Chwaka Bay Sunset

Zanzibar (tz) | wyspa dla uciekających | #2

Idźmy dalej. Jambiani. Chyba każdy o nim słyszał, jeśli choć raz chciał tu przyjechać.

Jest tu jedno miejsce, które ukochali sobie Polacy (nie, nie to, o którym wszyscy wiedzą). O miejscu, które mam na myśli, nikt nie mówi głośno, i pomimo, że tam byliśmy, też nie powiemy. Musicie znaleźć sami, a jeśli znajdziecie zachowajcie Wasze odkrycie dla siebie, bo jest wyjątkowe. Jeśli jesteście ciekawi o czym mowa, niestety nie szukajcie na blogach, na forach, nie ma sensu. Panuje w tym temacie zmowa milczenia i niech tak zostanie. Wybierzcie się na spacer i wchodźcie do każdego możliwego miejsca. Może zauważycie.

Tym, którzy wiedzą o czym mówię muszę potwierdzić... Jest wspaniale. Mieliście rację, miejsce jest jedyne w swoim rodzaju. Ciepłe. Klimatyczne. Ukryte w miejscu, w którym jest wiele osób, ale w których nikt nie szuka noclegu. I niech tak pozostanie. Nieopodal niego hotel, w którym ucieczkę widać co weekend lub częściej w zupełnie innej formie.

Można też po europejsku….

Nie ma ciszy, jest impreza.

W sali, która chyba jest restauracją lub barem za dnia, brytyjski DJ (twarz znana bywalcom, ale chyba i europejskim imprezowiczom, 10 lat temu szalał w londyńskich klubach – teraz nadal szaleje, tylko że daleko od domu). Dobrze gra (tak się nazywa czynność, którą wykonuje DJ?).

Jeśli chcecie się dobrze bawić i Wasza grupa wiekowa Wam na to pozwala, tutaj macie szansę. Jak tu jest?

Klienci, wszelakiej maści, klasy społecznej, koloru skóry, zainteresowań, instruktorzy kite’a, synowie Boba Marleya oraz córki jego (35 stopni o 22:00, ale cóż z tego - dredy, warkocze i czapki są), studentki na gigancie, ewentualnie przerwie semestralnej, dziewczyny po szkole średniej na rocznym odwyku od szkoły, ciężko określić dokładnie, blogerzy, właściciele biur podróży, Niemki z młodymi Masajami udające nastolatki i szukające tzw. „flow” (nie wiem czy szerzej poruszać ten temat...), Włoszka o twarzy lalki Barbie, odziana w dopasowaną, białą sukienkę opinającą się na wyćwiczonym pod sztangą ciele + szpilki Dolce Gabbana, w towarzystwie podobnego do niej samej Włocha i podobnej pary, studentki bibliotekarstwa w niewidocznych okularach, włosach mówiących „nie zależy mi, mam wolność w genach”... W powietrzu wisi kadzidło na EM, DJ nadal gra, alkohol leje się do ust, dziewczyny na gigancie nadal tańczą na bosaka, świata nie ma... Czujecie? Jeśli nie przeczytajcie raz jeszcze tak jak jest napisane, na jednym wydechu. Taka wolność też tu jest, i taka ucieczka też. Nie do końca nasz klimat, ale w końcu każdy szuka czegoś innego.

Nie, zdjęć nie będzie, choć są ;).

Jest i cisza. Chwaka Bay.

Zawracamy. Idziemy w drugą stronę, do Chwaka Bay. Jadąc tutaj drogą szukajcie Michamvi. Znaki Was pokierują.

18:30, zaraz zachód słońca, którego z tej strony wyspy próżno szukać. Standardem jest wschód, bo ten widać z każdego miejsca na plaży, ale zachodu trzeba szukać. Nie widać go, bo jeśli jesteście w kurorcie, to prawdopodobnie jest on obudowany murem na wysokość półtora piętra, który ma Wam dać nieco na opak rozumiane poczucie bezpieczeństwa, przynależności do klasy wyższej... Whatever. Jeśli tego szukaliście i niczego innego nie chcecie, jest to Wasz wybór. Akceptujemy. Tak więc zachodu słońca na wschodnim wybrzeżu nie ma, ale można go znaleźć.

Chwaka Bay i to co dookoła to klimatyczne miejsce, choć i tutaj widać, że pieniądz (europejski) jest gotowy zniszczyć wszystko.

Ale zanim zobaczycie mur zobaczycie codzienność, taką prostą, nie wymuszoną. Na samą myśl robi mi się w środku spokój.

Przejeżdżając przez Michavi zobaczycie matkę kąpiącą dziecko w metalowej wanience zaraz przy drodze, dzieci na wózku ciągniętym przez masajską krowę, szczęśliwe i radosne, bez iPada, dzieci kopiące piłkę na "klepiskowym" boisku, bo niby kto miałby (i chciałby) zalać je betonem. To wszystko zobaczycie zaraz po zjechaniu z jedynej asfaltowej drogi jaka tu jest. Zaraz za zakrętem pojawi się pył.

Na samym końcu tej drogi stoi mur. Po co on? Ma odgradzać klub i restaurację do ktorej zmierzamy od zachodu słońca. Ktoś chciał na murze zrobić pieniądze, zabrać słońce dla siebie. Jakie to płytkie... Barbarzyństwo wręcz. Wygląda okropnie, jak mur berliński. Nie do pomyślenia, że ktoś mógł pomyśleć, że może mieć zachód słońca dla siebie na właśność. Ma odgrodzić mieszkańców od tego kawałka plaży, a knajpce zabrać to, co miała najcenniejsze i najpiękniejsze. Chowa się za nim zatoka z piaskiem białym jak śnieg.

W restauracji można coś zjeść, wypić, poleżeć, odpocząć. Na ścianach Bob Marley, gitara w paski, pod sufitem stary rower wiszący na linach, hanging beds i niezwykły klimat.

Jaki jest przepis na to miejsce? Idźcie do knajpki Boba Marleya, kupcie butelkę piwa, kolorowy drink lub cokolwiek innego chcecie a potem idźcie na plażę. Właściciele nie zabronią Wam wyniesienia szkła, byle nikt z Was nie zapomniał go odnieść. Sporo w tym kraju dzieje się „na zaufanie”, „na wiarę”, „na dobry uśmiech”. Trzeba pamiętać tylko o jednym – trzeba zostawić wulgarną europejskość na swoim europejskim lotnisku. Jest tutaj nieprzydatna.

Finisz.

Doszliście już na plażę? Obeszliście mur? Usiądźcie na piasku, zrzućcie klapki, buty, co tam macie, zakopcie palce w piasku popijając drinka. I czekajcie, aż najpiękniejszy z widoków zacznie się dziać. Prawdopodobnie zanim słońce zacnie się chować za Chwaka Bay i Jozani Park, którego drzewa zapewniają Wam ten widok, woda zacznie mocniej uderzać o brzeg, kraby zaczną uciekać przed nadmiarem wody, a niebo stanie się niebiesko pomarańczowe.

Mam nadzieję, że poczujecie się mali i bezbronni. Że poczujecie spokój i niesamowitą harmonię. Że będziecie chcieli zniknąć, zlać się z wodą, stopić się w pomarańczowych promieniach wieczornego słońca. Ucieczka idealna dla tych, którzy są ze sobą pogodzeni lub wiedzą, że doszli do tego punktu w życiu, za którym należy zakręcić, zawrócić i znaleźć siebie.

Finisz. End of the day.

[bloglovin_button]



Booking.com

Comments