyba, że macie jakieś restrykcje pokarmowe) nie ma sensu. Przeliczaliśmy i zakupy w Billi lub Spar oraz gotowanie nie ma sensu, jeśli myślicie o jedzeniu podczas oddawaniu się białemu szaleństwu. To co się opłaca to gotowanie trzeciego posiłku, nawet jeśli gotujecie z produktów kupionych tylko na miejscu. Wbrew naszym oczekiwaniom wcale nie wychodzi drożej, niż gdybyście chcieli gotować z produktów zabranych ze sobą z domu.

Wniosek jest jeden – nie stójcie w domu przy kuchence na 24h przed wyjazdem tylko porządnie się wyśpijcie, żeby mieć siłę na trasę dojazdową i na pierwszy dzień na stoku.

Odczucia po lodowcu? Zgadnijcie sami. Takie jak po lodowcu. Do przetestowania, ale czy do pokochania? Nie wiem, nie czuję. Nie ma rozczarowania, ale zachwytów też nie ma. Problemem jest zdecydowanie ilość płaskich odcinków (jest ich cała masa), które dla uczących się bywają problematyczne, tego nie da się ukryć. Dużym plusem jest fakt, że na stoku można spotkać instruktorów, co oznacza (i co widać), że jest to miejsce odpowiednie dla dzieci (śmigają po czerwonych lepiej od nas).

Ceny karnetów, nawet jeśli wydają się duże (odnosimy się do naszego SCC) nie są przesadzone, choć jeśli mielibyśmy kupić karnet tylko na lodowiec, to pewnie powiedzielibyśmy, że jest za drogi. Poza tym nie ma sensu spędzać na lodowcu całego pobytu, wierzcie mi na słowo. Dlaczego?

O tym w kolejnym poście.

Follow on Bloglovin



Booking.com